Matka kazała mu się garbić - żeby lepiej żebrał. "Te dzieciaki szczoteczkę do zębów po raz pierwszy widzą u nas" [REPORTAŻ Z GRUZJI]

Przez trzy lata jadł tylko suchy chleb. Matka kazała mu się garbić, żeby lepiej żebrał. Dziś Gieorgij jest obiecującym szachistą. Mieszka w rodzinnym domu dziecka - jednym z 16, jakie powstały w Gruzji dzięki polskiej pomocy.

Szacuje się, że takich dzieci jak Gieorgij na ulicach gruzińskich miast żyje około 1,5 tysiąca. Ponad połowa z nich nigdy nie chodziła do szkoły. - Większość po raz pierwszy w życiu szczoteczkę do zębów widzi dopiero u nas - mówi Tamar Sharashidze z gruzińskiego Caritasu. - Uczymy je, jak myć zęby, do czego służy mydło. Żyjąc na ulicy, śpią gdzie popadnie, część mieszka z rodzinami, ale często w strasznych warunkach - przyznaje.

Tamar kieruje dziennym centrum opieki. Tu dzieciaki spędzają zazwyczaj kilka godzin dziennie. Uczą się nie tylko podstawowych zasad higieny, ale uczestniczą w warsztatach rzeźbiarskich, razem z opiekunką przygotowują posiłki, wspólnie gotują. Do centrum przyprowadzają je streetworkerzy. Ale to nie jest proste zadanie. To dzieciaki, które znamy z obrazków - podchodzą do samochodu, wyciągają rękę i proszą: "daj, daj". W większości uchodźcy wojenni albo wysiedleńcy. Zarabiają, ale nie tylko dla siebie. To zazwyczaj rodzinne klany i organizacje.

- Najtrudniej jest wejść w to środowisko. Podchodzimy do nich, proponujemy im kanapkę, zapraszamy do samochodu, ale okazuje się, że jak chcemy z nimi porozmawiać, musimy mieć pozwolenie tzw. kryszy, herszta bandy, który je tam wysłał i dla którego pracują - tłumaczy ksiądz Krzysztof Kowal, dyrektor Caritas Gruzja. - Dla tych dzieciaków najważniejsza jest wolność. Zarobią sobie, mają kieszonkowe, więc idą grać w gry komputerowe i tak spędzają całe dnie i noce.

"Jak mi się nie chce iść do szkoły, to się włóczę..."

Irina ma 13 lat. Mieszka razem z szóstką rodzeństwa, rodzicami, ciocią i wujkiem. Razem 11 osób. Choć to nielegalne, czasem pracuje, żeby pomóc rodzinie. Ostatnio w kuchni w barze sałatkowym. Część zarobionych pieniędzy oddaje mamie, resztę zostawia sobie. - Rodzice nie mają czasu, bo ciągle pracują. Jak mi się nie chce iść do szkoły, to włóczę się z kolegami po ulicy. Nie chcę mówić, co robimy. Tu lubię przychodzić, najfajniejsze są warsztaty kulinarne, w każdą środę robimy listę zakupów i uczymy się gotować nowe rzeczy - opowiada.

Takie dzieci do dziennego centrum trafiają często po wielu tygodniach rozmów ze streetworkerami. Przychodzą, kiedy przekonają się, że tu można odpocząć po całej nocy w kafejce internetowej, wyspać się, coś zjeść, coś porobić, nie nudzić się. Część z nich trafia z powrotem na ulicę, część mieszka ze swoimi rodzinami, niektóre trafiają do domów dziecka. - Ale takie dziecko najpierw trzeba "obrobić z kantów". Nauczyć, do czego służy woda, że spać można w pościeli, do czego służy język - wyjaśnia ksiądz Kowal. Jeśli trafiłoby od razu do rodzinnego domu dziecka, to nic by z tego nie wyszło. - Od razu rozwaliłoby wszystko, łącznie z telewizorem młotkiem, bo zawsze to robiło, inaczej nie potrafi. Na początku obroną dla takiego chłopaka czy dziewczyny jest agresja, oni nie znają innych zachowań - tłumaczy Kowal. Stąd dzienne centrum opieki i domy tranzytowe.

