"Tarcza solidarnościowa" tylko dla singli i emerytów? Eksperci: Na tańszy prąd wiele rodzin się nie załapie

Rząd ogłosił tzw. "tarczę solidarnościową", która ma chronić Polaków przed gwałtownymi wzrostami cen energii. Jednak - według ekspertów - w praktyce mało kto będzie mógł z niej skorzystać, bo przyjęty limit zużycia prądu jest za niski. - Wzięto średnią zużycia prądu z GUS-u. A wiemy, jak to ze średnią zazwyczaj bywa: ja i mój pies mamy razem średnio po trzy nogi - komentował w TOK FM Łukasz Kijek z portalu Gazeta.pl.
Zobacz wideo

Rząd chce w przyszłym roku zamrozić ceny prądu dla odbiorców prywatnych. Warunkiem jest jednak jego zużycie - na poziomie nie wyższym niż 2000 kWh rocznie. Został on ustalony na podstawie danych Głównego Urzędu Statystycznego, z których wynika, że takie było przeciętne zużycie energii elektrycznej w 2020 roku.

Jak oceniła w Magazynie "EKG" w TOK FM Justyna Piszczatowska, redaktorka naczelna green-news.pl, to limit nieosiągalny dla wielu rodzin. - To jest próg bardzo niskiego zużycia. Z wcześniejszych lat wynika, że polskie gospodarstwo domowe zużywa mniej więcej 2,2 do 2,4 kWh rocznie - podała. Dziennikarka wskazała również, że 2 tys. kWh zużywa "emeryckie gospodarstwo domowe". - Ewentualnie singiel albo dwójka młodych ludzi, którzy aktywnie pracują i spędzają dużo czasu poza domem - powiedziała rozmówczyni Tomasza Setty.

"Ja i mój pies mamy razem średnio po trzy nogi"

Oznacza to więc, że wiele osób nie będzie mogło skorzystać z pomocy proponowanej przez rząd. - Wzięto średnią zużycia prądu, a wiemy, jak to ze średnią zazwyczaj bywa: ja i mój pies mamy razem średnio po trzy nogi. Według rządu program ma objąć około 10 milionów gospodarstw domowych. Wydaje mi się, że będzie to znacznie mniejsza liczba. Ja mam akurat dwójkę dzieci, więc już wiem, że prawdopodobnie ta pomoc mnie nie obejmie. I myślę, że jest sporo takich rodzin, z dziećmi zwłaszcza - ocenił Łukasz Kijek z gazety.pl. Podkreślił, że średnia zużycia prądu z poprzednich lat może też mieć się nijak do rzeczywistości, w której wiele osób pracuje zdalnie.

Rząd zapowiada, że limit zużycia prądu będzie wyższy (2,6 tys. kWh) w przypadku gospodarstw domowych, w których jest przynajmniej jedna osoba z niepełnosprawnością lub gdzie jest co najmniej trójka dzieci. Czy to poprawi sytuację? - Obawiam się, że im więcej tego typu ogólnych zasad, tym większe ryzyko, że przepisy, które zostaną zaraz napisane, będą roiły się od błędów. Zaraz się okaże, że można złożyć kilka wniosków o dopłaty do jednego gospodarstwa domowego i będziemy mieli kolejny galimatias, jak z dopłatami do węgla. Tam można uzyskać dopłatę nawet wtedy, kiedy węgla się zupełnie nie spala - oceniła Piszczatowska.

"Jakiekolwiek przyznanie się, że trzeba coś oszczędzać jest bardzo bolesne"

Rząd zapowiedział również, że chce promować oszczędzanie energii. Gospodarstwom domowym, które w 2023 roku zmniejszą zużycie prądu o co najmniej 10 proc. (w porównaniu do 2022 roku), ma przysługiwać dodatkowa obniżka cen energii. Tymczasem jeszcze niedawno minister klimatu Anna Moskwa - po wystąpieniu szefowej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen, która namawiała do oszczędzania energii - powiedziała, że Polski nikt do tego nie zmusi.

Według gości TOK FM oznacza to, że rząd wie, iż sytuacja jest dużo gorsza, niż zakładał jeszcze dwa tygodnie temu. - Przed wakacjami miałam okazję spotkać się z wyborcami PiS-u i chwalili władze za to, że nie trzeba w Polsce oszczędzać energii. Śmiali się, że w Hiszpanii i Francji trzeba to robić, a u nas na szczęście nie - mówiła Aleksandra Karasińska, dziennikarka "Newsweeka". - Więc myślę, że dla partii rządzącej i jej elektoratu kwestia energii jest bardzo wrażliwa. I jakiekolwiek przyznanie się, że trzeba coś oszczędzać, jest bardzo bolesne - oceniła.

Zdaniem Karasińskiej, choć pomoc dla odbiorców jest w jakiś sposób niezbędna, nie należy zapominać, że napędza ona inflację. - To kolejne wydawanie pieniędzy z budżetu. Ponadto premier nie wskazał, skąd weźmie finansowanie na tę tarczę. Przypomnijmy sobie, rząd nie ma żadnych własnych pieniędzy. To są nasze pieniądze. Więc jeżeli rząd mówi, że jednym gospodarstwom dołoży, to komuś będzie musiał zabrać. Albo popsuje i tak zepsute finanse publiczne - podsumowała gościni TOK FM.

DOSTĘP PREMIUM