"Lubię prowokować. Wkurzam fanatyków". Polski ksiądz w Czechach słynie z wywoływania skandali

- Nie jestem specem od Biblii. Gdyby w moich drzwiach zjawił się świadek Jehowy, by przeprowadzić ze mną poważną debatę, prawdopodobnie mocno bym się skompromitował - mówi ks. Zbigniew Czendlik.

Zbigniew Czendlik to znany z kontrowersyjnych wypowiedzi polski ksiądz w Czechach. Na półkach księgarni właśnie pojawił się wywiad - rzeka z duchownym, zatytułowany "Bóg nie jest automatem do kawy" (wyd. Dowody na istnienie). Rozmowę z ks. Czendlikiem przeprowadziła Marketa Zahradnikova. Tokfm.pl publikuje fragment bezpretensjonalnej książki kapłana.

Zacznijmy od tego, co sam o sobie sądzisz.

Trudno o obiektywną odpowiedź, każdy chyba chce o sobie myśleć dobrze. Nasz punkt widzenia rzadko pokrywa się z rzeczywistością, lubimy coś sobie wmawiać, przymykać oczy na własne wady. Spoglądając w lustro, zawsze trochę poprawiamy wygląd, żeby jak najlepiej wypaść. Robimy też wiele, by inni tak nas postrzegali. Nie jestem w tym odosobniony.

Wszyscy chcemy być akceptowani, dlatego tak zależy nam na tym, jak jesteśmy postrzegani. To kolejna ważna perspektywa. Jak widzą nas inni. Tyle że również nieobiektywna. Na pewno w jakiś sposób mnie odbierasz, wywołuję w tobie takie czy inne odczucia. Ktoś inny w tej samej sytuacji pomyśli o mnie i oceni zupełnie inaczej, lecz także on nie zobaczy prawdziwego mnie. Nie wie, co dzieje się w moim wnętrzu, nie zawsze będzie umiał rozpoznać, czy jestem szczery, czy nie, co dokładnie myślę, czy czuję. Takie rzeczy można jedynie wyczuć lub z czasem zaobserwować, ale nigdy nie ma się pewności. Mało tego, zwykle pytając kogoś o opinię na własny temat, tak naprawdę wcale nie jesteśmy jej ciekawi. Chcemy raczej, by potwierdził nasze własne zdanie.

Trzeba przyznać, że najczęściej oceniamy i postrzegamy zbyt powierzchownie. Na szczęście jest też Pan Bóg, który zagląda prosto w nasze serca. Nie da się Go zwieść nawet najlepszym makijażem czy modnym ubraniem. Jeśli więc chcemy dowiedzieć się na swój temat czegoś sensownego, mamy do dyspozycji trzy zwierciadła. Pierwsze, w którym przeglądamy się sami. Drugie, w którym odbija się opinia innych o nas, i trzecie – lustro, w którym widzi nas Bóg. Dopiero kiedy połączymy te wszystkie trzy odbicia, może powstać obiektywna prawda o nas. Tyle że w tej książce raczej nie zawrzemy trzeciego punktu widzenia.

A ja wierzę, że tak. Liczę na pomoc boską. Ty coś mówisz, ja zapisuję. Opowiadaj o sobie i zobaczymy, co z tego wyniknie.

To zawsze będzie tylko fragment. Na pewno się okaże, że choć skończyłem studia, to nie należę do najbystrzejszych. Uważam za to, że miły ze mnie gość. To moja największa broń. Nawet nie próbuję udawać intelektualisty. Kiedy nagrywam program Uchem jehly dla telewizji czy Jak to vidí… dla radia, często się zastanawiam, co ja właściwie robię na krześle prowadzącego. Moimi gośćmi są zwykle ludzie o dużo rozleglejszej wiedzy. To ich, nie mnie, powinno się co tydzień pokazywać w mediach.