"Te dzieci nie miały żadnych perspektyw: ani powrotu do domu, ani usamodzielnienia się"

W Gruzji wcześniej istniały duże domy dziecka. To były ogromne instytucje, nieremontowane od lat. Często bez okien, ogrzewania, ciepłej wody. Jedna opiekunka na 30-40 wychowanków. Do takich placówek dzieci przyprowadzali najczęściej rodzice. Bo stracili swoje domy w trakcie wojny albo byli na tyle biedni, że chcieli, aby syn czy córka mieli chociaż gdzie zjeść ciepły posiłek. Nikt nie pracował z ich rodzinami, nie było na to czasu, pieniędzy, warunków. - Te dzieci nie miały żadnych perspektyw: ani powrotu do domu, ani usamodzielnienia się - tłumaczy Tomasz Polkowski z Towarzystwa "Nasz Dom".

Od 2007 roku Towarzystwo "Nasz Dom" pomaga zreformować system pomocy dziecku i rodzinie w Gruzji. Do tej pory w całym kraju powstało 16 rodzinnych domów dziecka. W każdym mieszka 8-10 dzieci. Polacy we współpracy z gruzińskim rządem szkolą opiekunów, trenerów i psychologów. Chodzi o to, żeby nauczyć ich samodzielności, bo pomoc socjalna jest bardzo słabo rozwinięta.

"Tu dzieci przychodzą się modlić"

Dodo Natsarashvili pracuje z dziećmi od ponad 30 lat. Wcześniej zajmowała się nimi w państwowych instytucjach. Tam brakowało wszystkiego. - Pamiętam jedną zimę, nie było prądu, wody, grzaliśmy jednym piecem opalanym drewnem, w jednym pokoju siedziało około 200 dzieci, wszystkie przytulone, w innych pomieszczeniach temperatura była taka jak na zewnątrz - wspomina. - Nie mieliśmy dla nich jedzenia, chodziliśmy po miasteczku i prosiliśmy ludzi, pamiętam, że ktoś podarował nam mąkę, wtedy piekłam dzieciom chlebki z mąki i wody, bo na nic innego nie było pieniędzy.

Teraz Dodo prowadzi rodzinny dom dziecka w rejonie Kurdghelauri koło Telavi. Z zewnątrz to zwykły dom. Jest ogródek, w nim kwiatki, równe grządki. Wchodzimy do kuchni, pachnie świeżym ciastem. Dzieci oglądają telewizję. Pokoje wysprzątane, pewnie na przyjazd gości. W holu na małym stoliku kilkanaście świętych obrazków, ikony. - Tu dzieci przychodzą się modlić, wieczorami zapalają świeczkę i spędzają tu chwilę - mówi Dodo.

Na ścianie w kuchni jest regulamin, podział obowiązków: kto sprząta, kiedy jest śniadanie, obiad, kiedy można zagrać na komputerze. W pokojach mieszkają dwójkami. U dziewczyn maskotki, kosmetyki, u chłopaków wojskowy porządek, równo zaścielone łóżka.

"Jak mama wyjdzie z więzienia..."

Marit ma 16 lat. Do domu dziecka trafiła 10 lat temu. - To już trzeci dom, w którym mieszkam, wcześniej byłam w dużej instytucji. Tu mi się podoba. Najbardziej lubię spać i wspólnie oglądać telewizję. Mama oddała mnie, bo w domu było biednie i było nas dużo, ale ja mam już plan. Jak skończę 18 lat, to pójdę do szkoły i zostanę masażystką. Lubię też pisać bajki, najczęściej o miłości. Ale nie takiej księcia i księżniczki. W ostatniej na przykład bohaterką jest dziewczyna, która nie ma rodziców i mieszka w domu dziecka, ale zakochuje się w bardzo przystojnym chłopaku, razem uciekają i żyją długo i szczęśliwie.

Mama Mariam jest w więzieniu, taty nigdy nie poznała. Odkąd mieszka w domu prowadzonym przez Dodo, widziała się z mamą raz. - Jeżdżę do niej dwa razy w roku, wtedy długo rozmawiamy. Tęsknię za nią. Dodo jest dla mnie jak ciocia. Czuję się tu jak w domu, ale marzę o tym, żeby mieć taki prawdziwy, swój własny. Jak mama wyjdzie z więzienia, to razem tam zamieszkamy.

DOSTĘP PREMIUM