Sieroty po Lechu Kaczyńskim jak Harry Potter? Haska: wyznawcy mitu smoleńskiego muszą pokonać wroga

Wyznawcy mitu smoleńskiego przypominali Luke'a Skywalkera i Harry'ego Pottera - pisze Agnieszka Haska, autorka książki "Hańba. Opowieść o polskiej zdradzie". Poniżej publikujemy jej fragment.

10 września 2017 roku Krakowskie Przedmieście w Warszawie przypomina oblężoną twierdzę. Na długości ponad pół kilometra – od placu Zamkowego aż do hotelu Bristol – poprzedniego wieczora ustawiono barierki, pilnie strzeżone przez policję. Choć słońce nie świeci zbyt mocno i jest dość chłodno jak na końcówkę lata, restauracyjne oraz kawiarniane stoliki na chodnikach są raczej pełne.

Nieświadomi zagraniczni turyści popijający napoje nieco dziwią się widokowi metalowego muru i przeciskających się wzdłuż niego przechodniów; zorientowani tubylcy komentują sytuację w zależności od poglądów, co prowadzi niekiedy do zaostrzonej wymiany zdań z sąsiednim, wrogo nastawionym politycznie stolikiem. Niektórzy z kłócących się dołączą wkrótce do tłumu maszerującego jezdnią z archikatedry Świętego Jana Chrzciciela na Starym Mieście pod Pałac Prezydencki, inni – do kontrmanifestacji za barierkami.

Miesięcznice smoleńskie regularnie trafiają na pierwsze strony gazet i paski stacji informacyjnych; ich przebieg, a zwłaszcza tradycyjne przemówienie Jarosława Kaczyńskiego, jest relacjonowany i analizowany z każdego chyba możliwego punktu widzenia przez polityków, dziennikarzy, publicystów i różnej maści ekspertów.

Współczesny mit

Kiedy jednak jest się antropolożką kultury, leniwie popijającą kawę z mlekiem przy jednym ze stolików i obserwującą uważnie, co się dzieje po obu stronach barierek, owo zdarzenie staje się czymś więcej niż tylko wydarzeniem politycznym. Przede wszystkim bowiem jest to fascynujące widowisko społeczne, w którym poprzez rytuał kształtuje się i umacnia współczesny mit.

Gdyby na Krakowskim Przedmieściu przeprowadzić wśród przechodniów szybką sondę, czym właściwie jest mit, część odpowiedzi prawdopodobnie zawierałaby się w kilku słowach: coś zmyślonego, bajka, fikcyjna opowieść. Antropologowie kultury patrzą na to w inny sposób. Definicji jest wiele; najprościej rzecz ujmując, mit jest pewną wypełnioną symbolami narracją, która ma porządkować świat i nadawać mu sens.

Katastrofa prezydenckiego samolotu 10 kwietnia 2010 roku szybko zaczęła być opowieścią pełną symboli, którą przekuto w mit wyznaczający nowy początek i porządek świata. Już kilka dni później Smoleńsk stał się w niektórych dyskursach publicznych nowym Katyniem, ofiary katastrofy – męczennikami, a sama katastrofa – zamachem. W ten sposób zaczęto tworzyć narrację o tych, których zdradzono i którzy poświęcili swoje życie w służbie ojczyzny.

Jak każdy mit, opowieść ta nie musi być spójna i logiczna; nie jest więc ważne, czy katastrofa w Smoleńsku nastąpiła wskutek bomby, sztucznej mgły, sabotażu czy zestrzelenia. Ważne, że narracja ta wyjaśnia, co się stało – a jeszcze ważniejsze, że porządkuje świat poprzez pokazanie granicy między naszymi a obcymi; zawinili Rosjanie przy współudziale Polaków, zwłaszcza z rządzącej wówczas Platformy Obywatelskiej. I tu pojawia się kluczowy element: zdrada.

Sieroty po Lechu Kaczyńskim

Wyznawcy mitu smoleńskiego przez wiele miesięcy przypominali bohatera mitycznego z klasycznego schematu, znanego nie tylko z mitów, ale i choćby z historii o Luke’u Skywalkerze czy Harrym Potterze. W dużym skrócie wygląda to tak: niedoceniana przez wszystkich sierota wyrusza na pełną niebezpieczeństw wyprawę, podczas której musi pokonać wroga, a standardową nagrodą bywa splendor, władza, wiedza, pół królestwa lub ręka ukochanej.

Idący jezdnią od Starego Miasta przez Krakowskie Przedmieście Marsz Pamięci to część wyprawy sierot po Lechu Kaczyńskim w celu ocalenia świata i prawdy o katastrofie smoleńskiej, zdobycia władzy i ukarania winnych. Miesięcznice zaś okiem antropologa to święto, rytualne odtworzenie „czasu początku”, czyli spontanicznego zbierania się mieszkańców Warszawy pod Pałacem Prezydenckim 10 kwietnia 2010, połączone z przypominaniem, że wyprawa nie skończyła się nawet po wygraniu przez Prawo i Sprawiedliwość wyborów prezydenckich i parlamentarnych w 2015 roku.

Został bowiem do pokonania wróg. To nie tyle Rosjanie, ile knujący wciąż spiskowcy i zdrajcy, rządzący mediami czy umysłami tych, którzy w zamach nie wierzą, tuszujący prawdę i na różne sposoby przeszkadzający „wiernym sprawie” w ostatecznym ukaraniu winnych.

Wszędzie zdrada

Opowieść o zdradzie od dłuższego czasu dominuje nie tylko na przedzielonym barierkami placu Zamkowym i Krakowskim Przedmieściu, ale i w całym polskim dyskursie publicznym. Samo słowo „zdrada” odmieniane jest tu przez wszystkie przypadki. Ofiary katastrofy smoleńskiej stały się „zdradzonymi o świcie” z Przesłania Pana Cogito Herberta.

„Zdrajcy przegrają, niech żyje Polska!” – grzmiał Jarosław Kaczyński pod Pałacem Prezydenckim w lutym 2017 roku. Kilka miesięcy później z mównicy sejmowej popłynęły z jego ust słowa o „zdradzieckich mordach” posłów opozycji. Wskazywanie zdrajców to nie tylko domena Kaczyńskiego; na przykład w 2013 roku poseł Stanisław Pięta pisał na Twitterze: „kto nie popiera PiS-u, to zdrajca, kretyn albo niedostatecznie poinformowany w najłagodniejszym przypadku”. Cztery lata później wiceminister MSWiA Jarosław Zieliński określił protestujących przed Sejmem przeciwko projektowi ustawy o Sądzie Najwyższym mianem „komunistów, esbeków, zdrajców”.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM