Ukrywała dzieci, bo się bała, że je zabiorą do domu dziecka. I zabrali

Nikt się nie zastanawiał, jak kobiecie żyjącej z renty pomóc w utrzymaniu wnuków - sąd uznał, że 54-letnia pani Teresa nie nadaje się na rodzinę zastępczą dla dwóch chłopców. Starszego, Wojtka wprost ze szkoły zabrali do domu dziecka. Dlatego Krzysia w ogóle do szkoły nie posłała i ukrywała go przez pięć lat prowadząc w urzędach batalię, by dzieci odzyskać

O sprawie usłyszałam przypadkiem. Wiedziałam, że do jednego z domów dziecka w Lublinie trafiło rodzeństwo: 10-letni Krzyś i 5-letnia Kasia; że chłopiec powinien być w placówce od pięciu lat, ale ukrywała go babcia i nie posłała do szkoły. Czyli pięć lat zajęło sądom, policji, opiece społecznej znalezienie babci, wnuka i reszty tej rodziny. A gdy pomoc społeczna ich w końcu namierzyła, z domu, w którym nie było przemocy, alkoholu czy narkotyków, od razu zabrała siłą i poszukiwanego chłopca i - przy okazji - jego młodszą siostrę.

Jak to możliwe, że przez tyle lat nikt nie mógł ich znaleźć? Co kierowało babcią, że się ukrywała razem z wnukami?

Dziwna ta troska naszego państwa o dzieci: najpierw przez pięć lat nikt się nie przejmuje, czy dzieci są bezpieczne i krzywda im się nie dzieje, a później z dnia na dzień wyrywane są z rodziny, w której mają dobrą opiekę.

Postanawiam odnaleźć babcię.

Gdzie jest babcia?

Wiem, że dzieci zabrano ze sporej wsi pod Lublinem. Rozmawiam z sołtyską - nie słyszała o takiej rodzinie. - To na pewno u nas? - pyta. O takiej historii nie słyszał też ksiądz. Pytam przypadkowych mieszkańców. Nic.

W końcu jest ślad. Mam numer domu, jadę. Stara, wiejska chata w szczerym polu. W domu nikogo nie ma, tylko psy. To sygnał, że ktoś tu jednak mieszka. Przyjeżdżam ponownie wieczorem. Na podwórku ona i on - niemłoda już para. Dopiero skądś wrócili. Pytam o panią Teresę, podaję nazwisko. - Tak, to ja. O co chodzi?

Pani Teresa ma 59 lat, wysoka, starsza pani, włosy upięte w koczek. Początkowo bardzo nieufna. Już od pierwszej chwili wiem, że jest stanowcza i waleczna. I że bardzo dużo mówi. Mówi tak głośno, że niektórzy mogą powiedzieć, że krzyczy. - To stąd, że miałam przed laty wylew w uchu i na jedno ucho nie słyszę - wyjaśnia. Na pytanie kim jest z zawodu odpowiada, że kiedyś zajmowała się administracją, a teraz żyje z niewielkiej emerytury i handlu obnośnego, który prowadzi z mężem (zastrzega, formalnie nie mają ślubu, ale od dawna są razem).

Babcia zostaje rodziną zastępczą

Rok 2002. Babcia - jak ustaliłam w sądzie - zostaje rodziną zastępczą dla swoich wnuków: Wojtka i Krzysia. Matka chłopców cały czas z nimi mieszka, ale formalnie nie może się dziećmi zajmować, bo jest ubezwłasnowolniona. Dlaczego? Wszyscy zasłaniają się tajemnicą lekarską, wiem tylko, że trzydziestokilkuletnia kobieta jest chora. Od babci słyszę, że ma stany depresyjne: - Ale moja córka nie szkodziła dzieciom. Pani doktor psychiatra powiedziała jej: "Pani Gosiu, dla pani są wskazane te dzieci, panią dzieci mobilizują do życia". Ona naprawdę bardzo je kocha, płaczą za mamą, chcą do niej - mówi pani Teresa.

