Broniarczyk: Przestańcie nas straszyć i pouczać na temat aborcji. Zacznijcie słuchać kobiet

"Dla wielu osób niechciana ciąża to największy dramat, jaki mogą sobie wyobrazić. Im aborcja przynosi ulgę" - pisze Natalia Broniarczyk o sporze Kraśki i Dryjańskiej w TOK FM.

W środę w Poranku Radia TOK FM doszło do burzliwej dyskusji pomiędzy Piotrem Kraśką i Anną Dryjańską. Punktem zapalnym była rozmowa o emocjach towarzyszących zabiegowi przerwania niechcianej ciąży. Prowadzący program powiedział, że według niego „każda aborcja jest tragedią”. Piotr Kraśko podkreślił, że „ma trójkę dzieci i aborcja oznaczałaby fakt, że któregoś z nich nie byłoby na świecie. Jest to najbardziej tragiczna myśl, jaką mogę sobie wyobrazić”.

Nie dziwi mnie, że padły takie słowa. Rozmowa o aborcji prawie zawsze uruchamia własne emocje i wyobrażenia. Niewątpliwie jest to skutek obowiązującej ustawy antyaborcyjnej z 1993 roku, która ma upowszechnić przekonanie, że aborcja to coś złego.

Cel przeciwników i przeciwniczek legalnej aborcji został osiągnięty, widać to zwłaszcza teraz, gdy temat przerywania ciąży znowu powrócił do Sejmu i wyprowadził kilkadziesiąt tysięcy osób na ulice.

Najtrudniej jest odejść od własnych emocji i wyobrazić sobie, co czuje osoba w niechcianej ciąży, której nie może przerwać. Dla wielu osób pozostanie w takiej ciąży i urodzenie dziecka, to najbardziej tragiczna myśl, jaką mogą sobie wyobrazić, a aborcja przyniesie im ulgę.

Kłamstwo "syndromu poaborcyjnego"

Temat „aborcji” od razu przenosi dyskusję do rozważań o szkodliwości tego zabiegu, o skutkach ubocznych, o dopuszczalnej i łatwej do zaakceptowania liczbie aborcji, o traumie, czy nawet o „syndromie poaborcyjnym”. Dlaczego tak się dzieje? Przez upolitycznienie „aborcji”, które nie tylko obrosło w mity, narażające na niebezpieczeństwo osoby w niechcianej ciąży, ale też sprawiło, że nie ma przestrzeni na dyskusję o tym, jak faktycznie ten zabieg wygląda.

Upolitycznienie tego słowa sprawiło, że zabieg przerwania ciąży kojarzy się z ideologią. Gdy pada słowo "aborcja" od razu za nim pojawiają się argumenty światopoglądowe, które nie zostawiają odrobiny przestrzeni ani na fakty, ani na rozmowę o powszechnej procedurze medycznej. Tak wyglądała też audycja Poranka w TOk FM.

Warto zastanowić się ile z naszych aborcyjnych wyobrażeń / uprzedzeń / poglądów ma rzeczywiste pokrycie z faktami? A przecież jest to tylko i aż procedura medyczna. I do tego dość prosta, ale zdaje się, że prawie nikt nie chce o tym pamiętać, i mało kto chce o tym w ten sposób rozmawiać.

Fakt: 1 na 4 ciąże kończy się aborcją

Na całym świecie każdego dnia osoby decydują się na aborcję. Jedna na cztery ciąże kończy się aborcją, mimo to przekazywana wiedza na temat aborcji jest bardzo często niedokładna i stygmatyzująca.

Zgodnie z badaniami CBOS z 2013 roku około 5 milionów kobiet w Polsce przynajmniej raz w swoim życiu przerwało niechcianą ciążę.

Wśród tych 5 milionów  są matki i osoby bezdzietne, pracujące i bezrobotne, osoby z małych miasteczek i wsi oraz te z wielkich miast, niewierzące i wierzące, osoby nieznane szerszej publiczności oraz aktorki, piosenkarki czy celebrytki.

Wśród nas są osoby, które po przerwaniu ciąży poczuły się lepiej oraz te, którym zdarza się żałować aborcji. Może trudno sobie to wyobrazić, ale ulga jest najczęściej pojawiającym się odczuciem po aborcji.

Według wielu badań np. tych z Uniwersytetu Kalifornijskiego z 2015 roku, około 98 proc. osób po przerwaniu niechcianej ciąży nie żałuje swojej decyzji, a wręcz odczuwa ulgę.

Rozmawiając o aborcji, warto pamiętać, że według badania „Women’s Mental Health and Well-being 5 Years After Receiving or Being Denied an Abortion: A Prospective, Longitudinal Cohort Study” JAMA Psychiatry z 2016 roku:

większe ryzyko wystąpienia zaburzeń psychicznych istnieje przy odmowie aborcji osobie, która nie chce kontynuować ciąży, niż po zabiegu jej przerwania.

