Prof. Artymowicz: W pierwszych filmach Gargas świadkowie mówili o "plaśnięciu" tupolewa. Ale wtedy była teoria mgły, nie zamachu

Fizyk prof. Paweł Artymowicz nie ma wątpliwości, że nie doszło do wybuchu na pokładzie prezydenckiego tupolewa. - Żeby mówić o wybuchu, to musiałby się on zdarzyć w promieniu nie więcej niż 10 m od brzozy. Czyli ktoś musiałby zaminować brzozę. I jeszcze pilot musiałby trafić właśnie w to drzewo - argumentował w TOK FM. Wg naukowca do katastrofy doszło, bo "źle wyszkoleni piloci przekroczyli przepisy". Artymowicz wytykał też różnice w relacjach świadków, które znajdują się w filmach Anity Gargas.

Prof. Paweł Artymowicz, fizyk i astrofizyk z uniwersytetu w Toronto, nie znalazł żadnych dowodów na to, że w Smoleńsku doszło do zamachu. Jego zdaniem wina za katastrofę prezydenckiego tupolewa leży po stronie załogi.

- Źle wyszkoleni piloci przekroczyli przepisy, obniżyli samolot poniżej minimalnej dozwolonej wysokości zniżania. To wszystko spowodowało, że samolot zahaczył o brzozę. 1/3 lewego skrzydła się urwała. Od tego momentu piloci nic nie mogli zrobić. Samolot odwraca się na plecy, schodzi z kursu, uderza w las - tak zdaniem gościa "Poranka Radia TOK FM" wyglądały wydarzenia sprzed trzech lat.

Zobacz wideo

Anita Gargas sama sobie przeczy

Według prof. Artymowicza żadnych wiarygodnych dowodów na to, że trzy lata temu doszło do wybuchu na pokładzie tupolewa, nie dostarcza film Anity Gargas "Anatomia upadku".

Naukowca nie przekonali świadkowie występujący w dokumencie. Tym bardziej że - jak zauważył - ludzie, z którymi Gargas rozmawiała po katastrofie, przedstawiali zupełnie inny scenariusz wypadków (np. mechanik mówił o samolocie, który się przechylił w lewo).

- "Nie było wybuchu, tylko plaśnięcie", "samolot skrzydłem zahaczał i za las poleciał, a tam obłok ognia, dźwięk nie był głośny" - to wypowiedzi świadków nie z "Anatomii upadku", tylko filmu "10.04.2010" (który miał premierę w 2011 roku - red.). Ale wtedy zwolennicy tezy o zamachu starali się ukierunkować nasze myślenie na sztuczną mgłę i strzały - mówił fizyk w rozmowie z Tomaszem Sekielskim w TOK FM.

Czy brzoza była zaminowana?

Jak podkreślał naukowiec, gdyby na pokładzie tupolewa doszło do wybuchu, "wszystkie szczątki samolotu - na zasadzie symetrii - poleciałby na wprost, a nie skręciłyby z kursu".

- Jedyną metodą, żeby taki duży samolot skręcił w lewo, jest to, że stracił dużą część skrzydła. Wtedy naturalnie schodzi z kursu. Na podstawie mojej analizy mogę powiedzieć, że wybuch musiałby zdarzyć się w promieniu nie więcej niż 10 m od brzozy. Ktoś więc musiałby zaminować brzozę. I jeszcze pilot musiałby trafić właśnie w to drzewo.

"Nie mogę znaleźć tych 30 proc."

Prof. Paweł Artymowicz jest zaskoczony tym, że według sondaży 1/3 Polaków wierzy, że w Smoleńsku doszło do zamachu. - Nie mogę w to uwierzyć. Ale chyba dlatego, że mieszkam poza Polską. I przyjeżdżam tylko do Warszawy. Jak rozmawiam tutaj z ludźmi, to nie mogę znaleźć tych 30 procent - stwierdził naukowiec.

Trzecia rocznica katastrofy smoleńskiej RELACJA NA ŻYWO>>

DOSTĘP PREMIUM