Rok 2003, styczeń. Informację z sądu o ustanowieniu babci rodziną zastępczą dostaje Miejski Ośrodek Pomocy Rodzinie w Lublinie. Nic o pani Teresie i jej problemach nie wie, bo kobieta nie była podopieczną MOPR. - Wcześniej ta rodzina nie korzystała z pomocy społecznej, nie zwracała się o wsparcie. MOPR nie wydawał też żadnej opinii dla sądu w zakresie ustalenia tej pani rodziną zastępczą - mówi odpowiadająca za pomoc społeczną w Lublinie, wiceprezydent Monika Lipińska.

Babcia ma nieodstępować dzieci na krok. Nikt nie pyta, z czego rodzina żyje

Rok 2004. Pracownicy socjalni i kurator kontrolują dom pani Teresy i "mają duże zastrzeżenia". - Pracownik socjalny często zastawał dzieci z mamą, która była ubezwłasnowolniona. I dostawaliśmy informacje, że babcia przebywa poza terenem Lublina - mówi wicedyrektor MOPR w Lublinie, Małgorzata Domagała. Twierdzi, że zaniedbania ze strony babci były ewidentne.

Babcia potwierdza, że dużo jeździła i jeździ, razem z mężem. Tłumaczy, że zarabia na życie i na utrzymanie domu z handlu obnośnego: jeździ po wsiach i przy cmentarzach sprzedaje znicze.

- Mam 450 zł renty, wtedy córka też dostawała 400 zł. Mieszkając na stancji trzeba zapłacić za tę stancję, trzeba mieć na życie. Nikogo nie obchodziło, skąd my weźmiemy te pieniążki. Więc ja musiałam pracować - mówi pani Teresa. Przyznaje, że kuratorka zwracała jej uwagę, że powinna być z dziećmi 24 godziny na dobę. - Że nawet jak do urzędu idę, to mam brać dzieci ze sobą. Że mam być z nimi non stop, nie mam prawa ich zostawić. Ale nie zapytała mnie: "Pani Tereso, za co pani przeżyła tyle czasu?" - dodaje.

Sąd odbiera babci dzieci, bo mebli nie ma i łazienki...

Kobieta nie przeczy, że jej chora córka zostawała z Wojtkiem i Krzysiem. - Ona kocha swoje dzieci, razem z nią gotowały, razem inne rzeczy robiły. Niczego im nie brakowało. Bo myśmy tworzyli normalną rodzinę, mimo tego ubezwłasnowolnienia - mówi babcia.

Rok 2006. Sąd wydaje decyzję o rozwiązaniu rodziny zastępczej dla Wojtka i Krzysia. Bo babci zbyt często nie ma w domu, zmienia miejsca pobytu, a poza tym...

- Nie dysponowała odpowiednimi warunkami do zabezpieczenia potrzeb małoletnich. Brak było łazienki, brak podstawowych mebli - mówi sędzia Artur Ozimek, rzecznik Sądu Okręgowego w Lublinie.

Po decyzji sądu, starszego wnuka, Wojtka, kurator umieszcza w najpierw w pogotowiu opiekuńczym, później w domu dziecka. - Zabrali go prosto ze szkoły - mówi smutno babcia. Do dziś nie może się z tym pogodzić. Wciąż o niego walczy, ale wnuk pozostaje w placówce, ok. 50 km od Lublina. Od pracowników domu dziecka wiemy, że pani Teresa regularnie chłopca odwiedza, mają też kontakt telefoniczny.

Wojtek błaga babcię o pomoc

W przypadku młodszego Krzysia, w decyzji sądu nie ma mowy o zabraniu go przez kuratora. Do placówki powinna odwieźć go babcia. Ale nie odwozi. Nie chce stracić drugiego wnuka. Pani Teresa ma żal do siebie, że nie udało jej się ochronić Wojtka przed domem dziecka. Chłopiec opowiada jej, że był bity, kopany, znęcano się nad nim. Że kiedyś, gdy inny z wychowanków wylał na niego talerz zupy, nikt nie zareagował. Babcia skarżyła się wychowawcom. - Prosiłam: zróbmy coś.

