Sprawa babci: Ani nie porwała, ani nie zaszkodziła dzieciom. Obawy Domu Dziecka nieuzasadnione

Odebrane babci rodzeństwo Święta i Sylwestra spędziły z rodziną, ale potem z powrotem trafiły do domu dziecka. Wracamy do historii pani Teresy, babci, która walczy o dwoje swoich wnucząt, 10-letniego Krzysia i 6-letnią już dziś Kasię. Babcia przez ponad pięć lat ukrywała dzieci, bo bała się, że zostaną jej zabrane. A miała bardzo przykre doświadczenia, bo najstarszy wnuk mieszka w domu dziecka od kilku lat.

Historię pani Teresy, niespełna 60-letniej babci, opisywaliśmy w grudniu. Babcia razem z wnukami (dla chłopca wciąż jest opiekunem prawnym) dwa miesiące temu została namierzona; dzieci trafiły do placówki, a dyrektor domu dziecka wystąpił do sądu, by zakazać babci kontaktu z wnukami. Mówił, że babcia może je porwać.

Po nagłośnieniu przez nas sprawy, dzieci dostały "przepustkę" na święta. Nikt ich nie porwał - wróciły całe i zdrowe. Pozwolenie na zabranie dzieci dostała nie pani Teresa, ale jej syn, wujek rodzeństwa.

Kasia po świętach bardziej tęskni za domem. Dużo płacze

- W całej rodzinie byliśmy, zajmowałam się dziećmi. Były wspólne święta, radość. Naprawdę były bardzo szczęśliwe. Najważniejszy był dla nich Sylwester. Byliśmy na dworze. Wróciły bardzo zadowolone do domu dziecka - mówi pani Teresa.

Małgorzata Domagała z Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie pytana, w jakim stanie dzieci wróciły z "przepustki" mówi, że nie ma jakiekolwiek zastrzeżenia do ich wyglądu, stanu zdrowia, odżywienia, czystości czy zachowania.

Najgorzej powrót do domu dziecka znosi najmłodsza, 6-letnia dziewczynka. - Kasia wciąż płacze. Prosi mnie, żeby ją zabrać, że chce być ze mną. Strasznie mocno się tuli. Chodzę do niej jak najczęściej, bo jej to obiecałam. Były jej urodziny. Krzyś też przeżywa, ale on jest starszy, więcej rozumie - mówi pani Teresa.

To kochająca rodzina, ale bez diagnozy dzieci nie można wypuścić

Dlaczego dziewczynka wróciła do domu dziecka roztrzęsiona? - Trzeba powiedzieć, że w tej rodzinie, jeśli chodzi o relacje i więzi, to są one prawidłowe i jest dalece prawdopodobne, że dzieci tęsknią, żeby wrócić do domu - mówi dyr. Domagała.

Podkreśla, że głównym celem jest to, by dzieci mogły wrócić do domu. Ale, jak dodaje, najpierw muszą być spełnione określone zasady: chodzi m.in. o diagnozę dzieci, pedagogiczną i psychologiczną. Jak będzie gotowa, zbierze się specjalny zespół do oceny sytuacji dzieci i zdecyduje, co dalej, o co wnioskować do sądu.

Służby społeczne podkreślają, że teraz wiele zależy od samej pani Teresy, od jej współpracy z placówką. Dom Dziecka wychodzi naprzeciw potrzebom rodziny. Babcia od niedawna może się spotykać z wnukami w domku, w którym mieszkają, a nie w biurze jak to było do tej pory. Miała już możliwość porozmawiania z pracownikami domu, opiekunami dzieci.

Babcia sama podkreśla, że dzieci mają dobrą opiekę, a warunki lokalowe w placówce też są bardzo dobre. Babcia zwraca jednak uwagę, że w domku Kasia jest najmłodsza, nie ma innych dziewczynek i to też może być jeden z powodów, że dziecko nie czuje się tam pewnie.

Starszy wnuczek, 10-letni Krzyś w czasie, gdy ukrywał się z rodziną, nie chodził do szkoły. W tej chwili nadrabia zaległości, co nie jest łatwe. - On bardzo chce, ale ma problemy - słyszymy w MOPR. Po diagnozie będzie wiadomo co dalej: czy powinien chodzić do szkoły z innymi dziećmi czy też dać mu np. nauczanie indywidualne.

"Mój główny cel - dzieci"

Pani Teresa na pytanie, co jest w tej chwili głównym celem, odpowiada, że chce odzyskać dzieci. Dostała pozwolenie z placówki na wizyty trzy razy w tygodniu. Jak mówi, dzieci mają w ośrodku bardzo dobre warunki, ale brakuje im jednego. - Rodzinnej atmosfery, prawdziwego domu, najbliższych - dodaje.

DOSTĘP PREMIUM