"Takich podziałów jak dziś nie pamiętam nawet z czasów zatęchłej komuny" [PUBLICYŚCI]

- Politycy zawsze się kłócili. Gorsze jest to, że zwykli ludzie, którzy słuchają polityków, zaczynają przejmować ich język. Mówią o każdym, kto myśli inaczej, że jest wrogiem, człowiekiem bez zasad, moralności. Że nie jest patriotą - mówiła w TOK FM Renata Kim. - To karykatura debaty publicznej - dodał dr Robert Sobiech. Czy podziały polityczne w Polsce przekroczyły granicę rozsądku?

Czy rok 2013 zapamiętamy jako pełen ostrych sporów? Taki obraz wyłania się z dzisiejszej dyskusji publicystów w "Poranku TOK FM".

- Takich podziałów, jakie są teraz, nie pamiętam nawet z czasów zatęchłej komuny - mówił Andrzej Bober, dziennikarz i publicysta. - To odstraszające i zniechęcające do brania udziału w życiu publicznym. Zamieszanie robią politycy. Trochę mi żal, że mój syn i wnuk będą żyli w Polsce, gdzie nastroje nienawiści jednych grup do drugich są o wiele większe niż za moich czasów - stwierdził.

Jak dodał socjolog z UW dr Robert Sobiech, podziały i konflikty są normalne w demokracji. - Niektórzy odwołują się do tego, co pamiętają z PRL. Tej sztucznej jedności. Ale to była fikcja, podziały były, tylko pod pokrywką. Jak patrzymy na wszystkie ostre debaty, to możemy zapytać: gdzie ta spójność? To już nie wróci - mówił w TOK FM dr Sobiech.

Przeciwnik nie ma prawa do udziału w życiu publicznym

Jego zdaniem charakterystyczne dla polskiej rywalizacji jest wzajemne wykluczanie. - Przeciwnikowi odmawia się prawa do udziału w życiu publicznym. To myślenie na zasadzie: "Jak my dojdziemy do władzy, to zrobimy porządek, bójcie się" - opisywał socjolog. - To wszystko dzieje się w tej Polsce, w której powtarza się już do znudzenia, że mamy niski kapitał społeczny, brak więzi między ludźmi, brak zaufania. W dłuższej perspektywie to ma bardzo istotne konsekwencje: ludzie wchodzą - jak za PRL - w nisze, w rodzinę, krąg znajomych. Nie uznają tego, co jest na zewnątrz w polityce, bo uważają, że ci, którzy coś robią w życiu publicznym, "mają w tym jakiś interes". Stąd niski poziom zaufania publicznego. To jest jedna z kluczowych blokad rozwojowych - podkreślał.

Cała nadzieja w młodych

- Cała nadzieja w młodych. Ich nasze spory nie interesują. Nadzieja w tym, że uda się nie zaszczepić w nich tej wrogości - uważa Renata Kim. - Niepokojące jest coś innego. Moim zdaniem to zeszło na poziom codzienny. Bo politycy zawsze się kłócili, gorsze jest to, że zwykli ludzie, którzy słuchają polityków, zaczynają przejmować ich język. Mówią o każdym, kto myśli inaczej, że jest wrogiem; człowiekiem bez zasad, moralności i nie jest patriotą - dodała dziennikarka "Newsweeka".

- A ja uważam, że to źle, że młodzi ludzie nie mają tych emocji politycznych - nie zgodził się Jan Wróbel. - Tak, ale ciągle wracamy do tego, czy spór w polityce musi oznaczać spór radykalny, wojnę domową? - pytał Sobiech. - To karykatura debaty publicznej. Bo w takiej sytuacji warto zadać sobie pytanie: Po co nam politycy? Po co ich utrzymywać? Są na samym końcu drabiny zaufania społecznego - stwierdził.

"Mam pretensje do dziennikarzy"

- Mam natomiast pretensje do dziennikarzy, którzy w świadomy sposób podgrzewają atmosferę - skrytykował Andrzej Bober. - Zapraszają do studia dwie-trzy osoby, o których wiedzą, że mają radykalnie różne poglądy. Widzę upadek dziennikarstwa jako takiego, oczywiście ten upadek ma chlubne wyjątki. Klasa dziennikarska się bardzo nie sprawdza - ocenia.

DOSTĘP PREMIUM