"Kiedyś zjadł psy zaprzęgowe". Amundsen żył w blasku reflektorów, ale miał swoje tajemnice

"Nie brakowało mu ani przyjaciół, ani wrogów. Nie dało się go zmusić do zrobienia czegoś, czego nie chciał" - pisze o Roaldzie Amundsenie, pierwszym zdobywcy bieguna południowego, autor jego biografii.

Książkę Stephena Bowna o norweskim podróżniku Roaldzie Amundsenie (1872-1928) opublikowało Wydawnictwo Poznańskie. Poniżej publikujemy jej fragment.

Podobnie jak wszystkie niezwykłe postaci, Amundsen dorobił się kilku przydomków: „Ostatni z wikingów” kojarzył się ze śmiałymi przedsięwzięciami, które podejmowali jego pobratymcy w przeszłości, „Napoleon strefy podbiegunowej” odnosił się do jego stylu działania i planowania podbojów, zaś „Biały orzeł” przywoływał na myśl jego imponującą powierzchowność.

Po-dobnie jak jego przodkowie, wikingowie, robił wrażenie swoją posturą. Krok tego człowieka zdradzał pewność siebie, postawa przekorę, orli nos zdawał się gratką dla karykaturzystów, a nad łysiejącą głową dominowały białe kłęby wspaniałych wąsów. Twarz miał spaloną słońcem i przedwcześnie postarzałą od brnięcia przez zamiecie śnieżne na nartach lub w saniach z psim zaprzęgiem, a także przez ciągłe troski o nędzny stan finansów.

Skóra wokół jego przenikliwych niebieskoszarych oczu była pomarszczona od bezustannego mrużenia powiek pośród skrzącego się lodu i na rozległych zamarzniętych morzach. Te oczy, jak zauważył jeden z jego przyjaciół, „przewiercały się przez człowieka, gdy zwracały się ku nieskończoności”.

Amundsen żył z werwą i pasją

Według Ellswortha, który znał go przez cztery lata i dwukrotnie brał udział w jego wyprawach polarnych, Norweg odziedziczył „niesamowity apetyt, dorównujący mocy jego niespokojnego ducha (…) po tych na poły dzikich przodkach, którzy żeglowali do Ameryki stulecia przed Kolumbem”.

Pochłaniał niemal wszystko, od góry jajek na twardo po michę tłustych klopsików. Wydawało się, że służy mu monotonna dieta złożona z pemikanów i ciasteczek owsianych, ale jednocześnie nigdy nie miał nic przeciwko polowaniu na tak rzadko spożywane zwierzęta jak delfiny, foki i pingwiny, których mięso – jak sam głosił – było wprost stworzone do jedzenia, „zupełnie jak wołowina”. Kiedyś zjadł nawet swoje psy zaprzęgowe.

„Wyglądało na to, że gardło ma wyłożone azbestem, a trawi niczym struś”, wspo-minał Ellsworth. Amundsen znany był także z tego, że duszkiem wypijał bardzo gorącą czekoladę, stawiał pusty kubek na ziemi i oświadczał: „Dobre!”, podczas gdy inni dopiero cierpliwie cze-kali, aż ich kubki nieco ostygną. Nigdy nie nadużywał napojów wyskokowych – każdego popołudnia nalewał sobie tylko szklaneczkę okowity albo innego alkoholu, rzucał okiem na zegarek i czekał, aż wybije dokładnie siedemnasta, a następnie ją wypijał.

Ostatni wiking był także uparty i nieustępliwy

Miał zdecydowane poglądy na wiele spraw, nie brakowało mu ani przyjaciół, ani wrogów. Niemal nie dało się go zmusić do zrobienia czegoś, czego zrobić nie chciał – nawet do wygłoszenia przemowy, jeśli nie był w odpowiednim nastroju – a jednak przepadł, gdy pognał na ratunek człowiekowi, którego nienawidził. Zawsze niespokojny i w ruchu, do samego końca pragnął dowieść, że nadal ma to, czego potrzeba, by przewodzić innym, że jego dni chwały to nieodległa przeszłość.

Wzbraniał się przed rolą starszego męża stanu, nie chciał, by skupiało się na nim niezdrowe zainteresowanie, gdy będzie niknął w oczach w swojej odizolowanej posiadłości. W przeciwieństwie do swego mentora i rodaka Fridtjofa Nansena, znamienitego norweskiego patrioty, który zdobył sławę dzięki pierwszej odnotowanej przeprawie przez Grenlandię, Amundsen nie był naukowcem ani akademikiem – nie pragnął cieszyć się wygodą szacunku, ale za to nieustannie szukał uznania swych śmiałych wyczynów.

Był zawodowcem, przez całe życie oddanym własnemu rzemiosłu. Nie mógł tak po prostu rozpocząć innej kariery.

Ludzie Amundsena go kochali

Budził oddanie, o którym inni mogli tylko pomarzyć. Za lojalność odpłacał lojalnością, nawet jeśli oznaczało to, że poważnie ucierpi jego reputacja, jak stało się w przypadku skompromitowanego amerykańskiego odkrywcy doktora Fredericka Cooka. Opowiadając o tym, w jaki sposób przewodzi ludziom, stwierdził krytycznie, co rzadko mu się zdarzało, że „Nansen jest zbyt królewski. Nie będzie przestawał z motłochem”.

Niektórzy członkowie ekspedycji Amundsena mówili nawet, że oddaliby za niego życie. „Gdyby brakowało nam jedzenia i powiedziałby, że ktoś musi się poświęcić dla innych, z chęcią po cichu ruszyłbym ku zaspie śnieżnej, żeby umrzeć”, utrzymywał Oscar Wisting, który był z Amundsenem na biegunie południowym, w Przejściu Północno-Wschodnim i na biegunie północnym.

Amundsen oczekiwał, że jego ludzie będą podobni do niego – poza siłą fizyczną i nierzucającymi się w oczy kompetencjami mieli także cechować się „odwagą i nieustraszonością, brakiem samochwalstwa czy skłonności do wielkich słów, i gotowością, by wśród żartów i przekomarzanek iść prosto w zamieć śnieżną”.

Był wiecznym optymistą, który często liczył na łut szczęścia i zawsze wychodził na swoje, a jedna z jego ulubionych maksym brzmiała: „Gdy jest najciemniej, zawsze z przodu majaczy światło”. Potrafił jednak w zupełnie przyziemny sposób dzielić bolączki z podwładnymi, nawet gdy pozostawał ich nieugiętym dowódcą – jakimś sposobem był zarazem szefem i druhem.

„Człowiek jest tam szczęśliwy w dwóch przypadkach – mówił o biegunie północnym – kiedy ma w brzuchu gorący płyn i gdy leży w śpiworze”. Pewnego razu na statku miotanym przez sztorm jego towarzysz stwierdził, że nie lubi morza. Amundsen, blady od choroby morskiej, odparł: „Ja też nie. Po prostu musimy je znosić”.

Ale podobnie jak każda osoba publiczna, podróżnik ten był kimś więcej niż tylko postacią z łamów prasowych. Amundsen jako człowiek głęboko skryty i tajemniczy rzadko rozmawiał o sprawach, które nie wiązały się z jego publicznym wizerunkiem – nosił kunsztowną maskę niezłomności i determinacji, co przez dekady urzekało publiczność.

Był równie oględny i rozważny w sprawach prywatnych, co ekstrawagancki na zewnątrz. W oficjalnych dokumentach i wykładach nigdy nie wspominał o swych trzech skomplikowanych romansach (wszystkich z mężatkami) ani o kłótniach z rodziną, dopóki ledwie półtora roku przed śmiercią nie opublikowano jego dziwnie nieścisłej i niekonsekwentnej biografii. 

DOSTĘP PREMIUM