"Na razie muszę znaleźć pracę" - rozmowa z pisarką Kają Malanowską

- Dostałam bardzo mocno w skórę. Wtedy zrozumiałam, że żyjemy w społeczeństwie, w którym kobiety nie mają fajnie - mówi pisarka Kaja Malanowska: "specjalistka od emocji", której książki "patroszą duszę". Opowiedziała nam o swojej karierze, pisaniu i walce z depresją.

Kaja Malanowska, pisarka, felietonistka. Mogła zrobić karierę naukową w Stanach Zjednoczonych (dziedzina: genetyka bakterii), ale wróciła do Polski i zaczęła pisać. O sobie, o swojej chorobie, o Warszawie. W 2010 roku za powieść "Drobne szaleństwa" została nominowana do Gwarancji Kultury - nagrody TVP Kultura. W 2012 powieść "Patrz na mnie, Klaro" przyniosła jej nominację do Paszportów "Polityki" za "wnikliwość psychologiczną, nieosłabiającą trafnych obserwacji społecznych". Jak mówi, frustracje pisarskie w połączeniu z frustracjami bezrobotnej to dla niej największy koszmar, ale właśnie m.in. z nich rodzą się jej książki.

Marta Perchuć-Burzyńska, TOK FM: Jesteś uznaną pisarką, a powiedziałaś kiedyś, że do literatury nie podchodzisz zbyt poważnie. Lekko mnie zaniepokoiłaś...

Kaja Malanowska: Chodziło mi o to, że nie stawiam literatury na piedestale. Pisarstwo to zawód jak każdy inny, choć wymaga oczywiście odpowiednich zdolności. Nie uważam, żeby osoby trudniące się pisarstwem były wyjątkowe. Głupio się przyznać, ale ja chyba traktuję literaturę głównie jako rozrywkę. Obawiam się, że nie jestem poważnym czytelnikiem, niestety...

Co w takim razie warto traktować poważnie, jeśli nie literaturę?

- To pytanie na dłuższą i trudną rozmowę. Brzmi zbyt poważnie ;).

Stałaś się, jak powiedział Ignacy Karpowicz, "specjalistką od operacji na otwartym sercu"? Twoje książki "patroszą duszę". Dobrze ci z taką "specjalizacją"?

- Zależy. Powieść psychologiczna nie wszystkim odpowiada, a wiele osób wręcz irytuje. To są książki niszowe, które nie każdy lubi czytać. Martwię się tym, bo na razie mam poczucie, że inaczej nie potrafię pisać. Z drugiej strony jest to pewnego rodzaju wartość, bo nie każdy umie oddawać emocje w pisarstwie.

Twoja ostatnia książka "Patrz na mnie, Klaro" jest mniej emocjonalna i mniej osobista niż "Drobne szaleństwa". Czy to oznacza, że Kaja Malanowska złapała dystans do rzeczywistości?

Ja po prostu przestałam być chora. "Drobne szaleństwa" są przede wszystkim autentycznym zapisem choroby - depresji. Nie pisałam tego z myślą o wydaniu. Ta książka jest w dużej mierze moją historią. To oczywiście wersja fabularyzowana i dużo tam zdarzeń, które nigdy nie miały miejsca albo zostały bardzo zmienione. Niemniej jest to rodzaj pamiętnika.

Miałam ambicję, żeby tym razem nie pisać o sobie. Żeby wymyślić historię, a nie przenosić ją dokładnie z rzeczywistości na papier. Nie jestem pewna, czy to się udało w stu procentach. Na pewno nie ma w "Patrz na mnie, Klaro!" postaci, z którą bym się identyfikowała, ale jest na przykład obsesja, z którą mam problem. I chyba tylko dlatego udało mi się ją opisać. Nie ma w niej też chyba ani jednej postaci autentycznej. Ale niektóre są złożone z fragmentów znanych mi osób. Ani jednej historii, która by się rzeczywiście wydarzyła od początku do końca, ale są tam kawałki zdarzeń, które miały miejsce.

Kiedy rozmawiałam o twoich książkach z bardzo bliskimi mi kobietami, wszystkie odpowiadały "to jest o mnie". Zastanawiałam się, czy czujesz, że "Drobne szaleństwa" napisałaś za kogoś? Za tłum trzydziestokilkuletnich, niespełnionych kobiet na życiowym zakręcie?

