Polacy w zimie masowo włączą "słoneczka", bo nie będzie węgla? Ekspert ostrzega. "Duże wyzwanie"

Gdyby jakiś czas temu kabaret zaczął nam opowiadać, że w Polsce zabraknie węgla, to publika umierałaby ze śmiechu - mówił w TOK FM Grzegorz Onichimowski. Zdaniem eksperta z Instytutu Obywatelskiego rząd mógł przygotować Polskę na kryzys energetyczny, jednak tego nie zrobił. Wyjaśnił również, dlaczego ceny energii na przyszły rok "mogłyby być spokojnie, co najmniej, o połowę niższe".
Zobacz wideo

Po rozpoczęciu inwazji na Ukrainę i objęciu sankcjami rosyjskich surowców energetycznych Europa stanęła przed realną groźbą kryzysu energetycznego. Pod ocięciu dostaw rosyjskiego węgla jego zapasy w Polsce się wyczerpały, a ceny tego surowca gwałtownie wzrosły. Teraz wielu Polaków stanęło przed realną groźbą, że zimą nie będzie miało czym ogrzać domów. Czy nic nie dało się wcześniej zrobić? - zapytał swojego gościa w TOK FM Maciej Głogowski.

- Oczywiście, że się dało. Gdyby jakiś czas temu kabaret zaczął nam opowiadać, że w Polsce zabraknie węgla, to publika umierałaby ze śmiechu – odpowiedział Grzegorz Onichimowski z Instytutu Obywatelskiego. - Przecież już w zeszłym roku, długo przed rozpoczęciem wojny w Ukrainie, było wiadomo, że manipulacje Gazpromu na rynku gazowym spowodowały, iż energia z węgla nagle stała się bardzo konkurencyjna. Wcześniej mieliśmy 10 mln ton rezerw tego surowca, które leżały na hałdach, ale w ubiegłym roku zaczęły gwałtownie topnieć. Już wtedy trzeba było zastanawiać się, gdzie węgiel kupować. I to niezależnie od tego, czy polski rząd wierzył zapewnieniom sojuszników, że wybuchnie wojna – dodał.

Przypomniał, że w Polsce aż 70 proc. energii wytwarza się z węgla, dlatego gdy go zabrakło, ceny prądu musiały wzrosnąć. Ale czy aż tak bardzo, jak dzieje się to teraz - ekspert miał poważne wątpliwości. - Musimy sobie uświadomić, że w Polsce mamy do czynienia z dwiema cenami energii. Jedna na "dzień następny", a druga "na przyszły rok". One zawsze były do siebie zbliżone, a teraz są bardzo od siebie odległe. Otóż, na przyszły rok ceny energii są wyceniane niezwykle wysoko, ponad 2 tys. zł za megawatogodzinę. Tymczasem w zeszłym roku było to poniżej 400 zł, czyli mamy już pięciokrotną podwyżkę ceny. Jednocześnie na rynku krótkoterminowym energia w Polsce jest najtańsza w Europie. Więc jakie są powody, dla których przyszłoroczne ceny energii są tak wysokie? - zapytał.

Jak wyjaśniał, polskie spółki energetyczne usprawiedliwiają to tym, że nie wiedzą, ile górnicy w przyszłym roku "zażyczą sobie za węgiel". W związku z tym niejako "na zapas" podwyższają ceny energii. - Ale przecież polskie spółki energetyczne albo należą do Skarbu Państwa, albo są od niego zależne, albo w ogóle mają własne kopalnie. Dlatego wydaje mi się, że jest w tym mnóstwo hipokryzji i że te ceny na przyszły rok mogłyby być spokojnie co najmniej o połowę niższe – powiedział gość TOK FM.

Polacy masowo włączą "słoneczka"?

Premier Mateusz Morawiecki wielokrotnie zapewniał, że w Polsce węgla nie zabraknie, bo do kraju płyną już wielkie dostawy tego surowca. Jednak zauważył, że to węgiel słabej jakości i niewiele się go da wysłać do odbiorców indywidualnych. - Więc węgla będzie za mało i stoimy przed realną groźbą, że wielu odbiorców będzie chciało się ogrzewać energią elektryczną. A to może być duże wyzwanie dla systemu. Bo nasze sieci przesyłowe są stare i większość z nich – zwłaszcza poza dużymi miastami – nie jest przygotowana do tego, że ludzie włączą masowo różne "słoneczka" - tłumaczył.

Podkreślił, że aby Polska wyszła z kryzysu energetycznego, musimy zacząć oszczędzać energię. Tymczasem – jak wynika ze słów eksperta – rządzący boją się tego mówić społeczeństwu. - Muszą przestać nas okłamywać. Powtarzają, że wszystkiego mamy wystarczająco dużo i nie potrzebujemy żadnych oszczędności. Że wprowadzanie oszczędności w zużyciu energii, np. w budynkach użyteczności publicznej, nie jest potrzebne. A to jest konieczne, bo na rynkach nawet zaoszczędzenie 2-3 proc. najdroższej energii może spowodować, że ogólna jej cena spadnie o 20-30 proc. Więc każda oszczędność jest mega potrzebna. A przykład do tego musi iść z góry – podkreślił.

Jednak - w jego ocenie - bez względu na to, czy przykład pójdzie z góry, czy też nie, każdy z nas będzie musiał ograniczać zużycie energii elektrycznej, bo zmuszą nas do tego rosnące jej ceny. - Niestety po stronie przemysłu możliwości do oszczędzania jest znacznie mniej, bo on od dawna działa na rynku światowym i musiał zoptymalizować wszystkie swoje procesy tak, by zużywać jak najmniej energii. O wiele więcej możliwości oszczędzania jest po stronie gospodarstw domowych – stwierdził.

Zwrócił również uwagę, że nawet jeśli rząd uspokaja, iż węgla jest pod dostatkiem i nie musimy się obawiać kryzysu energetycznego, bo "państwo nas uratuje", to wcale nie jest pewne, czy ktoś uratuje państwo. - Bo ono już się chwieje. Przecież widzimy liczbę wyłączanych bloków energetycznych i sytuację wokół importu węgla, gdzie nikt nic nie wie. Od hasła "Mamy węgla na 200 lat" (wypowiedział je przed laty prezydent Andrzej Duda – przyp. red.) przechodzimy do hasła "Palmy byle czym" (parafraza słów prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego z ubiegłego weekendu). To oznacza kompletny upadek państwa! – podsumował rozmówca Macieja Głogowskiego.

DOSTĘP PREMIUM