Marta płaci ratę kredytu wyższą o ponad 1000 zł. "Kaczyński maczał w tym palce: babci 14. emeryturę, a mi podwyżkę raty

Marta kredyt wzięła w marcu 2018 r. - razem z przyszłym mężem. 301,5 tys. złotych na 30 lat. Pierwsza rata wyniosła 1,4 tys. zł. Teraz - po dziewięciu podwyżkach stóp procentowych - przyjdzie im zapłacić ok. 2,4 tys. zł. Na symulacji kredytu, która była dołączona do umowy, najwyższą ratę wyliczono im na 3 tys. zł. To połowa ich obecnych zarobków. - Wydawało mi się to absurdalne. Jak to 3 tys. zł? "Musimy to państwu przedstawić. Owszem rata może wzrosnąć, ale nigdy tak nie było, żeby osiągnęła maksimum" - uspokajali w banku. No to się teraz przekonamy - mówi w rozmowie z tokfm.pl.
Zobacz wideo

- Rządowi to się wydaje, że kredytobiorca to mityczny stwór i nie dotyczą go inne dziedziny życia. Albo rentier z milionem pieniędzy, który nie chce się dorzucać do łatania polskiej gospodarki. A to przecież Kowalski, taki sam jak ja czy pani. Szary Polak. Z krwi i kości. Ten sam, który bierze 500 plus, by nierzadko móc w ogóle związać koniec z końcem - zapewnia Marta. Ma 29 lat, w Warszawie mieszka od 11 lat.

Razem z mężem zarabia ok. 6 tys. zł. Ona na macierzyńskim, 10 miesięcy temu urodziła córeczkę, dostaje ok. 2 tys. zł miesięcznie. On, na etacie, może liczyć na ok. 4 tys. zł. Już teraz jedną trzecią pochłania im rata kredytu. - A końca podwyżek nie widać - denerwuje się Marta. Na symulacji kredytu, która była dołączona do umowy, najwyższą ratę wyliczono im na 3 tys. zł. To połowa ich obecnych zarobków. - Wydawało mi się to absurdalne. Jak to 3 tys. zł? "Musimy to państwu przedstawić. Owszem rata może wzrosnąć, ale nigdy tak nie było, żeby osiągnęła maksimum" - uspokajali w banku. No to się teraz przekonamy - dodaje.

"Miejskie folko w pełnej krasie"

Marta kredyt wzięła w marcu 2018 r. - razem z przyszłym mężem (pobrali się kilka miesięcy później). Zadłużyli się na 30 lat. Na 301,5 tys. zł. Zdecydowali się kupić 55 metrów na Białołęce, gdzie metr kwadratowy kosztował wtedy 5,8 tys. zł.

O kupnie mieszkania bliżej centrum mogli tylko pomarzyć. - Oglądałam jeszcze na początku mieszkania na Bielanach i Żoliborzu, oddalonym od metra. Ale tam ceny sięgały ok. 10 tys. za metr. Z rynku wtórnego. W bloku gierkowskim. Gdzie nie ma parkingu. Stara instalacja i żul na klatce. Miejskie folko w pełnej krasie. A i tak nas nie było nas na to stać - opowiada. - Jednym rozsądnym wyjściem były obrzeża Warszawy - dodaje. 

Jak podkreśla, kredyt był dla nich jednym rozwiązaniem. Mimo to część rodziny odradzała im taki krok. Ciocie i wujkowie pukali się w czoło i nie mogli się nadziwić: "Chcesz dać zarobić bankom? Po co? Nie lepiej poczekać i uzbierać. Zaciśniesz pasa i kupicie za gotówkę". - O kupnie mieszkania za gotówkę w ogóle nie może być mowy. Nie dostaliśmy ani spadku, ani nie mamy ziemi do sprzedania - Marta ucinała wszelkie ich uwagi.

"Doradca zmusztrował mnie przez telefon"

Decyzja o wzięciu kredytu zapadła kilka miesięcy później. Przeważyły cztery argumenty. 
- Jestem w gorącej wodzie kąpana, mam już taki charakter. Mąż chyba mi wtedy ustąpił. Pamiętam, że zabrałam go na oglądanie mieszkania u jednego z deweloperów i kupił ten pomysł oczami - przyznaje Marta.

Dwa: nie chcieli już dłużej płacić za wynajem. Podliczyli, że przez cztery lata poszło na ten cel ok. 60 tys. zł. - A to tak mniej niż inni, bo za kawalerkę na Żoliborzu wydawaliśmy tylko 1,2 tys. zł. Właścicielka była zadowolona, płaciliśmy regularnie, więc przez kilka lat nie podnosiła ceny - opowiada.