Na świecie jest wiele osób, które znacznie przewyższają mnie intelektem. Tomáš Halík na przykład. Lubimy się, ale nie za bardzo mamy o czym ze sobą rozmawiać. On zapewne chętnie porozmawiałby o Świętym Tomaszu z Akwinu czy innych doktorach Kościoła, a ja znam się raczej na modelkach. Czasem odnoszę wrażenie, że jestem w tyle nawet za niektórymi uczniami szkół średnich. Co tam średnich, bywa, że dzieciak z podstawówki czy wręcz przedszkolak zagina mnie swoją wiedzą. Dlatego właśnie bardziej niż rozumowi ufam swojemu sercu. Bo serce mam, w  przeciwieństwie do mózgu, dość duże.

Pogodziłem się z faktem, że jestem człowiekiem dosyć powierzchownym i że inni często tak mnie odbierają. Naprawdę nie za bardzo potrafię zagłębiać się w sprawy wewnętrzne. Raczej rozglądam się dookoła, mój horyzont jest więc nie tyle głęboki, co szeroki. Po prostu nigdy nie będę filozofem ani intelektualistą. Każdy, kto próbuje na siłę doszukać się we mnie czegoś z Tomáša Halíka, ma pecha. Na szczęście w Kościele nie brak nam takich jak on. Max Kašpar, Václav Vacek czy Marek Orko Vácha. To ludzie o ogromnej wiedzy.

Jasne, że tacy jak oni w pewnym sensie są dla mnie inspiracją, że czegoś się od nich uczę. Ale wybieram tylko to, co chcę przekazać dalej. Następnie formułuję ich wnioski na swój sposób, by zrozumieli je moi słuchacze. Żeby je pojęli i mogli się z nimi utożsamić. Intuicyjnie upraszczam ważne refleksje.

Być może właśnie moje ograniczone możliwości intelektualne wpłynęły na to, że nie jestem specem od Biblii. I ja mam w niej, rzecz jasna, ulubione fragmenty, jak Księga Przysłów, Pieśń nad Pieśniami, Księga Hioba czy Ewangelie. Te teksty głęboko do mnie trafiają. Ale gdyby w moich drzwiach zjawił się, dajmy na to, świadek Jehowy, by przeprowadzić ze mną poważną debatę, prawdopodobnie mocno bym się skompromitował. Musiałbym wołać na pomoc komputer i wyszukiwarkę.

Czyli nie sypiesz jak z rękawa perełkami w stylu: „Jan 3,16”, „List do Rzymian 10,9”?

Akurat te najbardziej znane fragmenty jeszcze jako tako kojarzę. Jednak z całego serca zazdroszczę osobom, które potrafią z pamięci cytować biblijne wersety i wszelakich Ojców Kościoła. To godne podziwu. Ja mam pamięć dobrą, ale krótką. Gdybyś na przykład teraz spytała, jaką książkę czytałem wczoraj wieczorem, nie jestem pewien, czy znałbym odpowiedź. Nie chodzi o to, że nie czytam. Po prostu wokół mnie bez przerwy leżą różne książki, a ja nie jestem w stanie zapamiętać autora, czasem nawet tytułu. Zapamiętuję tylko kwestie, które mnie interesują. Nie mam głowy do takich rzeczy. Co zapewne odzwierciedla się też w moim stosunku do Pisma Świętego.

Chyba trochę przesadzasz.

Być może, ale naprawdę mógłbym mieć odrobinę większe rozeznanie. Mam pewne zaległości, choć, szczerze mówiąc, specjalnie mi to nie ciąży. Gdybym teraz rzucił się do ksiąg, pewnie udałoby mi się te braki nadrobić. Tyle że to straszna nuda…

Przyznaję, kiedy mam gorsze dni, bywa, że czuję się jak „głupek z mediów”, i jest mi przykro.

Z drugiej strony pewnie masz trochę racji, że przesadzam. Bliscy także twierdzą, że niepotrzebnie się umniejszam. Że jestem zbyt autoironiczny, zwykle celowo ośmieszam samego siebie. Może i prawda, nie zamierzam jednak tego zmieniać, bo lubię żartować. Dowcipy często polegają na nabijaniu się z innych, a ja nie chcę tego robić. Uważam, że we mnie samym jest dostatecznie dużo do wyśmiania.

