Lubelszczyzna: PiS przegrało bój o unieważnienie wyborów. Protest oddalony

Sąd Okręgowy w Lublinie oddalił dziś protest wyborczy PiS. Chciało ono m.in. unieważnienia wyborów do sejmiku woj. lubelskiego. Partia twierdziła m.in., że w Hrubieszowie członkowie komisji wyborczej utrudniali pracę kobiecie, która była mężem zaufania.

Pełnomocnik wyborczy Prawa i Sprawiedliwości w złożonym proteście domagał się orzeczenia o nieważności wyborów do sejmiku, stwierdzenia wygaśnięcia mandatów radnych oraz wydania postanowienia o przeprowadzeniu ponownego głosowania. Nic takiego się jednak nie stanie. Sąd protest oddalił.

Wcześniej przesłuchiwani byli przewodniczący komisji, do których miały być zastrzeżenia. M.in. Wiesław Brzozowski z Uścimowa Starego, gdzie komisja miała wywiesić do publicznej wiadomości niepodpisane protokoły. - Protokoły były podpisane - zeznał przed sądem Brzozowski. Jak dodał, w komisji było dwóch mężów zaufania, w tym ten z PiS. - Nie mieli żadnych uwag, do naszego protokołu nie wnosili żadnych zastrzeżeń - stwierdził.

Hrubieszów, kontrowersyjna mąż zaufania i jej pytanie, dlaczego dziecko wrzuca głosy rodziców do urny

PiS w swoim proteście dowodziło też, że w Hrubieszowie mężowi zaufania, którym była reprezentująca Prawo i Sprawiedliwość kobieta, komisja wyborcza "uniemożliwiała obserwację czynności wyborczych w dniu głosowania". - Było zupełnie odwrotnie. Nie zgadzam się z żadnym z przedstawionych zarzutów - mówiła przed sądem Małgorzata Szczęk, przewodnicząca komisji wyborczej nr 8 w Hrubieszowie.

"Wisiała na telefonie, strofowała wyborców"

Jej zdaniem pani mąż zaufania przekroczyła swoje uprawnienia. Miała ze sobą uchwałę partii w sprawie wyborów, do której - jak twierdziła - ma się stosować. Argumentowała, że ma prawo swobodnie chodzić po lokalu wyborczym czy zwracać uwagę członkom komisji. - Non stop używała też telefonu komórkowego, więc musiałam zainterweniować. Bo nie wiem, czy nie nagrywała, a nie można tego robić - mówiła Szczęk. Zeznała też, że mąż zaufania podchodziła do osób głosujących i ich strofowała, że w lokalu wyborczym nie powinni rozmawiać czy się konsultować. - Nawet zwróciła uwagę małżeństwu, gdy ich dziecko chciało kartę do głosowania wrzucić do urny wyborczej - zeznała Szczęk.

Już po głosowaniu mąż zaufania chciała też przejrzeć głosy wyciągnięte z urny. - Miała zastrzeżenia do liczenia głosów, że nie tak to powinno wyglądać, że nie powinniśmy rozkładać głosów na kupki. My nie mogliśmy normalnie pracować. Uniemożliwiała nam liczenie głosów, zadzwoniłam więc do komisarza wyborczego z pytaniem, co mam zrobić. Pani komisarz powiedziała, że jeśli lokal jest zamknięty, to do lokalu może wejść jedynie policja - mówiła przed sądem Małgorzata Szczęk. W rezultacie poprosiła o policyjną interwencję. - Policjanci przyjechali, starali się uspokoić sytuację. Pouczyli męża zaufania, że powinna pracować zgodnie z uchwałą Państwowej Komisji Wyborczej - dodała przed sądem przedstawicielka komisji z Hrubieszowa.

Głosowanie poza lokalem? "Nic takiego nie miało miejsca"

Przed sądem zeznawał też Roman Falandysz, przewodniczący komisji obwodowej w Korchowie Pierwszym - tu PiS twierdziło, że 16 listopada w trakcie wyborów samorządowych zdarzały się przypadki głosowania poza lokalem wyborczym. Szef komisji zaprzeczył. Przyznał, że po mszy było w lokalu więcej osób, zrobił się tłok i pojawiła się jedna próba wyniesienia kart do głosowania poza lokal. - Ale interweniowaliśmy i do tego nie doszło - mówił Falandysz. Podkreślał, że u niego w komisji też byli mężowie zaufania i też nie zgłaszali żadnych zastrzeżeń.

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny