Pomidory jako wskaźnik spirali płacowo-cenowej. Ekspertka pokazuje to na "prostej matematyce"

Dane z rynku zawiodły - tak rynkowi eksperci oceniają najnowsze statystyki GUS. Zdaniem Hanny Cichy dużo gorsze niż rządowe prognozy będą także wyniki na koniec tego roku i w 2023 r. - To nie jest dobra strategia ministerstwa. Możliwe, że to celowe działanie obliczone na to, by móc zaplanować mniejsze podwyżki wynagrodzeń w budżetówce - mówi w rozmowie z tokfm.pl starsza analityczka ds. gospodarczych w Polityka Insight.
Zobacz wideo

Rekordowa drożyzna w całości zjada już podwyżki wynagrodzeń. Jak wynika z danych GUS, w maju pensje w sektorze przedsiębiorstw wzrosły o 13,5 proc., a inflacja wyniosła 13,9 proc. Wstępne szacunki za czerwiec pokazują, że w czerwcu inflacja sięgnęła już 15,6 proc. 

Spodziewaliśmy się, że ten moment nadejdzie jeszcze w tym roku. Choć jednak nie tak szybko. Konsensus ekonomistów, jeśli chodzi o wzrost zarobków, wynosił w maju 14,7 proc., a więc więcej, niż tempo wzrostu cen. W końcu jednak realny spadek wynagrodzeń musiał się pojawić - to rezultat spowolnienia gospodarczego.

Tyle, że przeciętny Polak o takiej podwyżce nadal może tylko pomarzyć.

Tak! A to dlatego, że GUS co miesiąc podaje dane o wynagrodzeniach tylko w sektorze przedsiębiorstw…

… zatrudniających dziewięć i więcej osób.

I z wyłączeniem m.in. budżetówki, w której - jak wiadomo - pensje od dawna rosną znacznie wolniej, niż w sektorze prywatnym.

"Dane z rynku pracy zawiodły". "W maju, płace w sektorze przedsiębiorstw spadły w ujęciu realnym. To pierwsza taka sytuacja od maja 2020, czyli pierwszej fali pandemii" - podkreślają analitycy.  Co to oznacza dla przeciętnego Polaka?

Dwie rzeczy. Paradoksalnie w stosunkowo niezłej sytuacji są osoby zarabiające najmniej, bo mają zagwarantowane - na mocy ustawy - wzrost płacy minimalnej co roku, w tempie przewyższającym inflację. W 2023 r. czekają ich dwie podwyżki, łącznie o co najmniej 14 proc. w porównaniu do tego roku.
Po drugie - w najbardziej deficytowych zawodach pensje musiały podskoczyć nawet o 20-30 proc. Dotyczy to m.in. kierowców zawodowych, z których nawet jedna piąta mogła zniknąć z rynku. Część pracowników z Ukrainy wróciła do swojego kraju, z kolei pracownicy z Białorusi nie wjechali do Polski z powodu sankcji. Dla tych, którzy w kraju zostali wynegocjowanie podwyżki o kilkadziesiąt procent nie jest trudne.

Spodziewałam się, że padnie jednak przykład informatyków i programistów.

To często używany przykład, bo programiści są w górnej części rozkładu wynagrodzeń - często zarabiają po kilkanaście tysięcy złotych. Ale w skali całej gospodarki jest ich stosunkowo niewielu. Nie jest to też grupa szczególnie istotna z punktu widzenia potencjalnej tzw. spirali płacowo-cenowej. Często świadczą usługi dla biznesu, w tym dla firm z innych krajów, eksportując usługi. W rezultacie wpływ ich płac na krajową inflację jest raczej nie wielki. Co innego transport. Jeżeli kierowca tira, który wozi pomidory z pola do sklepu, w którym ja kupuję, zaczynie zarabiać 30 proc. więcej, a przy tym wrosną koszty paliwa, to moje pomidory też drożeją. W efekcie presja płacowa nakręci inflację.

Na co to jeszcze jest dowód?

Na realne ryzyko wystąpienia spirali płacowo-cenowej, czyli sytuacji, w której pracownicy ruszają po podwyżki w związku ze wzrostem cen, a przedsiębiorcy w rezultacie podniosą ceny, więc kolejne osoby pójdą po podwyżki…. Albo poszukają nowej pracy, gdzie indziej może zarobić dużo więcej. To wciąż w Polsce najłatwiejsza ścieżka dojścia do podwyżki.

To o tyle groźne zjawisko, że w niektórych miastach już widać, że pracownicy masowo przechodzą z sektora publicznego do sektora prywatnego.

Tak, bo deficyt pracowników jest aż tak duży. Zresztą dotyczy to nie tylko branży transportowej (kierowcy autobusów), ale także np. edukacji czy ochrony zdrowia. W rezultacie inflacja, wraz z innymi, systemowymi problemami w budżetówce, prowadzi do erozji usług publicznych. 

Jak jeszcze czytać najnowsze dane GUS?

W interpretacji danych trzeba zwracać uwagę na to, co one dokładnie pokazują, jak są zbierane. One dużo mówią nam o gospodarce - jak zmienia się przeciętnie zatrudnienie czy np. wynagrodzenie w firmach. O  poszczególnych jej sektorach, w tym np. czy motoryzacja w tym kwartale radzi sobie dobrze, czy trochę gorzej. Ale nie oznacza to, że każdy pojedynczy obywatel będzie odczuwał swoją sytuację materialną tak, jak pokazuje to GUS. Nikt z nas nie kupuje co miesiąc całego koszyka inflacyjnego, bo w nim mieszczą się też zakupy, których dokonujemy raz na kilka lat (np. sprzęt RTV/AGD, meble). A niektórzy z nas - nigdy (np. ja nie palę, więc podwyżka akcyzy na papierosy mnie nie dotyka, ale kogoś kto pali dużo - już tak). Większość z nas zarabia tyle samo w każdym miesiącu, ale dane GUS pokazują, że w skali całej gospodarki płace "skaczą" nawet o kilka procent miesiąc do miesiąca, np. ze względu na nadgodziny w "gorących" sezonach w branży A, lub wypłatę premii w sektorze B.

Czyli wskaźniki są kulawe? 

Absolutnie nie. GUS pokazuje takie dane jakie zbiera i jakie ma - mógłby zbierać bardziej szczegółowe i częściej, ale to przecież też dodatkowe obciążenia sprawozdawcze dla firm. Już nie mówiąc o pracy samych statystyków. Dane mają więc, jak wszystko, swoje ograniczenia. Nie możemy też ze wzrostu wynagrodzeń wyciągać pochopnych wniosków o wpływie inflacji na wszystkich konsumentów. Pomyślmy ilu mamy np. konsumentów-emerytów. Albo ile jest gospodarstw domowych, w których ważnym źródłem dochodów są świadczenia społeczne.

Skoro już o konsumentach mowa, wyższe pensje nie do końca oznaczają dobre wieści, podkreślają też ekonomiści.

Pełna zgoda. W tym wypadku indywidualna racjonalność rozmija się z racjonalnością w skali marko. W skali indywidualnej każdy z nas chciałby dziś iść do szefa i dostać podwyżkę wynoszącą co najmniej tyle, ile inflacja. W skali makro, gdybyśmy wszyscy tak zrobili, to tylko nakręciliśmy inflację. I za rok wynosiłaby ona na przykład 60 proc.

Niezależnie jednak od tego Kowalskiemu tu i teraz ostatecznie zostaje mniej w kieszeni.

Rosnące ceny zmuszają do kontroli wydatków. Ale nie ma innej drogi do niższej inflacji niż schłodzenie gospodarki. Zarówno od strony inwestycyjnej, co już się dzieje (kredyty dla firm też drożeją), jak i od strony konsumpcyjnej. Pytanie tylko, ile to potrwa.

