"U nas w kościele, na weselu śpiewa się okropnie. Ludzie kochani. Jesteśmy najgorsi. Dlaczego, na miłość boską?" Wodeckiego u Łasiczki poniosło. Część wywiadu zanucił

- Jeśli posłuchać, jak w cerkwiach śpiewają, jak Czesi potrafią śpiewać czy Niemcy, to... jesteśmy najgorsi. Dlaczego, na miłość boską? - pytał Zbigniew Wodecki. Karierę solisty zaczynał blisko 40 lat temu płytą "Zbigniew Wodecki". - Sukcesem tego przedsięwzięcia było to, że zdjęcie na okładkę zrobił mi Zbigniew Łagocki, który fotografował Ewę Demarczyk - wspominał w TOK FM. "Szpaniaste" okulary ze słynnego zdjęcia kupił we Włoszech, "za wszystkie diety" z tournée z krakowską orkiestrą symfoniczną.

Chcesz wiedzieć szybciej? Polub nas Płyta zyskała drugie życie dzięki spotkaniu z formacją Mitch & Mitch. 15 maja odbyła się premiera płyty i DVD "1976 - A Space Odyssey", z koncertu na OFF Festivalu.

- Strasznie się bałem tego koncertu. Przyjechało tam mnóstwo znajomych, między innymi moja córka z zięciem Anglikiem. A tu ja ze swoimi balladami i 50 tys. ludzi. Mitchom się ta moja muzyka spodobała. A ja wtedy kompletnie nie wiedziałem, co to za ludzie. Jak ich poznałem - byłem w szoku, i jestem do dziś. To była świetna zabawa.

 

Cezary Łasiczka: Zirytowałem się, jak dowiedziałem się, że ktoś odważył się dotykać tej kultowej płyty. Ani jednej nutki bym nie zmieniał. Dotykać się takiej płyty to grzech!

Zbigniew Wodecki: Pan ją nazywa kultową? Ale ona została bardzo mało zmieniona. Ciągle powtarzam, że ta płyta, nagrana prawie 40 lat temu, nie jest niczym specjalnym. Nagrałem ją dzięki koledze gitarzyście, którego poznałem, jak przyjechał do Piwnicy pod Baranami. Grałem tam na skrzypkach z Ewą Demarczyk i młodym Markiem Grechutą. Miałem 16-17 lat, paliliśmy Sporty, piliśmy czystą wódkę.

Po latach kolega gitarzysta zaproponował nagranie płyty, pamiętał, że coś tam sobie pod nosem nuciłem. Nie miałem repertuaru, ale koledzy napisali piosenki.

Sukcesem tego przedsięwzięcia było to, że zdjęcie na okładkę zrobił mi Zbigniew Łagocki, który fotografował Ewę Demarczyk. To była najwyższa półka!

To zdjęcie to kwintesencja lat 70. ta muszka, okulary...

- Okulary mają swoją historię. Ciężkie, duże, "szpaniaste" na tamte czasy. Kupiłem je za wszystkie odłożone diety, jak pojechaliśmy z krakowską orkiestrą symfoniczną do Włoch. W Rzymie wypatrzyłem te okulary. To był duży wydatek, bo za te pieniądze w sklepach Pewexu można było kupić szynkę konserwową. Zrezygnowałem więc z szynki, ortalionu i koszuli non-iron.

Kiedy robiono to zdjęcie, miałem ospę, ale mistrz Łagocki tak zrobił zdjęcie, że wyszło dobrze. A nie było Photoshopa!

"Muzyczne ksero"

Teraz z muzyką jest jak z Photoshopem. Nawet nie trzeba umieć śpiewać. Są narzędzia, które potrafią z każdego zrobić świetnego wokalistę. Ale tylko na płycie, gorzej, jak się śpiewa na żywo. Wtedy było inaczej. Trzeba było zagrać i zaśpiewać, bo taśma była droga, nie było czasu ani pieniędzy.

- Technologia ma dobre i złe strony. To rewelacja, że "stopę" można sobie nagrać w Ciechocinku, a gitarę w Nowym Jorku. Ale z drugiej strony to powoduje, że mamy do czynienia z pewnego rodzaju kserem muzycznym.

Dobrze o tym powiedział Włodzimierz Korcz, pytany na festiwalu w Opolu, dlaczego ludzie do dziś pamiętają piosenki sprzed 40-50 lat, a nie dzisiejsze przeboje. Niech pan zaśpiewa jakiś przebój z ubiegłorocznego festiwalu... Korcz powiedział, że kiedyś piosenki się komponowało, a dziś się produkuje. Może dlatego muzyka dziś straciła duszę?

Będę nudził, ale słuchania muzyki trzeba się nauczyć. Ja też musiałem się tego nauczyć. A przecież jestem zawodowym muzykiem, którego od piątego roku życia tłukli po głowie, żeby się uczyć Beethovena.

Ale współczesna polska szkoła zapomniała o muzyce. Przez to mamy dziś pokolenie, które nie wie, czego słucha.

- Jeśli posłuchamy, jak śpiewa się w cerkwiach, jak potrafią śpiewać Czesi czy Niemcy i porówna się to z tym, jak u nas się śpiewa w kościele, na weselu, to krew się leje, ludzie kochani. Jesteśmy najgorsi. Dlaczego, na miłość boską?

Czego by nie mówić o komunie, to wtedy w telewizji, w czasie najlepszej oglądalności, można było obejrzeć relacje z Festiwalu im. Henryka Wieniawskiego, Fryderyka Chopina. Wiem, że mówię o sprawach nieosiągalnych, bo dziś rządzi pieniądz. I wszystko musi się sprzedać.

Osiągnęliśmy wolność, a śpiewamy coraz bardziej nieczysto. Doszedłem do wniosku, że piłkarze zaczną wygrywać, jak nasi kibice będą czysto śpiewali. Na razie się drą.

Może warto byłoby wprowadzić do szkół nie tylko lekcje umuzykalniania, ale słuchania, patrzenia. Trzeba nauczyć się, co jest dobre, a kiedy nas wpuszczają w maliny. Że nie wolno prosić Pietera Bruegla o pomalowanie chałupy na niebiesko. By odróżnić dobre malarstwo od jeleni na rykowisku, trzeba się tego nauczyć.

Ale jest światełko w tunelu. Powstają nowe sale koncertowe, projektowane przez świetnych architektów. Bałem się, że ludzie tam nie będą chodzić. Ale chodzą. O bilety na "Mesjasza" Haendla w sali Narodowej Orkiestry Symfonicznej PR musiałem prosić dyr. Asię Wnuk-Nazarową. Bo nie można było kupić!

To, co było złe, staje się coraz lepsze. Na przykład Eurowizja zaczyna stawać na nogi, jeśli chodzi o harmonię. Więcej muzyki się tam pokazuje. Fantastycznie, że nasza Moniczka dotarła do finału.

Zbigniew Wodecki sojusznikiem osób LGBT. "Myślę, że moi fani nie mają z tym problemu">>>

DOSTĘP PREMIUM