Trzy: podliczyli, że mają zdolność kredytową. Między 280 tys. zł - w najsurowszych bankach a 400 tys. zł. Przy czym rata wynosiłaby ich 1,4 tys. zł . - Uświadomiliśmy sobie, że jeśli mamy płacić 1,2 tys. za wynajem kawalerki a 1,6 tys. zł - razem z czynszem - za własne M i to trzypokojowe, to różnica wcale nie jest tak duża. I to wszystko z perspektywą, że kiedyś to mieszkanie i tak będzie nasze. A nie banku - dodaje.

Cztery: przeanalizowali wzrosty cen mieszkań w ostatnich latach i uznali, że lepszego momentu nie będzie. Czarno na białym zobaczyli, że między 2011 a 2017 rokiem cena transakcyjna metra wzrosła o 800 zł. Założyli, że dalej będzie tylko rosła i to szybciej. Nie pomylili się - między drugim kwartałem 2018 r. a pierwszym 2020 r. podwyżki sięgnęły już 2,5 tys. zł. Na metrze.

Uznali przy tym, że program Mieszkanie dla Młodych jest jakby szyty na miarę, dla nich. - Na MdM namówili nas u dewelopera. Krążyliśmy od jednego do drugiego, sami nie wiedzieliśmy, co zrobić, kiedy handlowiec powiedział krótko: "Przecież na 35 lat nie wyglądacie" i odesłał nas do doradcy kredytowego. A ten: "Tak, tak. Łapiecie się na Mieszkanie dla Młodych. Bierzcie. Przecież wasze zarobki będą rosły, bo jesteście młodzi, to i kredyt będzie miał mniejszy udział w budżecie. Poza tym MdM się już nie potworzy. To ostatni rok!". Potem miało wchodzić słynne Mieszkanie plus, które się okazało totalną klapą - przypomina sobie Marta. - "Bierzcie, tylko koniecznie trzeba na początku stycznia złożyć wniosek" - poradzili na koniec -  dodaje.

Marta tuż po Nowym Roku, 2 stycznia, do banku przyjechała o godz. 7. Choć ten otwierano dopiero dwie godziny później. - Doradca kredytowy zmusztrował mnie przez telefon, że to wcale nie jest głupi pomysł, żebym zajęła wcześniej miejsce w kolejce. Prawdopodobnie padną serwery, banki się zagotują. Poza tym obowiązywała zasada: kto pierwszy ten lepszy - tłumaczy. Pula wyczerpała się 3 stycznia - zaledwie w dwa dni rozdysponowano 381 mln zł. Skorzystało łącznie ok. 13 tys. osób. - To była trafna decyzja. Tego kroku akurat nie żałuję - deklaruje Marta.

Przypomnijmy, że program Mieszkanie dla Młodych uruchomiono w 2014 r. Gwarantował - co do zasady - dopłaty do kredytu do 20 proc. jego wartości. O ile metraż mieszkania nie przekraczał 75 metrów kwadratowych. Przy czym dopłatą objęte było jedynie 50 metrów. Skorzystać mogły wyłącznie osoby do 35 lat, o ile nie były właścicielami innego mieszkania.

"Staramy się zacisnąć zęby"

Marta wniosek o kredyt złożyła do dwóch banków. Dla bezpieczeństwa. Na wypadek gdyby jeden odmówił. Ostatecznie zdecydowała się na ten, który nie naliczał prowizji ani za udzielenie kredytu, ani za jego nadpłatę. Zgadzał się też, by wpłacić jedynie 10 proc. wkładu własnego, czyli ok. 30 tys. zł. Pod warunkiem, że wykupią ubezpieczenie niskiego wkładu własnego. - Skorzystaliśmy. Tych kilka tysięcy w 2018 roku to było wykończenie jednego pomieszczenia - tak tłumaczy tę decyzję.

Marża banku sięgała 2 proc., WIBOR 3M - 1,71 proc. Obowiązkowe było też ubezpieczenie na życie. 30 zł za miesiąc. Zdecydowali się jednak na droższe, bardziej rozbudowane. Za 100 zł miesięcznie. - Podstawowe obejmowało tylko nagłą śmierć w wypadku. Nie dotyczyło sportów wyczynowych (pasja męża) czy np. chorób, w tym HIV. Gdybym zachorowała, wyleciałabym z pracy, by nie narażać zdrowia pacjentów - dodaje.

Ze spłatą kredytu z początku było ciężko. - Rwaliśmy sobie włosy z głowy. "Co my zrobiliśmy?!" - pytaliśmy jeden przez drugiego. Rodzicie pocieszali, że jakoś z tego wyjdziemy - wspomina.

