Opozycjoniści z Białorusi szukają pomocy. "Mogą iść na dyżur prokuratora"

Białoruscy opozycjoniści boją się wrócić do Mińska, bo nie mają pewności, czy tak jak Alesia Bialackiego, Polska ich nie wsypała. Nikt w Warszawie nie chce udzielić im jednoznacznej odpowiedzi. Choć politycy deklarują pomoc, działacze w urzędach napotykają na ścianę. Wpadli w "urzędową czarną dziurę".

- Litewska strona po tym jak się przyznała do błędu, o wszystkim nam opowiedziała: o kim i jakie informacje przekazali. I teraz możemy spać spokojnie. Ale z Polski nikt niczego nie chce nam na pewno powiedzieć - żali się TOK FM Tatsiana Ravika.

Ona i Walencin Stefanowicz wyjechali na początku sierpnia, po tym jak dowiedzieli się, że polska prokuratura przekazała do Mińska informacje na temat polskiego konta ich współpracownika, Alesia Bialackiego, który w areszcie czeka na proces. Wszyscy są działaczami Centrum Obrony Praw Człowieka Wiasna, największej takiej organizacji na Białorusi. Wiasna pomaga m.in. uczestnikom pacyfikowanych przez władze protestów i zbiera informacje o represjach.

Sprawa Bialackiego

Białoruska prokuratura oskarża Bialackiego o przestępstwa finansowe, bo nie zapłacił podatku od pieniędzy, które miał na kontach na Litwie i w Polsce. Grozi mu nawet 7 lat więzienia. Informacje o tych kontach Mińsk otrzymał z Polski i Litwy. Warszawa i Wilno tłumaczyły, że nie wiedziały kim Bialacki jest i dlatego (przez głupotę - jak mówił premier Tusk) informacje przekazały. Na kontach są pieniądze m. in. z zachodnich organizacji na działalność Wiasny.

Po tym jak na jaw wyszło, że i polscy prokuratorzy przekazali dane do Mińska, w Polsce wybuchł skandal; od premiera, po lidera opozycji, przez szefa MSZ, Prokuratury Generalnej i marszałka Sejmu, politycy deklarowali, że Polska zrobi wszystko, by Bialackiemu pomóc i zadośćuczynić błąd .

I co? I nic. - Z jednej strony są deklaracje polityków, a z drugiej, siedzimy zagranicą, nie wiemy co robić i nikt nie chce dać nam jednoznacznej odpowiedzi - ripostuje Reviaka.

Czytaj też Polska znowu daje ciała >>>

Mówią: wszystko ok., ale na razie nie spieszcie się z powrotem

Prokurator Generalny Andrzej Seremet mówił dziennikarzom, że prokuratorzy przekazali dane tylko o jednym opozycjoniście, czyli Alesiu Bialackim. Te deklaracje opozycjoniści znają jedynie z mediów , a że stawką mogłaby być ich wolność - zwrócili się z pytaniem do polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

- Pytam, czy o mnie też przekazaliście informacje - odpowiadają, że nie. Dopytuję więc, czy na pewno mogę wrócić na Białoruś - odpowiadają, żebym się z tym nie spieszyła - mówi TOK FM Tatiana Reviaka. MSZ uważa bowiem, że to sprawa niezależnej Prokuratury Generalnej, bo to ona wie, jakie dane przekazywała.

W Prokuraturze nikt się jednak z nimi nie spotkał. - Nikt nie zwracał się do nas z oficjalna prośbą o spotkanie. Żebyśmy mogli udzielić odpowiedzi musi do nas wpłynąć oficjalne zapytanie. Jest też możliwość umówienia się na dyżur prokuratora - mówi TOK FM rzecznik Mateusz Martyniuk.

Opozycjoniści są jednak na Litwie i gubią się w meandrach polskiej biurokracji. - W niepewności żyjemy od początku sierpnia - mówią Reviaka. Teraz jednak, m.in. dzięki interwencji TOK FM wiedzą, że muszą napisać oficjalne pismo do Prokuratury Generalnej.

Co władze wiedzą o koncie Bialackiego?

Opozycjoniści żalą się też, że nie wiedzą jakie dokładnie informacje polscy prokuratorzy przekazali do Mińska. To ważne również dla innych działaczy Wiasny, bo informacje pochodzące z konta Bialackiego (np. na temat przelewów) mogą również i im zaszkodzić. - Informacje te są objęte tajemnicą postępowania i tajemnicą bankową, stąd niezgodne z prawem byłoby ich przekazanie osobom trzecim - odpowiada rzecznik Prokuratury Generalnej. Opozycjonści relacjonują, że strona litewska potrafiła ten problem rozwiązać.

Bialackiego i jego rodzinę publicznie przeprosił m. in. premier Litwy. W Polsce Białorusinów publicznie przeprosił jedynie szef MSZ Radosław Sikorski... na Twitterze.

DOSTĘP PREMIUM