Opisali dzieciństwo Macierewicza w nowej książce. Od zawsze fascynował się bronią

- Chłopcy ciągle szukali materiałów wybuchowych, odłamków, o co w zburzonej Warszawie nie było trudno - piszą Anna Gielewska i Marcin Dzierżanowski w książce "Antoni Macierewicz. Biografia nieautoryzowana".

"Nazwisko Antoni Macierewicz wykaligrafowano pod numerem 42. Obok adnotacja, że do ośrodka trafił w wieku dziesięciu lat, 1 września 1958 roku. Dwie pozycje wyżej jego brat Wojciech, będący wychowankiem domu dziecka dłużej, bo od roku 1957. Bracia opuścili placówkę w roku jej likwidacji, czyli 1960.

Antoni Macierewicz w wywiadach wspomina pobyt u salezjanów, ale nigdy nie mówi, że był w domu dziecka. Używa określenia „zakład”. Może uznaje, że to wstydliwe. Jednak wówczas, po wojnie, sytuacje takie jak w jego rodzinie były częste. Znaczna część wychowanków domów dziecka miała przynajmniej jednego z rodziców. Tak jak rodzeństwo Macierewiczów.

Według akt IPN Lechosław Macierewicz, brat zmarłego ojca, podczas rozmowy z esbekiem w styczniu 1979 roku powie wprost:

– Antoni to człowiek arogancki i agresywny, wychowywał się poza kontrolą matki.

Ale Wojciech, brat, zdecydowanie tej opinii zaprzecza:

– W porównaniu ze mną Antoni był bardzo spokojny. Do przesady poukładany, pedantyczny. Śmialiśmy się z niego, że ma szczotkę w tyłku.

Zabawy z bronią

(...) Antoni jest dzieckiem cichym i spokojnym, przynajmniej na początku. Wszyscy biorą go za dziewczynkę. Z czasem to się zaczyna zmieniać. Wpatrzony jest w starszego o cztery lata i coraz bardziej zbuntowanego brata Wojtka, który trochę zastępuje mu ojca. Problem w tym, że miejscem zabaw Wojtka są warszawskie ruiny, najpierw gmachu Wydziału chemii przy Pasteura, a potem warszawskiej Woli. Ulubione zajęcie to zabawa w wojnę. I militaria.

– Chłopcy ciągle szukali materiałów wybuchowych, odłamków, o co w zburzonej Warszawie nie było trudno. Później doszły do tego eksperymenty pirotechniczne – opowiada bliski członek rodziny Macierewiczów.

(...) Do domu dziecka najpierw trafia Wojciech, a rok później Antoni. Ma wtedy jedenaście lat, spędzi w zakładzie półtora roku (trafił tam we wrześniu 1958, a wyszedł w 1960).

(…) W czasie, gdy do ośrodka przyjeżdża Macierewicz, władze oświatowe szykanują prowadzoną przez zakon placówkę. Ojcowie w każdej chwili liczą się z jej zamknięciem. Próbują temu zapobiec, w domu dziecka tworzą nawet Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej.

Dramatyczne wydarzenia

(…) W sierocińcu coraz częściej dochodzi jednak do rewizji, kuratorium organizuje wizytacje mające wykazać nieprawidłowości finansowe w prowadzeniu placówki. Preteksty do takich działań przynosi samo życie. (…)

Aresztowany kleryk przyznaje się do winy, za pedofilię dostaje karę półtora roku więzienia. W tajnej korespondencji UB odnotowuje, że cała sprawa zostanie wykorzystana jako pretekst do likwidacji domu dziecka. W tym samym czasie w placówce dochodzi do kolejnego dramatycznego wydarzenia, które o mały włos nie przesądza o jej zamknięciu. Grupa uczniów III, IV, V i VI klasy idzie po południu do szkoły na pokaz filmowy: „Godzina bajek”. W trakcie seansu czwórka chłopców potajemnie wychodzi z sali.

– Kiedy oni wyszli […], nie wiem, bo mnie te bajki bardzo interesowały i na myśl mi nie przyszło, żeby komuś się one nie spodobały – zezna później przerażony Antoś Rosner, najstarszy uczeń, który miał się opiekować całą grupą.

W czasie seansu chłopaki idą na pobliski Markowiec, zwany też Łysą Górą, gdzie bawią się znalezionymi niewypałami. Jeden z uczniów, który także urwał się z pokazu bajek, zeznaje:

– Powiedziałem, że to niebezpieczne, i opuściłem ich. Gdy odszedłem jakieś 100 do 200 metrów od góry, usłyszałem potężny huk i poszedłem z powrotem. Widok był straszny: wszyscy trzej leżą we krwi, Kinkel się nie rusza, Andrzej się rusza, a Piotr […] krzyczy.

Wstrząsający jest opis ciał chłopców: „czaszka górnej kości czołowej przebita do mózgu”, „oko prawe wybite”, „olbrzymia dziura w lewym oczodole”.

Zwłoki chłopców zawieziono furmanką do domu dziecka. Następnie – jak mówi specjalny protokół – myto je przy udziale dwójki chętnych wychowanków.

Umytych, obandażowanych i ubranych chłopców wydałem ich rodzinom, a potem umieściłem na przygotowanych marach, w kancelarii Domu Dziecka, gdzie koledzy i miejscowi ludzie składali im ostatni hołd – notuje higienista zakładu Józef Klytta.

"Bracia Macierewiczowie muszą kombinować"

Nic dziwnego, że zakonnicy są wyczuleni na grożące podopiecznym niebezpieczeństwo ze strony walających się po okolicy niewypałów. Dlatego bracia Macierewiczowie muszą kombinować. Z domu dziecka do szkoły chodzą po betonowym pasie, który w czasie wojny był pasem startowym dla niemieckich samolotów wojskowych.

Po drodze znajdują mnóstwo materiałów wybuchowych, które skrzętnie zbierają i ukrywają przed opiekunami. Gdy cztery razy do roku jadą do domu, walizka Wojciecha zawsze wypełniona jest po brzegi prochem i niewypałami.

– Do szkoły w Rumi Janowie mieliśmy jakiś kilometr – opowiada Wojciech. – Szło się tam Wałem Pomorskim, gdzie było mnóstwo niewypałów. Z pasją to wszystko zbierałem, pamiętam, jak w szkole pod ławką rozbierałem kiedyś granat. Potem to żelastwo przywoziłem do domu, do Warszawy, w tajemnicy przed mamą zrobiłem w szafie skrytkę, gdzie trzymałem kilka kilogramów amunicji. Na szczęście kiedyś znalazł to kuzyn i podobno utopił w Wiśle. Dobrze, że to zrobił, bo kiedy w 1968 roku mieliśmy rewizję, mogliby to znaleźć. A wtedy byłoby niewesoło (...)".

Okładka książki 'Antoni Macierewicz. Biografia nieautoryzowana'Okładka książki 'Antoni Macierewicz. Biografia nieautoryzowana' materiały prasowe

To fragment książki Anny Gielewskiej i Marcina Dzierżanowskiego "Antoni Macierewicz. Biografia nieautoryzowana", wydanej przez wydawnictwo Znak

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM