Pracownicy nie znajdują pracy, pracodawcy nie znajdują pracowników. Paranoja? Nie, Polakom brakuje kompetencji

Co trzeci pracodawca, który prowadzi rekrutację w swojej firmie, nie może znaleźć odpowiednich kandydatów. - To wielka porażka systemu edukacji - mówi Łukasz Komuda, ekspert Fundacji Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych. - Musimy nastawić się na to, że trzeba będzie się uczyć całe życie - przyznaje prof. Jarosław Górniak, socjolog z UJ.

We wrześniu tego roku bez pracy pozostawało ponad 2 mln zarejestrowanych bezrobotnych. Z tej masy pracodawcy nie mogą jednak wyłuskać potrzebnych pracowników. Z przygotowanego przez firmę doradczą Manpower raportu "Niedobór talentów" wynika, że co trzeci przedsiębiorca, który szukał pracowników, nie mógł znaleźć osób posiadających niezbędne na danym stanowisku kompetencje.

"Narzekanie od Dalekiego Wschodu po Stany Zjednoczone"

- To zjawisko występuje nie tylko w Polsce, ma charakter globalny. Narzekanie na niedopasowanie kompetencyjne pojawia się od Dalekiego Wschodu po Stany Zjednoczone - zaznacza jednak prof. Jarosław Górniak, socjolog i ekonomista z Centrum Ewaluacji i Analiz Polityk Publicznych UJ. - Tempo zmian gospodarczych rośnie na całym świecie i odczuwamy to na własnej skórze - dodaje nasz rozmówca.

Faktycznie, według analityków Manpower problemy ze znalezieniem kompetentnych pracowników miało 35 proc. firm na świecie. To nawet więcej niż w Polsce. Co nie oznacza, że problemu nie ma. Brak wykwalifikowanych kandydatów fatalnie wpływa na konkurencyjność firm czy kontakty z klientami. A w co czwartej firmie sprawił, że ostatecznie zatrudniono mniej ludzi niż początkowo zakładano.

Brak lekarzy, specjalistów i wykwalifikowanych robotników

Niepokojące zjawisko wydać jeszcze wyraźniej w wynikach koordynowanych przez prof. Górniaka Badań Kapitału Ludzkiego w Polsce. Pytano w nich pracodawców, czy mają kłopoty w rekrutacji pracowników. Okazało się, że w 16 na 35 kategorii zawodowych trudności zgłosiło ponad 90 proc. pytanych. I tylko w kilku miało je mniej niż trzy czwarte pracodawców.

Największy problem pracodawcy mają ze znalezieniem lekarzy, pielęgniarek, opiekunów osób starszych i chorych, pracowników usług osobistych (kosmetyczek, fryzjerów, kucharzy czy barmanów) i robotników wykwalifikowanych, zwłaszcza budowlanych. Problem jest też ze specjalistami w różnych wąskich dziedzinach. Podobne wnioski płyną z rankingu przygotowanego przez Manpower.

Ranking zawodów, w których pracodawcy zgłaszają największe trudności z rekrutacją pracowników wg ManpowerRanking zawodów, w których pracodawcy zgłaszają największe trudności z rekrutacją pracowników wg Manpower Fot. Manpower

Utyskiwania pracodawców mają ścisły związek z tym, co dzieje się na rynku pracy. Bo to właśnie w tych kategoriach zawodowych bezrobotnych jest zazwyczaj mniej niż wolnych miejsc pracy. Jak przyznaje prof. Górniak, w przypadku personelu medycznego kandydatów po prostu nie było. Wielu lekarzy emigruje za lepszą płacą. W innych deficytowych zawodach kandydaci do pracy się zgłaszali, ale mieli zbyt małe doświadczenie, a nawet motywację, choć ostatni problem dotyczy głównie robotników niewykwalifikowanych i pracowników biurowych. Największą przeszkodą jest jednak brak kompetencji zawodowych kandydatów.

"Pracodawcy nie organizują szkoleń. Nie chcą za nie płacić"

Niekoniecznie jednak odpowiadają za to sami pracownicy. Łukasz Komuda, ekspert rynku pracy Fundacji Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych, nie pozostawia wątpliwości. - To kwestia ceny. Pracodawcy nie mogą znaleźć pożądanych pracowników przy wynagrodzeniu, jakie proponują - mówi. W badaniach Randstad 37 proc. pracodawców przyznało, że miało kłopoty z pozyskaniem pracowników właśnie przez niekonkurencyjne wynagrodzenie. Ale chodzi nie tylko o pensje.

