"Koncepcja poniosła porażkę" - prof. Stratenschulte o Partnerstwie Wschodnim

- Musimy przyznać po 10 latach, że Partnerstwo Wschodnie, a nawet cała Europejska Polityka Sąsiedztwa poniosła porażkę. Jest martwa na wschodzie i na południu - mówi w rozmowie z Agnieszką Lichnerowicz prof. Eckart D. Stratenschulte.

Wywiad Agnieszki Lichnerowicz został przeprowadzony ponad miesiąc temu. Już wtedy prof. Stratenschulte przekonywał, że koncepcja Partnerstwa Wschodniego nie działa. Dziś, przy fiasku szczytu Partnerstwa Wschodniego, na którym Ukraina miała podpisać umowę stowarzyszeniową z Unią Europejską, przypominamy te rozmowę (umowy podpisały Mołdawia i Gruzja).

Agnieszka Lichnerowicz i prof. Eckart D. Stratenschulte brali udział w armeńskiej edycji projektu Europa w walizce, który jest wspólną inicjatywą Polskiej Fundacji im. Roberta Schumana, Fundacji Friedricha Naumanna, Akademii Europejskiej w Berlinie oraz Fundacji im. Roberta Boscha.

Agnieszka Lichnerowicz: Twierdzi pan, że Partnerstwo Wschodnie jest już martwe.

Prof. Eckart D. Stratenschulte: - Tak. Przyjrzyjmy się sześciu krajom, które są członkami tego projektu. Białoruś tak naprawdę nie bierze w tym udziału. Formalnie - tak, w rzeczywistości - nie. Podobnie Azerbejdżan, który wcale nie jest zainteresowany. Prawią tylko miłe słówka i nic więcej. Ukraina jest oporna. Też pada wiele miłych i wielkich słów. Armenia natomiast właśnie opuściła pociąg. Zostają więc tylko Mołdawia i Gruzja. Podsumowując, koncepcja jednego programu dla wszystkich krajów regionu poniosła porażkę.

Przyjrzymy się też potencjalnym korzyściom z tego programu. Jeśli przejrzymy różnorakie rankingi, od wolnościowego indeksu Freedom House po transformacyjny indeks Bertelsmanna, od rankingu Reporterów bez Granic po zestawienie Transparency International - to zauważymy, że w tych krajach niewiele albo niemal nic się nie poprawiło.

Musimy więc przyznać po 10 latach że Partnerstwo Wschodnie, a nawet cała Europejska Polityka Sąsiedztwa poniosła porażkę. Jest martwa na wschodzie, ale i na południu. To, co się stało na południu, w Egipcie, Tunezji itd., nie ma przecież nic wspólnego z Europejską Polityką Sąsiedztwa.

Ale to nie jest najgorsza rzecz, która mogła się stać. To naturalny proces. Opracowujemy strategię, sprawdzamy ją, nie działa - to ją porzucamy. Najgorsze, co teraz moglibyśmy zrobić, to nie przyznawać się do porażki i trzymać się kurczowo tej strategii.

Dlaczego się nie udało?

- Jeśli chodzi o przyczyny porażki - to są dwie. Po pierwsze, wiarygodność oferty unijnej była za mała. Dotyczy to przede wszystkim reżimu wizowego, którego złagodzenie miałoby ogromne znaczenie. Muszę tu przyznać, że Niemcy są jednym z tych krajów, który trzymał ręce na hamulcach.

Drugi problem polega na tym, że oferta z zachętami skierowana była do krajów, a nie do ich elit. A przecież negocjujemy z prezydentem Janukowyczem albo z prezydentem Sarkasjanem z Armenii. Ich interes nie pokrywa się z interesem społeczeństwa.

To bardzo kontrowersyjne. Unia Europejska była przecież krytykowana za to właśnie, że współpracowała z władzami państw niedemokratycznych, natomiast nie ma porządnych instrumentów, które byłyby skierowane na przykład do opozycji.

