Paradowska: Ocieramy się o rodzaj podłości wobec ludzi, którzy byli w Smoleńsku

- Na Torwarze widziałam porzucone trumny posłów, których rodziny tak walczą dziś o prawdę. Wtedy nie żądali, by je otwierać - mówiła w Poranku Radia TOK FM Janina Paradowska. - Ocieramy się o rodzaj podłości wobec ludzi, którzy wtedy w ekstremalnych warunkach pracowali, i części rodzin ofiar, którzy nie biegają po mediach, ale do której to z ogromną siłą wraca - komentowała powrót do sprawy smoleńskiej i kolejnych ekshumacji.

- Ludzie działali w sytuacji skrajnej. Jestem wdzięczny tym, którzy nie dopuścili mnie do miejsca katastrofy - pisze Marcin Wojciechowski, dziennikarz "Gazety Wyborczej", który był w Smoleńsku 10 kwietnia. W moskiewskiej kostnicy też pracowano pod napięciem i w ogromnym tempie. Praca toczyła się w dwóch językach. Brakowało tłumaczy. Rodziny doznawały wstrząsu. To były warunki ekstremalne. Znam ludzi obecnych przy identyfikacji zwłok, którzy do teraz nie mogą się otrząsnąć i musieli korzystać z pomocy psychologów. Kilka razy zastanowię się, zanim kogokolwiek w tej sprawie oskarżę - pisze dziennikarz "GW".

Widziałam opuszczone trumny

- Zgadzam się z tym. Niewiele ciał zachowało się w takim stanie, że identyfikacja była prosta. W większości przypadków to były szczątki. Pamiętam, że po katastrofie jak najszybciej chciano ludzi pochować. Pamiętam tamten klimat - sam pomysł, że trzeba czekać tygodniami na wyniki badań DNA, był nie do pojęcia - wspominała w Poranku Radia TOK FM Janina Paradowska.

- Byłam na Torwarze, gdzie urządzono kaplicę. Widziałam rodziny borowców modlące się przy trumnach. Widziałam adwokatów, którzy pełnili 24-godziną wartę przy trumnach swoich kolegów, i widziałam porzucone trumny - bez kwiatka, bez znicza - posłów, w tym tych, których rodziny tak walczą dziś o prawdę - wspominała publicystka.

Zdaniem Paradowskiej nie było wtedy żadnych żądań, by otwierać trumny. - Wszyscy chcieli je jak najszybciej zabrać i zorganizować pogrzeby - powiedziała prowadząca Poranek w Radiu TOK FM.

Nie wiemy, co się działo na miejscu katastrofy

- Jeżeli oskarża się Ewę Kopacz, która uczestniczyła w identyfikacji części ofiar, że powiedziała jedno czy drugie słowo za dużo, w oderwaniu od tego, co działo się wówczas, to popełnia się nadużycie. Ocieramy się o rodzaj podłości wobec ludzi, którzy wtedy w ekstremalnych warunkach pracowali, i części rodzin ofiar, którzy nie biegają po mediach, ale do której to z ogromną siłą wraca - mówiła Paradowska.

Zaproszenie na ekshumacje

Dodała, że dotarły do niej sygnały, że "niektórzy mecenasi wysyłają zaproszenia na ekshumacje". - Tego jeszcze nie było w polskiej kulturze, tradycji. Jeśli będzie ich więcej, to wkroczymy w nową epokę - oceniła publicystka "Polityki".

Niech politycy zamilkną

Dziś minister sprawiedliwości Jarosław Gowin przedstawi informację rządu w sprawie działań podjętych po katastrofie smoleńskiej. O informację wnioskował klub PiS, ma to związek z informacjami Naczelnej Prokuratury Wojskowej o zamianie ciała Anny Walentynowicz z ciałem innej z ofiar katastrofy smoleńskiej. - To, co dzieje się dziś, to walka polityczna. Najpierw prokuratura powinna wszystko wyjaśnić, a potem sprawę powinni komentować politycy - mówiła Paradowska. - Nie wiem, co dziś w Sejmie powie minister Gowin. Naczelnego prokuratora zabrakło w Smoleńsku [był Naczelny Prokurator Wojskowy - red.]. Być może prokuratura z urzędu powinna zarządzić otwieranie wszystkich trumien. Ale pewnie nie zgodziłyby się na to rodziny. Mielibyśmy jeszcze gorszą atmosferę - dodała.

DOSTĘP PREMIUM