- W Polsce bardzo niewielki odsetek pracowników uczestniczy w jakichkolwiek szkoleniach, które zwiększają ich kwalifikacje. To pojedyncze procenty. Dlaczego? Pracodawcy ich nie organizują. Nie chcą za nie płacić - tłumaczy Komuda. Jego zdaniem wielu pracodawców uważa, że pracownika od początku do końca wykształcić powinno państwo. - Nigdzie na świecie tak nie ma - zaznacza nasz rozmówca.

"Kapitalizm wszędzie jest twardy"

Pracodawcy mogą mieć trochę racji. Boją się, że wyszkolony przez nich pracownik ucieknie do konkurencji lub założy własną działalność. Prof. Górniak zwraca uwagę, że problem wynika z charakteru naszej gospodarki. Przedsiębiorstwa konkurują nie produktami i usługami wymagającymi unikalnych zdolności, które mogą być użyte tylko w jednej firmie, ale niskimi kosztami pracy. Inwestycje w pracownika wciąż się nie opłacają. - To nie jest tak, że w Polsce mamy bardziej brutalnych kapitalistów. Wszędzie kapitalizm jest twardy i oparty na rachunku ekonomicznym - zaznacza prof. Górniak.

Komuda zżyma się jednak na mówienie o niskich płacach jako najważniejszej przewadze polskich przedsiębiorstw. - To jeden z najczęściej powtarzanych mitów. I to nie tylko dlatego, że nie mamy szans konkurować płacami np. z Bangladeszem, gdzie dla wielu ludzi marzeniem jest 100 dolarów wypłaty. Po prostu wysokość płac nie ma takiego znaczenia, jak wydajność, czyli ile dana osoba wypracuje. To zależy od tego, czy pracownik pracuje łopatą, czy koparką, czy jest dobrze do jej obsługi wyszkolony, czy jest dobrze zorganizowany i zmotywowany. Niemcy mają przewagę konkurencyjną nie dlatego, że zarabiają mało, albo że pracują dużo. Pracujemy dużo więcej od nich i zarabiamy dużo mniej. Ale to oni są mistrzami wydajności! Musimy przestać myśleć kategoriami "jak płacić najmniej", ale zacząć się zastanawiać, jak inwestować w ludzi - mówi.

Szkoła ma się dostosować? Niech uczy... polskiego!

Prof. Górniak podpowiada, że uniwersalnymi kompetencjami, które mogą być spożytkowane w różnych branżach, powinny zająć się szkoły. Pracodawcy tak wyposażonych kandydatów ukształtowaliby zgodnie z własnymi potrzebami, dając im unikalne, specyficzne dla firmy umiejętności. Tymczasem z uczeniem pracy zespołowej, projektowej i umiejętności interpersonalnych szkoły mierzą się od dawna. A to właśnie są największe braki kompetencyjne naszych pracowników zaraz po twardej, zawodowej wiedzy.

Jednak prowadzone przez prof. Górniaka badania krakowskiej branży informatycznej wskazują, że problem ze szkolnictwem jest dużo głębszy. - Wśród informatyków w ciągu najbliższych lat poszukiwaną kompetencją będzie umiejętność porozumiewania się w mowie i piśmie, w języku innym niż komputerowy. Już tej chwili jest to poważny deficyt w outsourcingu biznesowym. A to oznacza, że szkoła nie uczy polskiego! - wskazuje prof. Górniak. - Mówimy, że szkoła ma się dostosować do rynku pracy. A nagle okazuje się, że ona ma lepiej uczyć języka polskiego, sprawnego czytania ze zrozumieniem - zaznacza socjolog. Co prawda polscy uczniowie coraz lepiej wypadają w międzynarodowych badaniach umiejętności PISA, jednak na efekty trzeba jeszcze poczekać.

Zmienić szkoły? Rynek też się zmienia

Chcąc zracjonalizować rynek pracy, nie trzeba więc zamieniać wszystkich szkół w zawodówki. Wystarczy, by lepiej robiły to, do czego zostały powołane. Bo przykrajanie ich na siłę do potrzeb pracodawców nie musi wyjść wszystkim na dobre. - Trzeba zachować pewną ostrożność, efekt tego dostosowania przychodzi po kilku latach. A wtedy na rynku jest zupełnie inna sytuacja - wskazuje prof. Górniak. Nawet doświadczeni specjaliści od zasobów ludzkich nie chcą mówić, kto będzie potrzebny na rynku pracy za kilka lat. Nie przy dzisiejszej zmienności w gospodarce.