- Ale takie są reguły stosunków międzynarodowych, rozmawia się z rządami. Oczywiście, możemy i powinniśmy współpracować też z organizacjami pozarządowymi. Ale proszę spojrzeć na efekty. Mamy kraje, w których jest mnóstwo NGO-sów, które żyją wyłącznie z grantów unijnych, ich zdobywanie jest ich jedynym celem, a w kraju niewiele się zmienia.

Musimy współpracować z rządami i mieć ofertę dla nich. No bo dlaczego Janukowycz miałby zrobić coś dla kraju, jeśli będzie to go kosztowało prace i zakończy jego polityczną karierę. Musimy zrozumieć, że nie da się zdemokratyzować kraju z zewnątrz. Możemy jedynie wspierać wewnętrzne ruchy demokratyzacyjne. Na tym się musimy skoncentrować. I jednocześnie mieć normalne stosunki z tymi krajami, tak jak mamy z innymi krajami w Azji czy w Afryce.

Co to znaczy "normalne"?

- Oparte na obustronnym interesie. Bez tego pouczania. Bo na razie nasze oferty są warunkowe. Coś im oferujemy, ale jednocześnie domagając się działań prodemokratycznych.

Powinniśmy działać jak Chiny?

- Jak Chiny i wiele innych krajów. Wsparcie prodemokratyczne skoncentrujmy tylko na tych krajach, w których wola zmian płynie z wewnątrz. Weźmy za przykład Mołdawię. Kraj ma wiele problemów, w tym konflikt o Naddniestrze, jednak jest tam wewnętrzny ruch demokratyczny. Od kilku lat mają też proeuropejski rząd.

Musimy współpracować z rządami, bo to oni rządzą. Jednocześnie uważam, że jeśli chodzi o społeczeństwo obywatelskie, powinniśmy otworzyć się i znieść wizy dla mieszkańców tych krajów. Powinniśmy mieć więcej stypendiów dla młodych ludzi, by zobaczyli, jak to u nas działa.

Ale to są właśnie elementy Partnerstwa Wschodniego.

- Nie. Partnerstwo Wschodnie to przede wszystkim dwustronna współpraca z rządami, reszta to jest tylko alibi. A we współpracy z rządami mamy problem, bo składamy im oferty, które są wbrew ich osobistym interesom. I to nie działa.

Czyli co to jest według pana Partnerstwo Wschodnie?

- To strategia, która zostanie pogrzebana w Wilnie.

Mówił pan o Ukrainie. Nie wierzy pan, że umowa stowarzyszeniowa Unii z Ukrainą zostanie podpisana w Wilnie.

- Myślę, że zostanie podpisana, bo obie strony potrzebują sukcesu. Ale to właśnie nazywam teatrem. Oni udają, że przestrzegają reguł, a my udajemy, że im wierzymy. Możemy się tak oszukiwać jeszcze przez kilka lat, ale to nie zmieni sytuacji.

Ale widać, że oferta unijna pozwala ukraińskim władzom uniezależnić się od rosyjskich nacisków i wpływów.

- Ale to znaczy, że Unia gra w ich grę. Janukowycz chce jak najwięcej uzyskać od obu stron, bez opowiadania się po żadnej z nich. To dobra strategia z jego perspektywy, ale my nie osiągamy naszych celów. Nie oszukujmy się: nie mamy możliwości nawrócić Janukowycza i jego oligarchów na demokrację.

Cele Partnerstwa Wschodniego są jak najbardziej właściwe, musimy tylko zmienić strategie i pomyśleć, jak możemy je osiągnąć.

Jaka jest alternatywa dla Partnerstwa Wschodniego?

- Dobre stosunki oparte na obustronnym interesie z każdym krajem, a wysiłki prodemokratyczne powinny zostać skoncentrowane na krajach, które chcą zmian. Nie ma nic złego w kupowaniu ropy z Azerbejdżanu, ale dlaczego mamy się prostytuować, głosząc przy tym, że kierujemy się naszymi wartościami. To hipokryzja.

Nie mówię, że mamy porzucić nasze wartości, ale musimy przyznać, że nie możemy zmusić innych do ich szanowania. Możemy im pomóc, jeśli chcą. To właśnie całując prezydenta Azerbejdżanu po stopach, kompromitujemy nasze wartości.

DOSTĘP PREMIUM