Lis o ustawie o zgromadzeniach: Władza jest bezradna

- Po diabła ta ustawa? Władza jest bezradna, więc ciężarem swojej bezsilności obarcza obywateli, ograniczając ich prawa - mówił ostro Tomasz Lis. - Państwo nie może abdykować ze swoich obowiązków - zgadzał się prof. Wiesław Władyka. - Nie chcę, żeby polskie miasta były demolowane - mówił Tomasz Wołek, jedyny, który bronił nowych przepisów. Publicyści dyskutowali o przyjętej wczoraj nowelizacji ustawy dotyczącej zgromadzeń publicznych

Dzięki nowelizacji organy gminy będą miały możliwość zakazania organizacji dwóch lub więcej zgromadzeń w tym samym miejscu lub czasie, jeżeli doprowadzić to będzie mogło do naruszenia porządku publicznego. Według nowych przepisów wniosek o pozwolenie na demonstrację trzeba będzie składać z sześciodniowym wyprzedzeniem. Jak zwracał uwagę Jacek Żakowski, może to uniemożliwić protestowanie przed Sejmem w czasie obrad nad konkretnym rozwiązaniem, bo agenda obrad nie musi być ogłaszana z takim wyprzedzeniem.

Gwałt na demokracji, wyuzdany i wulgarny [BLOG]

Co oni z tym będą robili przez sześć dni? Wierszem pisali odpowiedź?!

- Biorąc pod uwagę, co się działo 11 i 12 listopada zeszłego roku, nie dziwi mnie to, co się stało. Nie mówię o demonstracjach i awanturach. Mówię o tym, że nasi politycy, którzy są bezsilni w bardzo ważnych sprawach, w sprawach mniej ważnych wykazują inicjatywę - ocenia Tomasz Lis, redaktor naczelny "Newsweeka". - Po diabła ta ustawa? W epoce internetowej termin sześciodniowy jest zupełnie kuriozalny. Państwo mówi: macie sześć dni, obywatele, sobie przemyślcie. Władza jest bezradna, więc ciężarem swojej bezsilności obarcza obywateli, ograniczając ich prawa - mówił ostro.

- Co oni z tym będą robić przez sześć dni? Złotem polewali? Próbować wierszem ułożyć odpowiedź? - ironizował Jacek Żakowski, który od początku ostro krytykuje nową ustawę .

Ustawę skrytykowała OBWE, krytykują także organizacje pozarządowe, które zwracają uwagę, że te przepisy mogą mieć skutek odwrotny do zamierzonego, tzn. radykalizację fizycznego zagrożenia - mówił w Poranku Radia TOK FM Jacek Żakowski. - Bez trudu potrafię sobie wyobrazić prezydenta miasta łajdaka, który kiedy obywatele zgłoszą, że chcą przeciwko niemu protestować, on powie: chwila! Ludzie, którzy są mną zachwyceni, zgłosili taką demonstrację, więc wy już nie możecie - opisywał Żakowski.

Żakowski: jak na Białorusi. Albo na Węgrzech...>>

Co się stało rządowi?

- Co takiego stało się PO, PSL i prezydentowi, że postanowili ograniczyć prawa obywatelskie? - pytał prowadzący Poranek. - To w ogóle nie jest ograniczenie praw obywatelskich - nie zgodził się Tomasz Wołek. - Ten projekt w gruncie rzeczy odpowiada odczuciom większości obywateli, którzy byli świadkami zwłaszcza tych warszawskich demonstracji. Bo głównie dotyczy to Warszawy... - mówił publicysta.

- Nie tylko! Są demonstracje lokalne. Mamy serię odwołań władz lokalnych. Część prezydentów miast kończy kadencję w kryminale, między innymi dzięki obserwacji obywatelskiej - argumentował Żakowski. - O tym decydują sądy - nie odpuszczał Wołek.

Solidarni 2010 na Krakowskim Przedmieściu? Zgromadzenie mogą zgłaszać codziennie >>

- Wiemy z doświadczenia, że nawet pokojowo zapowiadane demonstracje, jeżeli przebiegną w tym samym czasie i miejscu, to jest ogromne prawdopodobieństwo, że dojdzie do nieporozumień, zamieszek, a w skrajnych przypadkach do demolowania miasta - mówił publicysta.

Władza już nie będzie musiała się tłumaczyć

- Czym niedemokratycznym jest to, że władze wydają pozwolenie na demonstrację o kilometr oddalony. Co za różnica na którym placu? - pytał Wołek. - Na tym polega ta zmiana! Do tej pory władze musiały negocjować z organizatorami demonstracji, jak zostaną oddzielone. Dziś urzędnik po prostu powie "nie". Czy to dobrze? - pytał Żakowski.

- Władza została zwolniona z obowiązku stwarzania warunków do przeprowadzenia demonstracji. Do tej pory, kiedy urzędnik nie udzielał zgody, musiał w sądzie wytłumaczyć, dlaczego się nie zgodził, że nie był w stanie rozdzielić obu demonstracji. Teraz może powiedzieć, że takie miał przekonanie - opisywał Żakowski.

- Ale ta grupa będzie miała możliwość demonstrowania tylko w innym miejscu... - zaczął Wołek. - Nie. Po sześciu dniach dostaje odpowiedź i musi zgłosić nowy wniosek i tak w kółko - przerwał mu Żakowski.

Mam być odpowiedzialny za łobuzów?

- Ten projekt wprowadza jeszcze jedną zasadę, zasadę odpowiedzialności. Musi być osoba, która odpowiada za wszystko, co się wydarzy, czyli przewodniczący zgromadzenia. Do tej pory ta odpowiedzialność była zupełnie rozmyta. A były rozbite szyby i spalone samochody. Ktoś musi za to odpowiadać - chwalił rozwiązanie Wołek. - A jak zorganizuję demonstrację i dołączy się do mnie dziesięciu łobuzów? Ja jestem przewodniczącym i ja odpowiadam. To znowu jest pole do nadużyć - podkreślał Tomasz Lis, redaktor naczelny "Newsweeka". - To zgłaszasz na policję, że chcą się podłączyć prowokatorzy - upierał się Wołek. - Jak rozróżnisz prowokatora? - pytał Żakowski.

Państwo nie może abdykować ze swoich obowiązków organizacyjnych

- Tomek Wołek trochę tu rozhisteryzował - mówił prof. Wiesław Władyka z "Polityki". - Ta ustawa jest lekko populistyczna, trafia w nerwicę społeczną. Nie użyłbym może słów, że to białoruskie, ale nie wydaje mi się, żeby to było cywilizowane rozwiązanie - ocenia publicysta.

- Można sobie wyobrazić taki scenariusz, że nie ma zgody na demonstrację. Wtedy radykałowie tak się wkurzają, że robią to mimo tego. A samochody mogą płonąć już w innym trybie. Państwo nie może abdykować ze swoich obowiązków organizacyjnych. Demokracja chce demonstrować, to niech to robi, a państwo musi zabezpieczać - podkreślał prof. Władyka.

Możesz demonstrować, kiedy stać cię na ochronę. Albo masz bojówkę

- Jest też przepis, który na organizatorów nakłada obowiązek zapewnienia bezpieczeństwa. Czyli możesz zorganizować, kiedy cię stać na zatrudnienie firmy ochroniarskiej albo kiedy masz własną bojówkę. Otwieramy proces walki między bojówkami. To jest niebywale niebezpieczne - argumentował Żakowski.

- Czyli policja ma robić gigantyczną mobilizację, za nasze, podatników, pieniądze, po to, żeby zetrzeć się z nieuchronną jak amen w pacierzu zadymą. Bo taka konfrontacja tym się kończy. Nie chcę, żeby polskie miasta były demolowane - podkreślał Wołek.

- Ludzie w Polsce i tak są bardzo mało aktywni społecznie. Jeśli będziemy tworzyli tego rodzaju ryzyka, to ta aktywność jeszcze bardziej się obniży. A bez niej demonstracja nie działa - mówił Żakowski.

"Stary suchar","lepsze od bozi". Blogerzy TOK FM o in vitro>>

DOSTĘP PREMIUM