Powiedziałabym raczej, że twoje wypowiedzi bywają kontrowersyjne. Robisz to celowo?

Chyba faktycznie lubię prowokować. Z radością i satysfakcją wkurzam fanatyków i dogmatyków. Inna sprawa, że czasem paplę, co mi ślina na język przyniesie, lub o tym, co akurat czuję. Nie zastanawiam się zbyt długo nad tym, co powiem. Reaguję natychmiast, impulsywnie. Jak już mówiłem, kieruję się raczej emocjami niż rozumem. Bardzo możliwe więc, że nazajutrz wypowiem się zgoła inaczej na ten sam temat, że po prostu zmienię zdanie. Dlatego nie można mnie nazwać osobą o ustalonych poglądach. Żyję chwilą i tym, co w tej konkretnej sytuacji na dany temat sądzę.

Uważam, że osoby zbyt przywiązane do własnych poglądów wolą siebie samych od prawdy. Bo prawda to poszukiwanie. Dociekając jej, zawsze możesz znaleźć się w ślepej uliczce. Wtedy musisz zrobić krok w tył. Czasami wiele, wiele kroków. Właściwa droga wcale nie polega na ciągłym parciu do przodu.

Zdarzyło się, że twoi przełożeni objechali cię za zbyt impulsywną wypowiedź?

Może to dziwne, ale nie. Wszyscy chyba wiedzą, że często plotę piąte przez dziesiąte, przywykli, więc moje wypowiedzi nikogo już nie szokują. Pewnie tylko machają ręką i myślą coś w rodzaju: „No jasne, Czendlik, no comment”. Jestem w naszym Kościele wymykającym się schematom cudakiem.

Co ma swoje plusy. Zawsze mogę powiedzieć: „Znacie mnie, więc czego się spodziewaliście?”. Jest w tym coś z alibizmu. Kardynał Duka powiedział kiedyś dziennikarzom, że jeśli w czeskim Kościele zdarzy się jeden Czendlik, to jeszcze nie problem, ale dziesięciu takich Czendlików oznaczałoby spore kłopoty.

Z tego, co wiem, twoje podejście do wiary i Kościoła katolickiego ma wielu zwolenników wśród wierzących i niewierzących. Jesteś naszym ulubionym jego reprezentantem. Szczerze mówiąc, nie do końca wierzę, że Kościół ma aż taki dystans do twoich poczynań.

Być może jest tak dlatego, że zawsze byłem lojalny w stosunku do przełożonych. Wyniosłem z domu szacunek dla autorytetów, nie mam też potrzeby krytykowania innych. Unikam publicznych konfrontacji. Staram się mieć jak najlepsze relacje z ludźmi. Życie jest zbyt krótkie, by marnować je na wojenki. Poza tym każda wojna jest wyłącznie stratą czasu, sił i energii.

Nie mówię, że nie spotykam się z krytyką na swój temat. Bywa, że ktoś określa mnie wręcz niszczycielem wiary. Raz trafiłem w internecie na wezwanie do modlitwy o nawrócenie się kilku reprezentantów Kościoła. Znalazłem tam także swoje nazwisko, tyle że wtedy akurat mało nie pękłem z dumy. Bo tuż obok widniały same szychy – papież Franciszek, kardynał Duka czy Tomáš Halík. Słowem, doborowe towarzystwo.

Część wiernych uważa mnie za nazbyt liberalnego. Bywa, że moje wypowiedzi w mediach burzą im krew w żyłach. Niedawno dostałem pełen żalu list od fanatyczki religijnej, która postanowiła w imię wiary zrobić mi z życia piekło. Powiedziałem gdzieś, że ubogacają mnie ateiści, co doprowadziło ją do szału. Ale ja wcale nie zamierzam tego odwoływać. Ateista może utwierdzić mnie w wierze, na przykład zmuszając do głębszych nad nią przemyśleń. Zresztą całe to dzielenie ludzi na wierzących i niewierzących uważam za absurd.