Na prostą wyszli dopiero po kilku miesiącach; z czasem kredyt przestał być dużym obciążeniem dla budżetu domowego. - A jak jeszcze przyszła pandemia i rekordowo niskie stopy (zaledwie 0,1 proc. - red.), to już w ogóle było w porządku. W maju zeszłego roku płaciliśmy jedynie 1180 zł raty miesięcznej. Nie straciliśmy pracy, wypłatę dostawaliśmy jak wcześniej. U męża była praca zdalna, u mnie wytyczne i wietrzenie gabinetu po każdym pacjencie. Mieliśmy płynność finansową - opowiada.

Wraz z kolejnymi podwyżkami stóp procentowych, które zaczęły się w październiku 2021 r., raty z miesiąca na miesiąc zaczęły gwałtownie rosnąć. Tak że już w styczniu 2022 roku było to 1255 zł, a w lutym już 1567 zł. I to po nadpłacie raty kredytu - o 1000 zł. To wtedy RPP podniosła stopy odpowiednio do poziomu 2,25 proc. i 2,75 proc.

- Widzieliśmy, że niskie stopy się kiedyś skończą, więc jak tylko mieliśmy dodatkowe pieniądze - np. za niewykorzystany urlop, z wesela, premię - to tylko kredyt, kredyt, kredyt. Tak jest zresztą do tej pory -  deklaruje Marta. Dzięki temu udało im się nadpłacić łącznie 13 000 zł. W tym roku 8000 zł.

Jak to wpłynęło na wysokość ich ostatnich rat? W maju zapłacili ponownie więcej, bo aż 2040 zł. To wtedy stopy doszły do poziomu 5,25 proc. Podobnie zresztą w czerwcu. - Staramy się zacisnąć zęby i uciekać do przodu przed kolejnymi podwyżkami stóp. Kosztem realizowania pasji, kupowania biletów do kin, teatru, dbania siebie czy np. wyjazdów na wakacje. Ale to i tak niewiele daje - ubolewa.

Do spłaty mają teraz 260 tys. zł. Po pięciu latach kredyt zmniejszył się im jedynie o 40 tys. zł.

"Promocja niekontrolowanego rozrodu"

W sierpniu Marta dostanie nowy harmonogram spłat kredytu, po ostatniej podwyżce - o 75 punktów bazowych - główna stopa referencyjna wzrosła do 6 proc. To najwyższy poziom od czerwca 2008 roku. Dlatego nasza rozmówczyni szacuje, że rata podskoczy już do 2,4 tys. zł. I będzie to rekordowa wartość. Gdyby nie zdecydowali się nadpłacać kredytu, to byłoby to ponad 2,6 tys. zł. - Niektórym się wydaje, że to jest kredyt na pół miliona za mieszkanie z widokiem na Pałac Kultury i Nauki. A nie na mieszkanie w dwuklatkowym ośmiopiętrowym bloku na Białołęce - podkreśla.

Czy w tej sytuacji planuje skorzystać z rządowych form wsparcia? Mateusz Morawiecki deklarował uruchomienia m.in. wakacji kredytowych czy zastąpienie WIBOR-u "od 1 stycznia 2023 r. inną, transparentną stawką pochodzącą z rynku międzybankowego depozytów overnight".

- To gruszki na wierzbie. Co wyjdzie z obietnic premiera nadal nie wiadomo - ocenia Marta. Po chwili jednak deklaruje, że "gdyby jednak w życie weszły wakacje kredytowe z możliwością nadpłacenia kapitału, to jest zdecydowana". Tym bardziej, jak dodaje, teraz "nie ma innego wyjścia, jak wrócić do pracy po macierzyńskim wcześniej niż planowała". - Jak córka skończy rok, czyli już za dwa miesiące. Przynajmniej dostanę większe pieniądze z racji urzędowych podwyżek w ochronie zdrowia. I od lipca będę zarabiała 5,7 tys. brutto, czyli ok. 4 tys. zła na rękę -  mówi.

- A inne rozwiązania? MdM zakłada, że jeśli w ciągu pięciu lat rodzina powiększy się o trójkę dzieci, to można liczyć na dodatkowe wsparcie -  zauważam.  - To szalone, by rodzić tylko po to, by dostać dopłatę z MdM. Błagam - odpowiada szybko. - Poza tym, mieć trójkę dzieci rok po roku, to nie do ogarnięcia. Szczególnie jeśli nie ma się rodziny za płotem. Dopiero, jak sama mam dziecko, dotarło do mnie, jak absurdalne są założenia tego projektu. Przecież on promuje niekontrolowany rozród i negację antykoncepcji -  dopowiada.

- To może praca po godzinach? - pytam. - Raczej nie. Chcemy być obecni w życiu córki. A nie zatracać się w zarabianiu dodatkowych pieniędzy, byle tylko odsetki były niższe - uzasadnia moja rozmówczyni.

Zastrzega przy tym, że już jej wcześniejszy powrót do pracy jest dla niej trudny. - Za każdym razem, jak kładę się spać, myślę: Ale czy to naprawdę koniecznie?! Wracać do pracy z powodu widzimisię smutnych panów w garniturach?! Przecież psychologia rozwojowa mówi jasno: dziecko do trzech lat powinno mieć stałego opiekuna przy sobie. A nie być w placówce opiekuńczej - wyznaje.

"Prezes PiS maczał w tym palce"

Marta za mieszkanie na warszawskiej Białołęce w 2018 roku zapłaciła 320 tys. zł. Gdyby na zakup zdecydowała się dopiero w 2021 roku, musiałaby dopłacić do tej kwoty co najmniej 160 tys. zł, wynika z wyliczeń Tomasza Narkuna, eksperta z branży deweloperskiej. W tym roku, jak pokazuje analiza ogłoszeń na portalach, byłoby to nawet 230 tys. zł więcej. Podobne mieszkania sprzedają się teraz za 550 tys. zł.

- My wszyscy mamy kredyt nie dlatego, że zamarzyło się nam inwestować. Ale dlatego, że chcemy gdzieś mieszkać. A w Polsce nie ma innej opcji dla 20- czy 30-latków niż wziąć hipotekę -  komentuje Marta.

W jej ocenie ciągłe wzrosty cen mieszkań są nie do zaakceptowania. Zresztą nie tylko dla niej. - Nie wyobrażam sobie, że mieszkanie po drugiej stronie ulicy kosztuje 10 tys. za metr. Przecież to oznacza, że ci którzy teraz myślą o kupnie około 50-metrowego mieszkania, muszą mieć 110 tys. wkładu własnego. Skąd? Jak? Jeśli dopiero zaczynają pierwszą pracę... I jeszcze przy tym muszą płacić za wynajem - zastanawia się.

Ma żal do polityków, że nie zrobili nic, by młodym ułatwić start w życie i pozostanie w Polsce. Tłumaczy, że dziś nawet jej samej nie byłoby jej stać, na mieszkanie, które spłaca. - Z jednej strony słyszymy, że demografia się sypie, potrzebujemy dzieci, minister Maląg mówi dumnie: "Wspieramy polskie rodziny. O tu, proszę, dajemy pieniądze na start", ale to kropla w morzu - ocenia.

O panice nie chce mówić, bo - jak przekonuje - sama stara się zawsze mieć plan B. Za to do niepewności się przyznaje. - Gdyby ktoś mi się powiedział, że to się skończy racie w wysokości 2,5 tys. zł, przyjęłabym to ze spokojem. Trzeba przetrwać. Wracam do pracy, weźmiemy wakacje kredytowe, a potem spłynie moja wypłata, damy radę. Ale takiej pewności nie mam i mieć nie będę -  żali się. - Czy jest mi smutno? Oczywiście, że jest. Nie tak to sobie wyobrażam. To nie miało tak być. Ale nie mam innego wyjścia -  dodaje.

Marta otwarcie przyznaje też, że najbardziej nie rozumie czerwcowej decyzji RPP o kolejnej, dziewiątej już, podwyżce stóp procentowych. - To nie rozwiązuje problemu inflacji, co widzimy od paru miesięcy. Jak było, tak jest. Jak drożało, tak drożeje - przekonuje. - Ale że Adam Glapińskie jest przyjacielem Jarosława Kaczyńskiego jeszcze z czasów Porozumienia Centrum, to jestem pewna, że prezes PiS maczał w tym palce. To się dzieje za jego przyzwoleniem: babci 14. emeryturę, a mi podwyżkę kredytu - podsumowuje.

Amerykańska agencja ratingowa Fitch prognozuje, że na koniec 2022 r. stopa referencyjna jeszcze pójdzie w górę. Zatrzyma się na dopiero na poziomie 7,0 proc.

Posłuchaj:

Czy wiesz, że możesz słuchać TOK FM przez internet bez reklam? W Radiu TOK + Muzyka zamiast reklam usłyszysz muzykę. Kup TOK FM Premium w promocyjnej cenie 1 zł za pierwszy miesiąc, później 13,99 zł za każdy kolejny.

Nie czekaj, wypróbuj Radio TOK FM bez reklam!

DOSTĘP PREMIUM