Ratownik z Czarnobyla: "Dwa dni po wybuchu wciąż gaszono pożar..."

- Najmocniej napromieniowani najpierw byli przenoszeni do części sanitarnej, w wojskowym namiocie. Wywieziono ich do ośrodka pod Moskwą. Tam umierali - opowiada TOK FM Borys Derkacz, jeden z ratowników. Dziś mija 26 lat od tej tragedii.

W wyniku eksplozji w Czarnobylu skażeniu uległo 9 proc. terytorium obecnej Ukrainy, przesiedlono ponad 110 tys. ludzi z 200 wsi i miasteczek. Milion dzieci i 2 miliony dorosłych posiada status osoby poszkodowanej w wyniku katastrofy. Skutki katastrofy usuwało około 600 tysięcy osób z różnych regionów ówczesnego Związku Radzieckiego.

Jednym z członków ekip ratowniczych był Borys Derkacz. - Byłem wojskowym, zaraz po wybuchu uczestniczyłem w likwidacji szkód. Mój batalion przybył dwa dni po katastrofie, cały czas trwało ugaszanie pożaru reaktora. Pamiętam, że najmocniej napromieniowani najpierw byli przenoszeni do części sanitarnej, w wojskowym namiocie - opowiada TOK FM. - Wywieziono ich do ośrodka pod Moskwą. I tam ci wszyscy, którzy byli w dniu eksplozji, umierali w strasznych mękach - wspomina Derkacz.

Obok byli nasi bliscy

- W Czarnobylu, jak wiadomo, było bardzo wysokie napromieniowanie, dlatego nasze dwa bataliony spędziły tam siedemnaście dni - mówi TOK FM Borys Derkacz. - W batalionie, w którym służyłem, byli m.in. ludzie z Kijowa i z regionu kijowskiego. A obok, przecież wszyscy mieliśmy taką świadomość, były nasze rodziny, mieszkali nasi najbliżsi. Wiedzieliśmy, że to jest sytuacja wyjątkowa, że musimy ich także ratować - dodaje.

- W ubiegłym roku byłem na kilku spotkaniach w Austrii. Młodzi ludzie pytali mnie, czy nie bałem się o własne życie, czy nie myślałem o ucieczce. Odpowiadałem im, że byliśmy odpowiedzialni za swoich bliskich, ale prawda jest też taka, że jadąc do Czarnobyla, nie wiedzieliśmy, co tam zastaniemy. Dopiero na miejscu dotarło do nas, w czym tak naprawdę uczestniczymy - podkreśla.

Padło już tyle słów

Derkacz przyznaje, że choć minęło tyle lat i tak dużo już powiedziano o tragedii w Czarnobylu, jemu trudno o niej nawet myśleć. - Czasami wspomnienia wracają w snach. I wtedy znowu pojawia się lęk, obawa o życie, zdrowie swoje i rodziny, o możliwe, nieznane konsekwencje tej eksplozji - mówi. - To już 26. rocznica wybuchu, im więcej rocznic, tym więcej straconych przyjaciół, którzy umierają na raka... na raka żołądka, wątroby, białaczkę... I cały czas jest nas mniej i mniej...

Kilometrowe kolejki po jod

Katastrofa elektrowni atomowej w Czarnobylu była najgroźniejszym wypadkiem nuklearnym w historii, doszło do niego w wyniku wybuchu wodoru z reaktora jądrowego bloku nr 4. Władze radzieckie, na których czele stał wówczas Michaił Gorbaczow, przez pewien czas ukrywały, co się tak naprawdę stało w Czarnobylu. Poinformowały o tym dopiero wtedy, gdy Szwecja 28 kwietnia zaalarmowała świat o chmurze radioaktywnej.

Radioaktywna chmura dotarła nad Polskę w nocy z 27 na 28 kwietnia 1986 roku. Całą dobę trwały rozmowy specjalistów z władzami. Rano 29 kwietnia podjęto decyzję o rozpoczęciu akcji podawania jodu. Przed przychodniami, szpitalami, przedszkolami ustawiły się kilometrowe kolejki. W Polsce płyn Lugola wypiło 18,5 mln ludzi.

Według raportu ONZ ds. Skutków Promieniowania Atomowego (UNSCEAR) 134 pracowników elektrowni jądrowej i członków ekip ratowniczych było narażonych na działanie bardzo wysokich dawek promieniowania jonizującego, po których rozwinęła się ostra choroba popromienna. 28 z nich zmarło w wyniku napromieniowania, a dwóch od poparzeń. Wielu ludzi biorących udział w akcji zabezpieczenia reaktora zginęło podczas towarzyszących akcji wypadków budowlanych.

Teraz Borys Derkacz wraz z grupą polskich i międzynarodowych ekologów jeździ po polskich miastach z antyatomową kampanią "Dla przyszłości bez Czarnobyla i Fukushimy" i apeluje o odrzucenie energetyki jądrowej.

Nowy sarkofag

Po eksplozji reaktora jego szczątki przykryto specjalną konstrukcją, która powoli niszczeje, stąd konieczność budowy nowego sarkofagu, który zatrzyma wewnątrz substancje radioaktywne. Prezydent Wiktor Janukowycz uroczyście rozpoczął dziś budowę nowego sarkofagu podkreślając, że sarkofag zagwarantuje ekologiczne bezpieczeństwo okolic elektrowni, a pierwiastki promieniotwórcze nie trafią do atmosfery.

Nowy sarkofag ma 105 metrów wysokości, 260 szerokości i 150 metrów długości. Władze szacują, że budowa będzie kosztowała 1,5 miliarda euro i zakończy się w 2016 roku. W zeszłym roku, w czasie międzynarodowej konferencji z okazji 25-lecia awarii, udało się zebrać ponad połowę środków potrzebnych na tę inwestycję.

Warszawa dzisiaj i przed wojną. Zobacz te same miejsca. Świętokrzyska, Plac Zbawiciela, Karowa>>

DOSTĘP PREMIUM