"Inflacja prestiżu. Dzisiaj liczą się nagrody, których istotę można wyrazić na Twitterze"

Były już nagrody "Time'a" dla "oburzonego", "internauty", w tym roku nominowany jest... łazik Curiosity. Ludzi z krwi i kości już nie ma co nagradzać? - Mamy inflację prestiżu - mówi prof. Wojciech Burszta. Z antropologiem kultury rozmawiamy o końcu historii wielkich jednostek, autorytetach, technologiach i nieuchronnej zgodzie na odchodzenie znanych nam modeli kultury.

Pokojowa Nagroda Nobla dla Unii Europejskiej, człowiekiem roku "Time" 2011 "anonimowy protestujący", pięć lat wcześniej został nim "internauta". W tym roku duże szanse mają łazik Curiosity i bozon Higgsa. Zaintrygowani tendencją nagradzania nie-ludzi, lub ludzi wielu, zadaliśmy parę pytań antropologowi kultury. Mówi prof. Wojciech Burszta ze SWPS.

Karolina Głowacka: A więc definitywny koniec historii wielkich jednostek? Nie będzie już napoleonów, martinów luterów kingów i wałęsów?

Prof. Wojciech Burszta: Oczywiście, ludzie wybitni są. Natomiast zmieniło się podejście do wybitnych osobowości.

Od końca lat 80. mówiono o końcu wielkich ideologii, metanarracji, końcu wielkich pomysłów społecznych, filozoficznych. Powstała nieufność do wszelkich ideologii - od komunizmu do liberalizmu. To skutkuje wzrostem nieufności do jednostek, które jakoś były z tymi wielkimi pomysłami zmiany społecznej związane.

Stąd atmosfera, żeby zwrócić się w stronę codzienności. Widać to w literaturze, widać w wielkich nagrodach, od Nobla poczynając. Zwieńczeniem tego procesu jest właśnie pokojowa nagroda dla Unii Europejskiej.

Drugą kwestią jest inflacja prestiżu powodowana nadmiarem wszelkiego rodzaju nagród. James English napisał nawet taką książkę "Ekonomia prestiżu", w której analizuje geometryczny nieomal wzrost liczby wszelkiego rodzaju nagród.

Zaczyna po prostu brakować ludzi, którzy by mogli tymi nagrodami być uhonorowani.

Inflacja prestiżu i mnożące się nagrody to efekt zabiegów marketingowych?

- To się wiąże z neoliberalną polityką urynkowienia wszystkich właściwie dziedzin kultury i sztuki. Nagrody pączkują w nieskończoność, a ich ranga tym samym spada. Kto po kilku latach pamięta, kto jaką nagrodę dostał?

Trzecia rzecz - w globalnej świadomości liczą się tylko nagrody, wokół których jest spore zamieszanie i których istotę można wyrazić, ćwierkając na Twitterze.

Są nagrody z wieloletnimi tradycjami, jak Nagroda im. Theodora W. Adorno, nagroda Księcia Asturii, które cały czas honorują wybitnych intelektualistów. Zygmunt Bauman dostał jedną i drugą nagrodę.

Tylko że one się w dzisiejszym świecie nie przebijają, więc niewiele wiemy o ich prestiżu. Nasze oczy są zwrócone na to, o czym jest głośno. Teraz też właściwie o tym rozmawiamy.

Poza tym wszystko, po prostu bardzo lubimy się wszyscy nagradzać (śmiech).

Może nagradzanie całej UE, internatów to skutek, a może nawet miara demokracji? Ten system spłaszcza społeczeństwo.

- Ależ oczywiście. Jeśli godzimy się na to, że przekraczamy bariery klasowe, to nie dziwmy się, że mamy również i taki efekt. Demokratyzacja edukacji przecież to tego właśnie zmierzała.

A pomysł nagradzania łazika Curiosity? Naukowcy powtarzają, że współcześnie do znaczących odkryć konieczna jest praca bardzo dużych zespołów. To by znaczyło, że przy obecnych technologiach jednostka niewiele może.

- Przyszłością tego horyzontu naszej wyobraźni, jakim jest technologia, będzie taka koegzystencja narzędzi i ludzi. Przecież internet nie jest niczym innym. Stworzymy różne wspólnoty, ale one są nie do pomyślenia bez pośrednictwa technologii.

Stąd wszystko, co dzieje się w dziedzinie technologii, ma autorów zbiorowych. Trudno znaleźć jednostkę, która mogłaby zostać za to nagrodzona.

Fajnie, że wszystko jest takie zespołowe i demokratyczne. Z drugiej strony skutkuje to brakiem autorytetów.

- O tym mówi się już od dawna. Zawierzamy ekspertom, a ekspert i autorytet to są dwie zupełnie różne rzeczy. Słuchamy eksperta, którego rady już jutro mogą być zupełnie nieaktualne.

Autorytet to jest coś, co poczytujemy jako niepodważalne. Współcześnie mamy odejście od takiego myślenia, w istocie nic nie jest niepodważalne. Skądinąd chlubimy się tym.

To dobrze, że autorytetów nie ma?

- Trudno utyskiwać nad kierunkiem, w jakim zmierza świat. Warto tylko, żebyśmy zdawali sobie sprawę z konsekwencji tego, czemu przyklaskujemy.

- Zawsze się coś traci. Nie można wrócić do wcześniejszych postaci kultury, mimo że rozmaici fundamentaliści taką tęsknotę wyrażają. Jeśli mówi się o kryzysie rodziny, to przecież nie o to chodzi, że są rozmaite pomysły idące równolegle z tzw. rodziną tradycyjną. Po prostu coś się w świecie zmieniło i to coś zmusza ludzi do poszukiwania alternatywnych form bycia razem. Nie ma powrotu do patriarchalnej rodziny, takiej jak sobie onegdaj wyobrażano, jak mamy w Biblii.

To na koniec - czyli to nie tak, że wybitnych jednostek nie ma? Po prostu ich nie widać.

- Oczywiście. Ich trud i praca po prostu się nie sprzedają, bo ich się nie da ująć w krótkim "twicie". To, czym się zajmują, wymaga namysłu, skupienia. A to dzisiaj jest, powiedziałbym, działalnością troszkę kontrkulturową.

DOSTĘP PREMIUM