Osoby w niechcianej ciąży są narażone na wysoki stres, a ryzyko wystąpienia depresji i stanów lękowych jest dwukrotnie bardziej prawdopodobne – to z kolei wynika z danych raportu Global Doctors For Choice. O tym stresie prawie nie rozmawiamy, za to pozostawiamy mnóstwo przestrzeni na dyskusję o nieistniejącym syndromie poaborcyjnym i własnych wyobrażeniach.

Kobiety muszą się ukorzyć nawet przez sojusznikami

Od lat obserwuję skutki obowiązującego w Polsce prawa antyaborcyjnego, czyli zakazu aborcji z trzema teoretycznie możliwymi wyjątkami. Istniejący od 25 lat zakaz aborcji sprawił, że my, kobiety, zawsze musimy mieć wystarczająco dobry powód, uzasadnienie naszej decyzji, kiedy decydujemy się nie kontynuować ciąży, oczywiście, jeśli w ogóle zdecydujemy się o tym komukolwiek powiedzieć.

Dodatkowo, jeśli postanowimy przerwać ciążę, to musi być też nam wystarczająco przykro i na wszelki wypadek mamy być uniżone, pokorne i przepraszające, a także cały czas się usprawiedliwiać.

Żeby tego było mało, to wmawia się nam, że aborcja to zawsze trudna decyzja dla osoby, która wybiera zabieg: dramat, wydarzenie, które będzie do nas wracało przez całe życie. I to jest argument, który wypowiadają zarówno zagorzali_łe fundamentaliści_stki katoliccy_kie, przeciwnicy aborcji, ale niestety też osoby, które popierają złagodzenie ustawy antyaborcyjnej z 1993 roku albo łaskawie bronią tzw. "kompromisu".

Ideologia wstydu

Tymczasem tak się składa, że znam kobiety, które po aborcji otworzyły wino lub szampana, bo nigdy wcześniej nie czuły tak niewyobrażalnej ulgi, jak wtedy, gdy odebrały wynik badania krwi beta hCG kilka dni po zażyciu pigułki poronnej. Znam też takie, które cierpią z powodu aborcji, ale częściej z powodu tej nielegalnej, niebezpiecznej, drogiej, robionej w ukryciu i osamotnieniu. One też odczuwają ulgę, ale najczęściej wstydzą się do niej przyznać. Dlaczego? Bo jedyną emocją, na którą pozwalają nam biskupi i większość dziennikarzy jest niekończący się żal.

W zakazie aborcji chodzi bowiem o to, by kobiety się wstydziły przerwania niechcianej ciąży i żebyśmy były osamotnione w tym doświadczeniu.

Wstydzić się powinnyśmy już samego myślenia o ewentualnej aborcji, wstyd powinien nam towarzyszyć przy szukaniu możliwości przerwania niechcianej ciąży, mamy też odczuwać wstyd na tyle wielki, by uniemożliwił nam poproszenie o pomoc. Na wstydzie i samotności bazuje obowiązująca ustawa antyaborcyjna z 1993 roku i o wstydzie są wszystkie projekty zaostrzające. Na wstydzie zbudowany jest też mit o syndromie postaborcyjnym, który nie istnieje, ale dzięki niemu przeciwnikom i przeciwniczkom wyboru łatwiej jest manipulować swoimi odbiorcami i odbiorczyniami.

W krajach, gdzie aborcja jest legalna, tania i faktycznie dostępna, dla wielu osób aborcja to zwykły fakt z życia, jak rozstanie z partnerem lub partnerką, dobry lub nieudany seks, zmiana pracy czy miejsca zamieszkania.

Czasem nasza decyzja jest trudna i potrzebujemy przy niej wsparcia, a czasem nie. A nawet jeśli decyzja o aborcji byłaby w naszym przypadku złą decyzją, to czy to znaczy, że my, jako dorosłe osoby, nie możemy jej podjąć? Dlaczego akurat przed tą decyzją na siłę próbuje się nas ochronić?

Media na pasku fanatyków

Media przyczyniły się do rozpowszechnienia przekonania, że na aborcję kobieta musi sobie "zasłużyć" wielkim cierpieniem związanym ze skrajnymi okolicznościami. A rzeczywistość jest taka, że wszędzie na świecie ciąże przerywa się na najczęściej dlatego, że nie chce się w niej być.

Media nie chcą rozmawiać z kobietami po zabiegu, które mówią o nim w normalny sposób. Wolą naświetlać skrajne przypadki (zagrożenia życia, zdrowia, gwałtu, uszkodzenia ciąży) i podtrzymywać przekonanie, że aborcja to coś, czego powinno być jak najmniej, bo „to zawsze dramatyczna decyzja".”