- Jeżeli tak jest, to się strasznie cieszę, że udało mi się napisać coś choć w części autentycznego. Muszę się przyznać, że dopiero w czasie, kiedy pisałam "Szaleństwa", przejrzałam na oczy. Przedtem nie zastanawiałam się specjalnie nad sytuacją kobiety w naszym świecie. Dopiero kiedy sama dostałam bardzo mocno w skórę, przejrzałam na oczy. Wtedy zrozumiałam, że nie jestem jedyna, że to nie jest tylko mój problem; że żyjemy w dosyć opresyjnym społeczeństwie, w którym kobiety nie mają fajnie.

Z tego wynikła twoja depresja?

- Myślę, że była głównie związana z moim powrotem ze Stanów Zjednoczonych. W Stanach bardzo tęskniłam do Polski, chciałam wrócić. Kiedy to się stało, nagle okazało się, że nie wracam do eldorado. Kiedy się rozchorowałam, okazało się, że kobieta w Polsce, a zwłaszcza chora kobieta, nie ma lekko.

A do Stanów nie jechałaś jak do eldorado?

- Nie, kompletnie nie. To był taki szalony pomysł mojego męża. Nie miałam w tamtym czasie pracy, zgodziłam się, chociaż zupełnie nie wiedziałam, co będę tam robić. Muszę jednak przyznać, że ten wyjazd wiele mnie nauczył. Myślę, ze dopiero w Stanach dojrzałam i tam właśnie do końca okrzepł mój światopogląd. Nigdy jednak nie czułam się tam do końca u siebie. Bardzo trudno jest żyć na stałe w kulturze, która jest obca i bywa niezrozumiała. Do Polski wracałam bardzo stęskniona, z nadzieją, że spotkam dawnych przyjaciół i bliskich mi ludzi. A tu nagle okazało się, że pięć lat to bardzo długo i przez ten czas bardzo wiele się zmieniło. Ja się zmieniłam, osoby, z którymi się przyjaźniłam, również. Nasze drogi się rozeszły.

Pisanie było dla ciebie terapią?

- Pierwszą książkę, "Drobne szaleństwa", pisałam w czasie choroby. Sprawiało mi to autentyczną ulgę. Ale było też dużo takich momentów, kiedy się nakręcałam. Jakby pisanie o smutnych stanach powodowało, że popadałam w nie coraz bardziej. Czy to była terapia? To jest pytanie, które często zadają mi różne osoby. Zazwyczaj odpowiadam, że tak. Pisanie rzeczywiście może być sposobem na wyładowanie emocji. Bywa nawet zalecane przez psychologów. To trochę tak jak z listem, w którym wypisujesz wściekłość na drugą osobę, ale go nie wysyłasz. I w ten sposób spalasz negatywne emocje. Niemniej nie wierzę, żeby można się było w ten sposób wyleczyć z depresji. Mi pomogły po prostu lekarstwa.

Jest mnóstwo osób, które chorują na depresję i zapisują swoje przeżycia z okresu choroby, ale nie wszyscy wydają potem książki...

- Miałam szczęście. Zaczęłam robić zapiski w Indiach, gdzie byłam na weselu mojej przyjaciółki. To był wyjątkowo paskudny okres, jeżeli chodzi o dokuczliwość mojej choroby. Pisałam wtedy niemal cały czas. I być może w ten sposób odsuwałam od siebie rzeczywistość.

Wysyłałaś komuś te zapiski?

- Swojemu mężowi, który z kolei przekazał je Kindze Dunin. Bez mojej wiedzy zresztą. I te listy się spodobały.

Rzeczywiście, miałaś szczęście... Nie każdy mąż wysłałby listy swojej żony Kindze Dunin...

- Oni są spokrewnieni. To dlatego. Kindze się spodobało i zapytała, czy nie chciałabym wydać "listów z Indii" w "Krytyce Politycznej". Tak to się zaczęło. Historia wesela mojej hinduskiej przyjaciółki ukazała się dopiero 2 lata później, jako jedno z opowiadań, w zbiorze "Imigracje". Wcześniej wydano moje zapiski chorobowe, czyli "Drobne szaleństwa".

Mąż pomagał ci w redagowaniu?

