Sprawa Piotrusia: 5-latek nie widział mamy od 11 tygodni. "Mój klient nie utrudnia kontaktów"

Dziś mija 11 tygodni od odebrania Piotrusia matce. Sądowy klincz trwa niemal tyle samo Chłopiec nie ma żadnego kontaktu z matką. Kobieta zastaje zamknięte drzwi, kiedy stawia się na wyznaczone przez sąd kontakty. Sprawie ma się przyjrzeć - kolejny już raz - Krzysztof Kwiatkowski, minister sprawiedliwości.

Czytaj wszystko o sprawie Piotrusia>>

20 września mija jedenaście tygodni odkąd pięcioletni Piotruś nie widział matki. Całkowicie zniknęła z jego życia odkąd zamieszkał u ojca i jego partnerki. Profesor J. znika w wyznaczonych przez sąd terminach. Nie pozwala chłopcu nawet usłyszeć mamy przez telefon.

- Mój klient absolutnie nie unika kontaktów - tłumaczy adwokat Monika Piasecka, pełnomocniczka profesora. - Chcemy tylko, aby przebiegały one w towarzystwie kuratora. Czekamy, aż sąd rozpatrzy nasz wniosek - dodaje.

Tyle, że żadnego wniosku nie ma. Jest za to zażalenie na decyzję ustalającą kontakty matki z dzieckiem. Sąd bowiem nie zgodził się, by do czasu jego rozpatrzenia spotkania z matką zawiesić.

Profesora i dziecka nigdy nie ma w domu. Barbara L. prosto spod jego drzwi idzie na komisariat złożyć zawiadomienie o utrudnianiu kontaktów z synem - Potwierdzam, w naszych aktach mam takie zgłoszenia - mówi rzeczniczka gdyńskiej policji Dorota Podhorecka Kłos. Zawiadomienia kierowane są także do sądu.

Kwiatkowski: ta sprawa wymaga natychmiastowych działań

Sprawą kolejny już raz zająć się ma osobiście Krzysztof Kwiatkowski, minister sprawiedliwości - Ta sprawa wymaga podjęcia natychmiastowych działań - powiedział minister gdy od dziennikarza TOK FM dowiedział się, że pięcioletni Piotruś z Gdańska od jedenastu tygodni nie widział się z mamą. O sprawie wypowiadał się już w lipcu, kiedy mówił, że zabrakło współpracy rodziców .

Sprawa Piotrusia zelektryzowała Polskę

O sprawie zrobiło się głośno w sierpniu gdy kuratorzy w asyście policji siłą zabrali chłopca z domu. Poranna akcja policji była efektem wieloletniej walki pomiędzy rodzicami. Ojciec, profesor akademicki, oskarżał swoją byłą żonę i współpracowniczkę o izolowanie dziecka. Zaplanowane przez sąd widzenia nie dochodziły do skutku, ponieważ chłopiec na widok ojca dostawał histerii. Profesor J. twierdził, że za wszystkim stoi matka wraz z rodziną, i tylko odebranie im dziecka zagwarantuje jego prawidłowy rozwój.

Po brawurowej akcji kuratorów przez media przetoczyła się fala krytyki. Psychologowie i terapeuci zwracali uwagę, że psychika pięciolatka nie poradzi sobie z tak wielkim stresem. Wojewódzki konsultant psychologii klinicznej pisał wprost, że osoba, która funduje dziecku taką traumę nie powinna legitymizować swoich działań tytułem naukowca.

Ojciec dziecka nie kontaktuje się z mediami. Wystosował tylko oświadczenie do mediów , w którym tłumaczył, że była to jedyna droga uratowania jego relacji z synem. Prof. J. zapewniał, że kierował się wyłącznie dobrem dziecka. Mimo obietnic profesor do tej pory nie zdecydował się na bezpośrednią rozmowę z dziennikarzem.

Wszystko zadziałało dobrze (?)

Sąd drugiej instancji nie podzielił zastrzeżeń matki co do sposobu odebrania dziecka. Uznał, że gdyby nie utrudniała kontaktów do całej awantury by nie doszło. Nie dopatrzył się niczego złego w postawie kuratorów. Dziecko miało pozostać u ojca, jednakże sąd przyznał matce Barbarze L. prawo do spotkań z dzieckiem kilka razy w tygodniu. Do spotkań jednak nie dochodzi.

Profesor J. pisze do sądu tyle wniosków, że najwyraźniej sam zaczyna się w nich gubić.

Zarzuca między innymi Barbarze L., że pięcioletni Piotruś sypiał z nią w łóżku, co jego zdaniem, nie powinno mieć miejsca. Zapomina jednak, że po odebraniu chłopca, pięciolatek pierwsze noce spędził w łóżku z jego konkubiną, co potwierdzili w protokołach kuratorzy. Tymczasem do domu Barbary L. przychodzą ci sami kuratorzy, którzy zadecydowali o odebraniu jej dziecka, sprawdzają czy ma warunki na przyjęcie syna z powrotem. Na wypadek gdyby tak postanowił sąd.

DOSTĘP PREMIUM