Prognozy rządu już pokazują, że 2022 rok zamkniemy inflacją w wysokości 9,1 proc., a wynagrodzenia w gospodarce wzrosną o 10,2 proc.

W teorii zarobki, jak w kwietniu, ponownie wyprzedzają inflacji. Tyle że nikt poza ministerstwem finansów w to nie wierzy i nie prognozuje jednocyfrowej inflacji. To absolutnie nierealne.  

W przyszłorocznym budżecie rząd zakłada z kolei wzrost wynagrodzeń o 9,6 proc. i inflację na poziomie 7,8 proc.

Znów zbyt optymistyczny scenariusz, jeśli chodzi o inflację. To nie jest dobra strategia ministerstwa. Możliwe, że to celowe działanie obliczone na to, by móc zaplanować mniejsze podwyżki wynagrodzeń w budżetówce. Choć one i tak systemowo rosną wolniej niż w innych gałęziach gospodarki. Co też sprawia, że coraz mniej opłaca się być nauczycielem, lekarzem, urzędnikiem. Informacje o fali odejść w edukacji w ostatnim tygodniu są przerażające.

Ludziom rosną pensje, więc inflacja niestraszna - rząd mimo to uspokaja.

Nie wierzę nie tylko w to, że inflacja będzie jednocyfrowa. Ale też w to, że wynagrodzenia będą wyższe od inflacji. Nasze prognozy wskazują na wzrost cen w tym roku o 13,6 proc., w kolejnym - 9,6 proc. A wynagrodzenia w całej gospodarce będą rosły wolniej niż ceny aż do połowy przyszłego roku.

Czyli prognozy rządu należy między bajki włożyć?

Powiem tak: o ile przyjmowanie w założeniach do budżetu dosyć pesymistycznego wariantu wzrostu PKB uważam za wyraz przezorności ze strony ministerstwa, to tego samego argumentu dla niedoszacowania inflacji nie kupuję. To w tym przypadku nieostrożność, a nie nadmierny optymizm. Żeby w tym roku mieć jednocyfrową inflację, przy 9,6 proc. w I kwartale i około 13,6 proc. w II kwartale, to w  drugiej połowie roku musielibyśmy mieć gwałtowne hamowanie inflacji, do jakiś 6-7 proc. pod koniec roku. To prosta matematyka. Czyli: ceny bardzo wielu towarów musiałyby spaść w kolejnych miesiącach. Tak się nie jednak nie stanie. Przy problemach z gazem, z węglem, przy suszy ograniczającej zbiory w rolnictwie. Nie ma szans.

Tyle 2022 r., a co najbardziej zaważy na inflacji w 2023 r.? 

Dalszy wzrost cen energii, a także cen gazu dla gospodarstw domowych. Nie tylko ze względu na drożejące surowce, ale także fakt, że polska energetyka jest przestarzała, nieefektywna i wysokoemisyjna. I nawet jeśli URE będzie się starać, by ceny nie uderzyły Polaka po kieszeni, to spółki energetyczne też muszą przecież funkcjonować. Nie ma innej możliwości - ceny muszą i będą rosnąć.

Kolejny argument - drożejące nawozy, drogie paliwo do maszyn rolniczych i to wszystko, co się dzieje od pola do sklepowej półki. W tym także drogi prąd dla przetwórców. Te wszystkie koszty skumulują się w chlebach, pomidorach, słoikach. Dlatego bardziej prawdopodobne jest, że w przyszłym roku inflacja spowolni, ale do 9-10 proc., a wzrost wynagrodzeń w gospodarce narodowej będzie minimalnie wyższy, niż tempo wzrostu cen. W tym roku będzie niższy. 

Posłuchaj:

DOSTĘP PREMIUM