- Jeśli chodzi o "Drobne szaleństwa", to zupełnie nie. Przy "Klarze" już tak, i to bardzo. Jestem przekonana, że ta książka byłaby dużo gorsza bez jego pomocy. Był na tyle ostrym redaktorem, że dwa razy wyrzucałam po sto stron, co mnie strasznie bolało i kończyło się dzikimi awanturami w domu. W końcu jednak za każdym razem przyznawałam mu rację.

W "Drobnych szaleństwach" bohaterką książki jest także Warszawa. Kobieta i miasto uzupełniają się w depresji, w niepewności, w lękach. Ktoś kiedyś powiedział, że Nowy Jork to jest taki otwarty zakład dla psychicznie chorych...

- A może Warszawa jest zakładem zamkniętym?

No właśnie, może to Warszawa w pewien sposób wywołuje depresję? Intensyfikuje ją?

- We mnie w pewnym sensie wywołała. To dlatego, że kiedy do niej wróciłam, ona nie była już taka jak kiedyś albo taka, jaką sobie wyobrażałam, że będzie. Zachowałam się trochę jak zawiedziony kochanek. Ale poważnie, myślę, że jestem z Warszawą bardzo związana, chociaż jej nie lubię. Uważam, że jest brzydka, zgryźliwa i depresyjna, ale nie potrafię od niej uciec. To już, niestety, tak zostanie.

Słuchałaś płyty Stanisławy Celińskiej o Warszawie? Ona śpiewa tam właśnie o takiej twojej Warszawie. Także depresyjnej.

- Nie słuchałam, ale na pewno to zrobię.

"Po trzech latach od wydania pierwszej książki uważam, że pisanie bardzo źle mi zrobiło. Na przemian czuję się sfrustrowana i niedoceniona albo beznadziejna, zrezygnowana i zniechęcona" - napisałaś w felietonie w "Krytyce Politycznej" Co musiałoby się stać, żeby ta frustracja minęła?

- To trudne pytanie. Widzisz, włożyłam bardzo dużo wysiłku w pracę nad "Klarą", głównie w konstrukcję tej książki i utrzymanie się w ryzach trzech odrębnych stylów. Kiedy skończyłam, miałam poczucie, że w ciągu trzech lat nauczyłam się tyle, ile jest w tej książce. Że w tej chwili nie jestem w stanie dać z siebie nic więcej. To bardzo frustrujące uczucie.

Akurat tej jesien wielu dobrych pisarzy wydało swoje nowe powieści. Nikt więc o "Klarze" nie napisał i spisałam tę książkę na straty. To był dla mnie bardzo trudny moment. Właśnie wtedy napisałam felieton, o którym wspomniałaś. Niestety, nie należę do pisarzy, którzy są w stanie pisać tylko dla siebie. Zresztą trochę nie wierzę, że tacy w ogóle istnieją.

Oni pewnie są, ale dowiadujemy się o nich dopiero po ich śmierci...

- Może. Pisanie to zawód, który zależy od opinii społecznej i to często budzi frustracje. Ja non stop przeżywałam spadki nastrojów. Moja rodzina z tego powodu cierpi. Próbuję utrzymać dystans w stosunku do tego, co piszę i jak piszę. Ale jest to trudne.

Może właśnie dlatego powiedziałaś o literaturze, że nie podchodzisz do niej bardzo poważnie. Bo chcesz się zdystansować także do pisania?

- Na pewno. Po prostu staram się na siebie uważać.

Ale jeszcze wracając do twojego pytania o mój felieton o pisarzach, chyba głównym powodem, dla którego go napisałam, było to, że od półtora roku nie mam pracy. Pisanie książek to ogromny wysiłek, a bardzo mało się na nich zarabia. Dużo pisarzy przeżywa podobne problemy. Chyba mało kto zdaje sobie z tego sprawę. Mam wrażenie, że w Polsce nadal pokutuje PRL-owski stereotyp pisarza reżimowego, który był hołubiony przez państwo i przyzwoicie zarabiał. A tak już od wielu lat nie jest. Jest nawet coraz gorzej...

A mnie bardzo cieszy twoja frustracja, bo myślę, że powstanie z niej kolejna książka Kai Malanowskiej.

- Zobaczymy. Na razie muszę znaleźć pracę. Obiecałam sobie, że stanę na nogi i podreperuję finanse, bo frustracje pisarskie w połączeniu z frustracjami bezrobotnej to jest koszmar. Myślę, że dla mojego męża i syna przede wszystkim. Chciałabym im tego oszczędzić.

DOSTĘP PREMIUM