Tysiące imprezowiczów nad krakowskim zalewem. "Ognisko to drugorzędna sprawa. W podtekście jest picie"

Nad krakowskim zalewem w weekend imprezowało ponad 20 tys. osób. Jedna osoba trafiła do szpitala, na miejscu pozostało pobojowisko pełne śmieci i tłuczonego szkła. Zdaniem dr Ewy Woydyłło ogromna frekwencja na zwołanej przez Facebooka imprezie nie powinna dziwić, gdyż ludzie uwielbiają wszelkie festyny i zabawy. - Jest też druga, mniej radosna wiadomość. Skrzyknięcie się na ognisko to drugorzędna sprawa. W podtekście jest picie - zaznacza psycholog.

W nocy z soboty na niedzielę nad krakowskim zalewem na Zakrzówku imprezowało ponad 20 tys. osób . Uczestnicy skrzykiwali się na ognisko przez Facebooka. Efekt to tony śmieci i tłuczonego szkła, dziesiątki skradzionych telefonów i portfeli, ludzie poranieni rzucanymi kamieniami i 28-latek walczący o życie w szpitalu.

Krzysztof Lepczyński: Co przyciąga do takich inicjatyw?

Dr Ewa Woydyłło : - Są dwa powody. Pierwszy to fakt, że lubimy wszelkie festyny, zabawy i imprezy. Człowiek ludyczny, ten, który się bawi, to część ludzkiej natury. Zwłaszcza jeśli była to konwencja niefrasobliwego spędzania czasu. Jest też druga, mniej radosna wiadomość. Skrzyknięcie się na grill czy ognisko to drugorzędna sprawa. W podtekście jest picie: można będzie się opić piwa i potem puszczają hamulce. A Polacy kochają picie. Ono jest szalenie pobudzającym elementem.

Znów można ponarzekać na młodzież?

- Tu nie chodzi o młodzież. Oczywiście, domeną spotkań osób z młodszej generacji jest Facebook. Ale tak samo grillują starsze osoby. Też przesadzają. Wiek nie odgrywa tu wielkiej roli.

Po sobotnim ognisku jeden z imprezowiczów znalazł się w szpitalu. Czy nad takim spontanicznym skupiskiem można zapanować?

- Te imprezy mogą być niekontrolowane. Ale na meczach piłkarskich, gdzie jest mnóstwo policji, też dochodzi do rozmaitych zamieszek i ekscesów. Tutaj, w porównaniu ze stadionami, gdzie wszystko jest pod nadzorem, a mimo to dochodzi do bijatyki, skutki nie były drastyczne.

Nasza ludyczność będzie więc dalej karmiona kolejnymi, podobnymi inicjatywami?

- Nawet przykre epizody nie odstraszą wielu ludzi. Potencjalni uczestnicy myślą sobie: "Ale przecież mnie to nie spotka".

Nie myślą jednak, kto za nich posprząta.

- Po berlińskiej Love Parade wieczorem całe okolice tonęły w śmieciach. Szło się w nich po kolana. Rano znów jechałam tymi ulicami, było nieskazitelnie czysto. To nie dlatego, że ci ludzie to wysprzątali. Berlin ma doskonałe służby miejskie: czy to po grillu, czy po Love Parade one się tym zajmują.

Wzburzenie wielu osób pozostawionym nieporządkiem jest więc nieuzasadnione?

- Gdy wycieczka jedzie w góry, jest niepisany kodeks, że po wypoczynku śmieci zabiera się ze sobą. Można tu zastosować taką wysokogórską zasadę. Ale w mieście ona nie obowiązuje, oczekuje się, że miasto zrobi po nas porządek. Ale czyż nie byłoby pięknie, gdybyśmy jednak sami po sobie sprzątali?

DOSTĘP PREMIUM