Aborcja nie musi być dramatem ani trudną decyzją. Może być, gdy poszukujemy jej w podziemiu, jesteśmy ganiane od gabinetu do gabinetu, bo wszędzie obowiązuje "klauzula sumienia", kiedy przerywamy ciążę chcianą i wyczekiwaną, bo dowiadujemy się o wadach płodu, albo kiedy nas zwyczajnie na aborcję nie stać i musimy pożyczać na nią ogromne sumy pieniędzy.

Aborcja nie musi być dramatem, trudną decyzją, która wraca do nas przez całe życie, jeśli jesteśmy traktowane podmiotowo i podejmujemy decyzje w zgodzie ze sobą, a także mamy przy tym wsparcie – JEŚLI oczywiście go potrzebujemy.

Mówimy wprost o przerwaniu niechcianej ciąży

Piotr Kraśko w Poranku Tok FM odniósł się też do Aborcyjnego Dream Teamu, który mam przyjemność współtworzyć. Audycję redaktor rozpoczął od wypowiedzi pełnej dezaprobaty dla tego, jak się nazywamy i co robimy.

Tak, wiemy – różowa okładka, bezpośrednie hasło, nie ta nazwa, stare statystyki - te zarzuty zdarza nam się słyszeć od osób pracujących w mediach. Według wielu pewnie lepiej byłoby się posługiwać bezpiecznymi hasłami, do których media są już przyzwyczajone, osłuchane typu: prawa człowieka, godność, prawa reprodukcyjne, prawa kobiet.

Pragnę podkreślić, że zmiana to nasza świadoma strategia: chcemy mówić wprost, o co nam chodzi. Mamy dosyć udawania, że chodzi nam o coś innego. A chodzi nam o to, byśmy w końcu przestały się wstydzić, że przerywamy niechcianą ciążę.

Chodzi o to, byśmy w końcu mogły mówić, że jedyne, co nas może powstrzymać przed aborcją jeśli jesteśmy w niechcianych ciążach, to brak pieniędzy, brak dostępu do informacji, brak kontaktów czy znajomości.

Na co dzień jako członkinie grupy Aborcyjny Dream Team przywracamy normalność wokół aborcji w Polsce, robimy kobietom przestrzeń na język ich doświadczeń, mówimy o aborcji bez tabu, bez wstydu, bez dramatu. Zdając sobie sprawę z ogromnej stygmatyzacji aborcji, staramy się doceniać każdą próbę pokazania realnego doświadczenia przerywania niechcianej ciąży. Środowa poranna audycja nas od tego oddala, bo ciągłe powtarzanie przez panów nieuzasadnionych naukowo informacji i odmiana "dramatu" przez wszystkie przypadki, tylko pogłębia stygmatyzację aborcji.

Uciszanie kobiet

Stygmatyzacją jest życie w społeczeństwie, które ciągle mówi o aborcji, ale nigdy nie daje nam przestrzeni, byśmy mówiły o swoim własnym doświadczeniu. Obserwuję ten brak przestrzeni wszędzie i cały czas. Gdy tylko pojawi się głos wymykający się z narracji wielkiego dramatu, od razu pojawiają się dyscyplinujące upomnienia, przypominające nam, jak po własnej aborcji mamy się czuć.

Drodzy dziennikarze, drogie dziennikarki: jeśli nie chcecie podzielić się przestrzenią i pozwolić nam mówić o tym, co czułyśmy po przerwaniu niechcianej ciąży, to chociaż przestańcie nas straszyć.

Kierra Johnson (była szefowa amerykańskiej organizacji Unite for Reproductive & Gender Equity, URGE) powiedziała kilka miesięcy temu w jednym z wywiadów, że „jesteśmy gotowi_e mówić śmiało, jasno i pozytywnie o aborcji. Nie o zdrowiu reprodukcyjnym ani o prawach kobiet, które są oczywiście ważne, ale są też zbyt często używane jako eufemizmy aborcji”.

Przestańcie nas pouczać

Bardzo bym chciała, żeby w polskich mediach było na to miejsce. Aborcja to dobro publiczne i kwestia sprawiedliwości społeczno-ekonomicznej. Aborcja to zabieg medyczny. Powinien być dostępny dla tych osób, które go potrzebują.

Zbyt długo mówimy o „jakichś” kobietach, które przerywają ciąże. Zbyt długo knebluje nam się usta i mówi się w naszym imieniu. Stanowczo zbyt długo mówi się, że nasze decyzje są dramatem i ostatecznością.

Tak samo, jak Kierra Johnson, uważam, iż świat będzie lepszy, gdy osoba, która potrzebuje aborcji, otrzyma ją – za darmo, w bezpiecznej przestrzeni i bez napiętnowania, stygmatyzacji, oceny czy ingerencji politycznej.

Świat będzie lepszy, gdy osoby pracujące w mediach, politycy i polityczki, przedstawiciele kleru, przestaną nas straszyć, dyscyplinować i wmawiać nam, jak mamy się czuć. Inna rozmowa o aborcji jest możliwa.

DOSTĘP PREMIUM