To może grozić wykwalifikowanym robotnikom. Od lat są w czołówce poszukiwanych pracowników. Ma to związek z jednej strony z emigracją, z drugiej z boomem inwestycyjnym, jaki przeżywa Polska. Wystarczy jednak zamknięcie kilku rządowych projektów infrastrukturalnych i przymknięcie kurka pieniędzy z Brukseli, a popyt np. na budowlańców spadnie. Prof. Górniak przypomina, że tak było w Hiszpanii, gdzie kryzys doprowadził do gwałtownego załamania rynku nieruchomości i wzrostu bezrobocia. Gdybyśmy teraz nastawili polską edukację na kształcenie tysięcy wykwalifikowanych robotników, nikt nie da gwarancji, że po ukończeniu szkoły ktokolwiek będzie ich jeszcze potrzebował.

"Myśleliśmy, że wszyscy możemy zostać menedżerami. To porażka naszej edukacji"

Nie oznacza to jednak, że model polskiego szkolnictwa, przede wszystkim wyższego, nie wymaga korekty. Wystarczy spojrzeć na czołówkę listy zawodów zmagających się z bezrobociem według Ministerstwa Pracy. Znajdziemy tam teologów, politologów, filologów, geografów, socjologów i matematyków. - Na początku lat 90. uznaliśmy, że wszyscy będziemy pracować przy komputerach. Kompletnie zaniedbaliśmy kształcenie zawodowe, myśląc, że wszyscy możemy zostać menedżerami i prawnikami - mówi Komuda. - Niestety, nie ma takiej gospodarki. Nawet w Szwajcarii. To wielka porażka naszego systemu edukacji. Teraz pijemy piwo, które zaczęliśmy warzyć ćwierć wieku temu - zauważa.

Komuda zwraca uwagę na doradztwo zawodowe, które choć formalnie istnieje, to niemal nie funkcjonuje, bo odpowiada za nie kilkanaście nieskoordynowanych instytucji. Podejmując decyzje edukacyjne i zawodowe, jesteśmy zdani na siebie. - Myśląc o ścieżce zawodowej, bazujemy na serialach telewizyjnych, stereotypach, na przeświadczeniu, że jakoś tam będzie - mówi analityk. Choć coś się zmienia. Coraz głośniej mówi się o potrzebie naprawy szkolnictwa zawodowego. W tym roku pojawiły się też doniesienia, że nawet najlepsze uczelnie publiczne miały problem z rekrutacją studentów na niektóre kierunki humanistyczne i społeczne.

Doradztwo zawodowe w szkołach to fikcja. "Mamy dużo wykształconych ludzi i nic z tego nie wynika" >>>

Zmiany zachodzą jednak powoli. Komuda radzi, by spojrzeć na najbardziej oblegane kierunki podczas tegorocznej rekrutacji na UW. W czołówce dziennikarstwo, filologia, psychologia i ekonomia. - Paranoja - kwituje. Jego zdaniem studenci dziennikarstwa muszą być przekonani, że pokonają na rynku tysiące bezrobotnych pracowników mediów, albo przygotowani na to, że sami będą bezrobotni. Podobnie ekonomiści, którzy są jedną z największych grup klientów warszawskich urzędów pracy.

Jest źle, będzie gorzej, ale duch nie gaśnie

Pozostajemy jednak optymistami, co wynika z badań analityków Randstad. Mimo wyraźnego spadkowego trendu wciąż ponad 70 proc. Polaków jest przekonanych, że w ciągu pół roku znajdzie pracę. A 64 proc. uważa, że będzie to praca porównywalna do dotychczasowej. I choć dość zgodnie przewidujemy, że wymagania w naszej pracy zwiększą się w najbliższych latach, tylko co trzeci pracownik przyznaje, że może im nie podołać.

- Musimy nastawić się na to, że trzeba będzie się uczyć. To nie jest tak, że raz zdobyta wiedza starczy nam na całe życie - mówi prof. Górniak. - Zwłaszcza młodzi ludzie muszą wiedzieć, że ważne jest zdobywanie doświadczenia zawodowego, bo wiele kompetencji nabywa się dopiero w toku pracy - dodaje. Socjolog przypomina też, że pracę zmieniać będziemy wielokrotnie. - Ważne, by z każdej wyjść bogatszym o pewne konkurencyjne kompetencje - podkreśla.

DOSTĘP PREMIUM