Raz, gdy odwiedza Wojtka, chłopiec nie dostaje podwieczorku. - Gdy zapytałam dyrektora dlaczego, usłyszałam, że nic mu nie będzie, bo i tak jest gruby - dodaje.

Nie chciała, żeby Krzyś przechodził przez to samo. Dlatego nie oddała go do placówki, miała nadzieję, że uda jej się formalnie odzyskać prawo do zajmowania się wnukami.

Babcia się ukrywała chodząc po urzędach?

Pomoc społeczna twierdzi, że babcia się ukrywała (razem z Krzysiem, jego matką oraz swoim konkubentem). - Systematycznie zmieniała miejsca zamieszkania, unikała podawania miejsca pobytu wszystkim instytucjom - mówi dyrektor Domagała z MOPR.

- Nie można było jej namierzyć - potwierdza sędzia Ozimek. - Babci i chłopca szukała policja, by ustalić, gdzie przebywają.

Policja odpowiada, że nikt nikogo nie szukał, były jedynie zapytania. - Sąd zwracał się do nas kilka razy z pismami, czy policji znany jest jej adres zamieszkania i gdzie może przebywać z dzieckiem, ale nasze odpowiedzi były negatywne - mówi Janusz Wójtowicz, rzecznik Komendy Wojewódzkiej w Lublinie.

Sama pani Teresa twierdzi, że się nie ukrywała. - Chodziłam po urzędach, pisma zostawiałam, wysyłałam - mówi. - Nikt nie chciał mnie wysłuchać, nikt nie chciał mi pomóc.

Krzyś nie idzie do szkoły, babcia toczy batalię o wnuki

Od urzędników też słyszymy, że kobieta zasypywała urzędy, instytucje wnioskami, prośbami i odwołaniami od decyzji o rozwiązaniu rodziny zastępczej. Pisanymi poważnym, prawniczym językiem. Pisała m.in. do rzecznika praw dziecka, do ministra, do sądów. Toczyła batalię o wydobycie starszego wnuka z bidula i chciała nie dopuścić, by zabrano jej młodszego, Krzysia. - Ciągle liczyłam, że się uda - mówi pani Teresa usprawiedliwiając się, że nie posłała wnuczka do szkoły.

- Dziecko nie realizowało obowiązku szkolnego, mimo, że chłopiec ma dziś 10 lat. To poważne zaniedbanie pedagogiczne - słyszę w MOPR.

Babcia bała się, że jak pośle Krzysia do szkoły, to go wprost stamtąd zabiorą do domu dziecka, jak starszego Wojtka. - Myśmy się bali swego cienia. Ktoś na nas spojrzał, a my myśleliśmy, że już koniec, po nas - mówi pani Teresa. Na pytanie, czy uczyła chłopca czytać i pisać odpowiada: - W miarę swoich możliwości. Nie jesteśmy wszystkiemu w stanie sprostać - dodaje.

Krzyś i Kasia znikają z domu. Babcia płacze: - Za co?

Po pięciu latach od wydania postanowienia o rozwiązaniu rodziny zastępczej, sąd dostaje sygnał, że rodzina jest pod Lublinem. W październiku 2011 r. po Krzysia jedzie kurator w asyście policji, w samochodzie czeka przedstawiciel domu dziecka. W domu stojącym w szczerym polu babci nie ma, ale zastają tam jej córkę oraz... wnuki. - Przyjechaliśmy po 10-letniego chłopca, a zastaliśmy dwójkę dzieci. Wszyscy byli bardzo zdziwieni - przyznaje dyrektor MOPR, Małgorzata Domagała. Okazuje się, że w międzyczasie na świat przyszła Kasia, 5-letnia dziś siostra Krzysia i Wojtka.

Gdy babcia wraca do domu, Krzysia i Kasi nie ma, oboje zostali zabrani do domu dziecka. O tym, co się stało dowiaduje się od córki: - Mamusiu, dzieci mi się pod spódnicę chowały, nogę trzymały, płakały - mówi do pani Teresy. - Za co? - płacze też pani Teresa.

