Ratownik: Ludzie toną, bo jezioro wydaje im się kałużą [WYWIAD]

- Ludzie zaczynają postrzegać duży zbiornik wodny jako małą kałużę. I wychodzą z założenia: ja nie dopłynę na środek albo na drugą stronę? I niestety często zdarza się, że taka osoba nie dopływa - mówi Robert Wawruch, ratownik, prezes rejonowego oddziału Wojewódzkiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego w Lublinie.

Zbliżamy się do półmetka wakacji, wielu z nas wypoczywa nad wodą. I, niestety coraz więcej jest informacji o utonięciach w Polsce. Z jednej strony, na części akwenów brakuje ratowników, bo nikt nie chce ich zatrudnić. Z drugiej strony, brawurą i brakiem rozsądku wykazują się sami plażowicze. O tym w rozmowie z Robertem Wawruchem, ratownikiem, prezesem rejonowego oddziału Wojewódzkiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego w Lublinie.

Anna Gmiterek-Zabłocka, TOK FM: Jak to jest, że ratownik, który pilnuje często kilkuset osób, jest w stanie wyłapać, że coś jest nie tak?

Robert Wawruch, ratownik, prezes WOPR w Lublinie: W doświadczeniu, ale i w sposobie patrzenia na masę ludzi, którzy są w wodzie. Doświadczony ratownik potrafi w tej masie wyłowić niestandardowe, nietypowe zachowania, odbiegające od zachowań pozostałych kąpiących się. Ale to nie jest tak, że się siada nad brzegiem i widzi. Trzeba trochę posiedzieć nad wodą, żeby nauczyć się patrzeć, żeby widzieć to, czego inni nie widzą.

W ostatnich dniach wspólnie m.in. z policją jeździł pan po akwenach na Lubelszczyźnie, żeby sprawdzać, czy jest bezpiecznie, czy są ratownicy. I wiem, że w części miejsc ratowników brakuje, a przy jednym ze zbiorników - pod Chełmem zrobił pan pewne wiele mówiące zdjęcie.

- Tak, na tym zdjęciu widać w jednym miejscu dwie karteczki: jedna to kąpielisko niestrzeżone, a druga - zakaz kąpieli. Dobrze by było, aby zarządca tego terenu zdecydował się, który z tych komunikatów ma dotrzeć do ludzi. Można się tu kąpać czy też nie? Poza tym nie istnieje coś takiego jak "kąpielisko niestrzeżone", bo jeśli używamy nazwy "kąpielisko", to kryje się za tym określona infrastruktura, łącznie z ratownikami, którzy takiego kąpieliska pilnują.

Samorządy cały czas oszczędzają na ratownikach? Mówił mi pan, że są miejsca pięknie wyposażone, nowoczesne, tylko nikt nie pilnuje kąpiących się.

- Dokładnie tak. Niektórzy wychodzą z założenia, że pieniądze są cenniejsze niż ludzkie życie. Bardzo często zdarza się, że na miejscu jest piękna plaża, ławeczki, ogrodzenie, są kosze i wiaty, wydano na to np. niemałe unijne pieniądze. Infrastruktura zaprasza do tego, aby tam przyjechać, tyle że nie ma ratowników, bo zabrakło pieniędzy na zatrudnienie ludzi, którzy odpowiadają za rzecz najważniejszą - bezpieczeństwo osób, które się tam zaprasza.

Unijne pieniądze udało się zagospodarować, ale na tym koniec?

- Tak. A cały problem w tym, że zatrudnienie ludzi to zadanie własne gminy i trzeba byłoby w budżecie przewidzieć środki na zatrudnienie minimum dwóch ratowników do strzeżenia bezpieczeństwa. A pieniędzy nie ma. Myślę, że wszyscy znają ten problem, tylko nie wszyscy chcą go zrozumieć.

Może problemem jest po prostu to, że ani WOPR, ani policja, ani urzędnicy - nikt nie może takiego dajmy na to wójta ukarać. Jakby była kara za brak ratowników przy akwenie wodnym, pewnie byłoby inaczej?

- Na pewno tak, to prawda, każda kara działa na wyobraźnię. A tutaj niestety w pewnym momencie może się pojawić prokurator, gdy dojdzie do tragicznego zdarzenia, gdy ktoś utonie. I zapyta, dlaczego teren nie był strzeżony, skoro gestor tego terenu miał obowiązek zapewnić bezpieczeństwo osobom kąpiącym się tam. I tu konsekwencje będę na pewno dużo gorsze, dużo poważniejsze niż jakikolwiek mandat.

Czy na tych kąpieliskach, które kontrolowaliście, przy tych zbiornikach wypoczywało dużo ludzi, nawet tam, gdzie nie było ratowników?

- Nigdzie nie było tak, że byłoby pusto. Czasem kilkadziesiąt osób wypoczywało, czasem kilkaset i jednocześnie nie było nikogo, kto by ich pilnował.

Co mówią wójtowie, z którymi rozmawiacie? Uparcie twierdzą, że to braki w kasie?

- Niestety, najczęściej wykładany jest ten właśnie argument. I jeszcze, że szukali ratowników, ale nie znaleźli.

Ale zauważa pan, że są takie samorządy, które co roku powtarzają to samo?

- Oczywiście, że tak. Nie chcę wytykać bezpośrednio, ale są takie przypadki. Z drugiej strony myślę, że jednak coś się zmienia, że trochę trafiamy do osób zarządzających obszarami wodnymi. Coraz bardziej rozumieją, że jest prawo, którego trzeba przestrzegać.

A prawo mówi, że na kąpielisku ma być ilu ratowników?

- W prawie jest rozgraniczenie między kąpieliskiem a miejscem wyznaczonym do kąpieli. I na takim miejscu ma być zatrudnionych minimum dwóch ratowników wodnych. Ale jest jeszcze jeden przepis, który mówi o tym, że gestorzy takich miejsc powinni mieć sporządzoną analizę zagrożeń. I ta analiza określa optymalną liczbę ratowników, bo często dwie osoby to za mało.

Załóżmy, że kąpielisko jest niewielkie, dwóch ratowników wystarczy. Jakiego rzędu są to koszty, ich zatrudnienie?

- Nie są pieniądze, które załamałyby budżet danej gminy. Jeden ratownik może zarobić 2 tys. zł netto. Do tego wypadałoby, żeby gdzieś spał i coś jadł, co trzeba mu zagwarantować. I tak obliczając, jest to parę tysięcy na miesiąc w budżecie gminy, która często z turystyki czerpie przecież niemałe dochody. Zmiana mentalności - tu najbardziej musimy pracować. Żeby wszyscy rozumieli, że zatrudnienie ratowników to inwestycja w atrakcyjność danego miejsca. Bo miejsce, które jest pilnowane, bezpieczne, jest miejscem bardziej atrakcyjnym od tego, gdzie jest dzicz i wszystko może się zdarzyć.

Powiedział pan o grzechach samorządowców, przejdźmy teraz do zachowań samych kąpiących się.

- Niezmiennie, najpoważniejszy problem to ogólnodostępny alkohol. Ja rozumiem, że ktoś ciężko pracuje, cały rok, jedzie na urlop, chce wypić piwo. Ale tu niestety pojawia się często brak rozsądku, brak myślenia, brawura. Nikt nie przewiduje konsekwencji. Każdy myśli: mnie to nie dotyczy, mnie się nic nie stanie. I moim zdaniem, te około 500 osób, które rocznie toną w Polsce, to ci, którzy mogli tak myśleć: dlaczego ja mam być tą osobą, której może się coś stać?

Ale te zachowania, gdzie pojawia się brak rozsądku, to są jakie zachowania?

- Ludzie zaczynają postrzegać duży zbiornik wodny jako małą kałużę. I wychodzą z założenia: ja nie dopłynę na środek albo na drugą stronę? I niestety często zdarza się, że taka osoba nie dopływa. Często nie jesteśmy realnie ocenić zagrożenia i niebezpieczeństwa, a po drugie wydolność organizmu po alkoholu przecież maleje.

Co z dziećmi nad wodą? Co by pan radził?

- Dzieci nie są w stanie ocenić ryzyka, od tego są dorośli. Najważniejsza zasada - dzieci muszą wiedzieć, że nic nie robią same. Przede wszystkim, jeśli chcą wejść do wody, mają o tym powiedzieć, by dorosły mógł dziecko obserwować. Jeśli chcą wyjść, też powinny poinformować. Woda jest fajnym miejscem do wypoczynku, ale trzeba przestrzegać pewnych zasad.

Wiem, że sporym problemem są materace czy dmuchane zabawki dzieci.

- Materac jest niebezpieczny, ponieważ zapewnia tylko złudną stabilność na wodzie, bo z niego jest bardzo łatwo spaść. Było wiele przypadków utonięć, gdy ktoś z materaca spadał, często do głębokiej wody. Materac się przechyla, przełamuje. Z drugiej strony, spotykałem ludzi na środku jeziora, którym udało się zasnąć na materacu i fala ich poniosła daleko od brzegu. I jak nas zobaczyli, ratowników, to byli zdziwieni, gdzie oni są. Materac czy dmuchany krokodyl nie jest sprzętem pływającym. Jeśli chcemy się nim bawić czy pozwalamy na zabawę dzieciom, to tylko w miejscu, gdzie mamy dno.

DOSTĘP PREMIUM