"Cieszmy się obecnymi cenami, bo długo z nami nie zostaną". Ekspert: Zaczyna się robić psychoza

W sytuacji galopującej inflacji polskie społeczeństwo jest napięte jak struna - mówił w TOK FM Bartosz Urbaniak z BNP Paribas Bank Polska SA. Jak podkreślił, Polacy należą do "najbardziej strachliwych konsumentów". - Reagują więc dość defetystycznie na każdy sygnał mówiący o tym, że czegoś może zabraknąć - wyjaśnił.
Zobacz wideo

Ceny w Polsce w ostatnim czasie rosną najszybciej od ćwierć wieku. W lipcu inflacja wynosiła 15,5 proc. rok do roku. Drożeją właściwie wszystkie produkty żywnościowe. Rząd Mateusza Morawieckiego powtarza od tygodni, że za galopujące ceny w Polsce odpowiada atak Rosji na Ukrainę i przez wszystkie przypadki odmienia słowo "putinflacja". Przy okazji uspokaja, że ceny wkrótce się ustabilizują.

Z tymi prognozami nie zgodził się gość TOK FM - Bartosz Urbaniak z BNP Paribas Bank Polska SA. - Cieszmy się tymi cenami, które teraz są, bo długo z nami nie zostaną i pójdą jeszcze w górę. To wynika z prostej analizy logicznej tego, co się dzieje. Bo choć niektóre ceny już wracają do poziomu sprzed wojny, to niekoniecznie jest powód, żeby zostały na tym poziomie – tłumaczył w rozmowie z Tomaszem Settą.

Ekspert zwrócił uwagę na ceny chleba. Jak podkreślił, pieczywo będzie drożało choćby ze względu na wojnę w Ukrainie. - Wszyscy wiedzą, że Rosjanie podpalają pola z pszenicą, spora część z nich jest zaminowana, a inne są zryte lejami po bombach. A w rolnictwie ukraińskim jest tak, że jeśli nie uda się wykonać zabiegów agrotechnicznych w odpowiednich porach roku, to nie będzie już następnego "okna uprawowego". Więc tamtejsze zbiory będą o 20-40 proc. niższe – wyjaśniał.

Urbaniak ocenił, że tylko w związku z wojną cena bochenka chleba może w Polsce wzrosnąć o jeszcze o 10-20 proc. - Ale to nie wszystko. W tych wizjach kasandrycznych trzeba dodatkowo wziąć pod uwagę, że koszty energii pójdą w górę i że złotówka dosyć szybko się dewaluuje. Więc przez te dwa czynniki możemy dorzucić kolejne 10 proc. do prognoz - mówił, podkreślając, że na tym lista kłopotów się nie kończy.

Kolejnym powodem tego, że ceny chleba będą rosły, jest susza. - Z tego tytułu straty odnotowują już kraje, które mają duże znaczenie w produkcji rolno-spożywczej w Europie, czyli Francja, Niemcy, Hiszpania i Włochy. Te straty przekładają się także na sytuację w polskich sklepach. Bo jeśli porównujemy ceny do tych sprzed pandemii, to widzimy wzrosty na poziomie grubo powyżej 100 proc. - powiedział w rozmowie z Tomaszem Settą.

Polskie społeczeństwo jest "napięte jak struna"

Bartosz Urbaniak zwrócił uwagę na to, jak wzrosty cen przekładają się na nie do końca racjonalne zachowania konsumentów. Wskazał że, było to ostatnio widoczne, gdy Polacy, słysząc o drożejącym cukrze, wpadli w panikę, rzucili się do sklepów i wykupili cukier.

- Jeśli patrzymy na to z punktu widzenia makroekonomicznego, to nie ma absolutnie żadnego powodu, żeby cukier tak drożał i żeby go nie było na półkach sklepowych. Bo jest w magazynach. Po pierwsze jest cukier trzcinowy, który do Polski przypływa, a po drugie: są buraki cukrowe wyprodukowane w odpowiedniej ilości. Nie zapowiada się, żeby one zniknęły z rynku. Więc (przy dużym popycie - przyp. red.) pewnie padła logistyka w dostarczaniu cukru do sklepów – tłumaczył ekspert.

Ocenił, że w sytuacji galopującej inflacji polskie społeczeństwo jest "napięte jak struna". - Podobny kryzys jak z cukrem możemy zaraz mieć z makaronem, kaszami i każdym towarem, który da się dłużej przechowywać. Z naszych badań wynika, że Polacy i Hiszpanie należą do najbardziej wrażliwych, by nie powiedzieć: strachliwych, konsumentów. Reagują więc dość defetystycznie na każdy sygnał mówiący o tym, że czegoś może zabraknąć. Zaczyna się robić trochę taka psychoza – podsumował gość TOK FM.

DOSTĘP PREMIUM