Dzieci są zadbane, dobrze wychowane. Tęsknią

Dyrektor domu dziecka, do którego trafili Krzyś i Kasia mówi, że dzieci są zadbane, dobrze odżywione, że nikt się nad nimi nie znęcał. Nie ma mowy o przemocy w rodzinie, jakiejś patologii. Dyrektor mówi o innych "dysfunkcjach społecznych" i o "zaniedbaniach pedagogicznych, wychowawczych i opiekuńczych". Ale dopytywany czy dzieci są zaniedbane, ma jeden podstawowy zarzut: chłopiec nie chodził do szkoły.

Sam dyrektor przyznaje, że dzieci są nie tylko zadbane, ale też dobrze wychowane. Mają nawyki, których nie ma większość maluchów trafiających do placówek, choćby mycie rąk przed jedzeniem. Są grzeczne, ułożone, znają domową atmosferę.

Krzyś w domu dziecka zaczął chodzić do szkoły, Kasia do przedszkola.

Tęsknią.

Dom dziecka: Zakazać babci kontaktów z dziećmi

Dyrektor domu dziecka mówi, że Krzyś i Kasia przeszli już "okres adaptacyjny". - Nie sprawiają większych problemów, jak i same większego problemu z pobytem w placówce nie mają - zapewnia i dodaje, że dzieci mają zapewnioną pomoc ze strony psychologa.

Czy to rzeczywiście takie proste? Rodzeństwo zabrano z dnia na dzień od mamy, babci i dziadka, którzy przez kilka lat byli dla nich jedynym światem. - Dzieci znalazły się w sytuacji niepewnej, której absolutnie nie rozumieją: "dlaczego nie jestem z babcią? dlaczego nie jestem z mamą?". Jak słyszymy, ani ze strony babci, ani ze strony mamy nie było przemocy - mówi psycholog z UMCS dr Małgorzata Sitarczyk. - Mówienie o tym, że dzieciom w placówce pomaga psycholog, to marginalizowanie problemu. Psycholog nie zbuduje w ciągu tygodnia czy miesiąca takich więzi emocjonalnych, jakie łączyły dzieci z babcią czy z matką - dodaje.

Ale dom dziecka idzie dalej: wiem z sądu, że wystąpił z wnioskiem, by zakazać pani Teresie kontaktów z wnukami. Dyrektor początkowo temu zaprzecza, a w końcu zarzuca, że babcia "nie chce współpracować", bo nie dostarczyła informacji, czy dzieci były szczepione, czy na coś się leczą. - Babcia czuje się zapewne mocno pokrzywdzona. I dlatego stosuje techniki typowe dla osoby w takiej sytuacji: unikania czy jakiegoś sabotażu - mówi dr Sitarczyk. - Kosztem tych dzieci dorośli usiłują rozwiązać jakieś problemy, których sami nawarzyli.

Dyrektor: babcia może manipulować dziećmi albo je porwać

Sąd na razie wniosku nie rozpatrzył, dlatego pani Teresa dwukrotnie mogła się z wnukami zobaczyć. Początkowo tylko ona. Dopiero jak Krzyś zapytał o dziadka, również on mógł wejść do pokoju. - Cały czas tuliły się i płakały. Prawie nic nie mówiły - martwi się pani Teresa.

Spotkania babci z wnukami odbyły się na "gruncie neutralnym". Babcia nie zna nawet adresu domu, w którym mieszkają dzieci. Dlaczego? - Można się obawiać o dzieci przy ewentualnym urlopowaniu, czy o to jak one będą dalej funkcjonowały po ewentualnej wizycie - mówi dyrektor. I jako przykład podaje możliwość manipulowania dziećmi. Ale dom dziecka boi się czegoś jeszcze - porwania dzieci przez babcię. - W przypadku tej rodziny wydaje mi się, że byłoby to możliwe. Dlatego są takie obawy - dodaje dyrektor.

Wojtka, starszego wnuka, który od pięciu lat przebywa w innym domu dziecka, pani Teresa jakoś dotąd nie porwała, choć regularnie odwiedza chłopca.

Imiona dzieci zostały zmienione

WATCH DOCS: Portret rodzinny w czerni i bieli. Oglądaj dokument na TOKFM.pl>>

 

>

DOSTĘP PREMIUM