Mój dobry przyjaciel Tamir, nawiasem mówiąc, żydowski ateista, jak sam siebie określa, niedawno rozbawił mnie pytaniem: „Wiesz, dlaczego Pan Bóg lubi ateistów? Bo Mu dupy nie zawracają!”. Ciekawe spostrzeżenie! Patrząc od tej strony, to nawet bardzo logiczne. Wyobraź sobie, że ktoś bez przerwy o coś skamle, wciąż czegoś chce. Nieustannie zadaje pytania, ciągle wymaga, byś brał udział w jego troskach. Znam kilka takich osób i przyznaję się bez bicia, że na ich widok natychmiast daję nogę. Pytanie więc, czy właściwie nie powinniśmy żałować Pana Boga, bo biedak nie ma gdzie się przed nami skryć.

A ja lubię ateistów już choćby za ich odmienne zdanie. Dialog z osobami o innych poglądach zawsze poszerza horyzonty. Nikt z nas nie ma wyłącznej licencji na prawdę, nikt nie ma na nią patentu. Chodzi raczej o to, by wspólnie jej poszukiwać i ją poznawać.

Szczerze mówiąc, nie najlepiej dogaduję się z ludźmi, którzy uważają się za świętych. Nadmiar świętości hamuje rozwój. Bywa, że rozmówca dosłownie działa mi na nerwy swoim sztywniactwem. Uważam zresztą, że Pan Bóg też nie jest zwolennikiem takiego podejścia do życia.

Jak w tym kawale: „Przychodzi facet do lekarza i skarży się na okropne bóle głowy. Lekarz pyta: – Pali pan papierosy? Oburzony facet zaprzecza: – Też coś, doktorze, wypraszam sobie! W życiu bym tego świństwa do ust nie wziął! – Alkohol? – kontynuuje lekarz. – W żadnym wypadku! Co to w ogóle za pytania?! Przecież jest pan lekarzem, nie wie pan, że alkohol to zguba ludzkości?! – Kobitki? – dopytuje dalej doktor. – No, teraz to już doktor przesadził! Jak pan śmie?! – zdenerwował się pacjent. – Czy to może taki silny, przenikliwy ból, jakby coś panu uciskało głowę? – Tak właśnie, doktorze, dokładnie taki! Lekarz kiwa głową i powiada: – Jasna sprawa, aureola pana uwiera!”.

Myślę, że to dość trafny żart. Niestety, bardzo często spotykamy na swojej drodze „mało ludzkich” ludzi, którzy zawsze mają „świętą rację”. Ludzi, którzy żyją dla Boga, ale bez Boga.

Z wiarą jest trochę jak z prowadzeniem samochodu. Czasem jeżdżę ze świetnym szoferem, Radimem. Kiedyś wyjaśnił mi, że największe niebezpieczeństwo na drodze stwarzają kierowcy, którzy bez przerwy gapią się na prędkościomierz. Bo nie wystarczy uważać na prędkość – trzeba patrzeć na wprost, w lusterko wsteczne, reagować na ruch uliczny. Podobnie osoby stale skupione na tym, by nie zgrzeszyć, bez przerwy to podkreślające, nie zauważają wielu spraw. Umyka im na przykład radość wiary i relacji z Bogiem. Można je porównać do konsumentów, którzy kupując jedzenie, patrzą jedynie na wartość energetyczną produktu. Nieważne, czy to smaczne, ważne, że ma mało kalorii. Myślisz, że tacy ludzie w ogóle czerpią radość z jedzenia?

Słowem, nie lubię sterylnego sposobu myślenia i czarno-białej wizji świata. I cenię ludzi, którzy przyznają się do własnych niedoskonałości, nie udają lepszych, niż są. Osoby podchodzące do pewnych spraw z umiarem i dystansem potrafią śmiać się z siebie i nie traktują się śmiertelnie poważnie.

DOSTĘP PREMIUM