Garnki już były. Ale jest nowy sposób. Abonamenty medyczne

Już nie koce, już nie garnki - teraz sprzedaje się abonamenty medyczne. Rośnie liczba osób, które na specjalnych spotkaniach podpisują umowy na pakiety medyczne. Wielu z nich pozbywa się w ten sposób oszczędności.

Wszystko zaczyna się od telefonu. W nazwie niektórych przedsiębiorstw pojawiają się np. imiona świętych lub apostołów, co wzbudza zaufanie. - Było blisko, to poszłam - mówi 84- letnia Teresa* z Warszawy w rozmowie z TOK FM. - Mój błąd polegał na tym, że w trakcie spotkania podniosłam rękę. O coś chciałam zapytać i wtedy się zaczęło. Już się mną wyjątkowo zainteresowali. Jak się skończyło spotkanie, od razu podeszli i przekonywali. Tylko mnie - kobieta dała się namówić na "superpromocję" oferowaną przez Ogólnopolskie Centrum Medyczne Świętego Łukasza.

Z klientem do banku

Abonament na trzy lata miał kosztować 5,5 tys. zł. Płatne z góry. - Powiedzieli, że ta promocyjna oferta obowiązuje tylko wtedy, jak się natychmiast zdecyduję - relacjonuje kobieta i dodaje, że nie miała pieniędzy przy sobie. Pracownik OCM św. Łukasza okazał się wyjątkowo pomocny. Poszedł z panią Teresą do domu. Wziął 1500 zł w gotówce, a potem towarzyszył 84-latce w drodze do banku. - Powiedział, że zaczeka na ulicy. Wypłaciłam z konta 4 tysiące - relacjonuje pani Teresa.

Wyszła z banku i oddała pieniądze pracownikowi firmy. Nie dostała pokwitowania ani jakiegokolwiek dokumentu potwierdzającego przyjęcie pieniędzy. Usłyszała, że za półtorej godziny ktoś do niej przyjedzie z umową.

Gdzie jest umowa

Dziś kobieta sama się dziwi, że tak się dała zmanipulować. - Ale ta pani, która prowadziła spotkanie, była tak przekonująca... Wszystko pięknie nam opowiedziała - mówi. Pani Teresa przekazała pieniądze, wróciła do domu i czekała. Obiecane półtorej godziny minęło, a z OCM nikt nie przychodził. - Byłam taka zdenerwowana. Uświadomiłam sobie, co zrobiłam. Wydałam całe oszczędności. Wiele lat odkładałam. Mam 900 złotych emerytury. Wsiadłam w taksówkę i pojechałam do domu kultury, w którym odbywało się spotkanie - relacjonuje. Pracownicy firmy byli jeszcze na miejscu, wypisali wszystkie dokumenty. - Chciałam im powiedzieć, żeby mi oddali pieniądze, ale bałam się. Byłam pewna, że oni nie ustąpią - mówi kobieta.

Ich ustawa nie dotyczy

Pani Teresa podpisała dokumenty, a nawet własnoręcznie napisała, że się z nimi zapoznała i wie, z czym się to wiąże. Pytamy, czy rzeczywiście czytała dokładnie umowę. - Z domu wyjechałam w takich nerwach, że nawet nie wzięłam ze sobą okularów. Oni to wiedzieli. Jeden z pracowników coś mi dyktował, a ja pisałam, co mi kazał - mówi kobieta. Wróciła do domu i - jak mówi - zrozumiała, że to nie był interes życia.

Kilka dni później, po namowach bliskich, zgłosiła się do Centrum Medycznego. Poprosiła o odstąpienie od umowy. Teoretycznie nie powinno być z tym problemów. Umowę podpisała poza siedzibą przedsiębiorstwa, więc zgodnie z prawem konsumenckim w ciągu 14 dni może od niej odstąpić. Nie musi nawet podawać przyczyn.

OCM Świętego Łukasza stwierdził, że ich to prawo nie dotyczy.

Nic tu nie jest precyzyjne

Są przepisy, które wskazują, że ustawy o prawach konsumentów nie stosuje się do usług medycznych. Problem w tym, że nie dotyczą wszystkich, którzy działają w branży medycznej. Eksperci są zgodni: Ogólnopolskie Centrum Medyczne Świętego Łukasza nie ma podstaw, by się tymi przepisami zasłaniać.

Jest luka i są firmy, które ją wykorzystują

- Wykorzystują przepisy, których nie rozumieją i których nie przeanalizowali - mówi o działaniach OCM Małgorzata Rothert, miejski rzecznik konsumenta w Warszawie.

Jej zdaniem w takich sytuacjach możemy mówić o stosowaniu nieuczciwych praktyk rynkowych. Rothert podkreśla, że to nie pierwsza skarga na OCM, ale na rynku działają już dziesiątki tego typu firm.

Działalność większości z nich ma ofertę dla osób starszych. - Przychodzą osoby w bardzo podeszłym wieku. Niedowidzące, niedosłyszące, z poważnymi zaburzeniami - mówi Rothert i dodaje, że wysyłali do OCM pisma, ale spółka nie reaguje. Dlatego rzecznik konsumenta nie wyklucza, że w najbliższym czasie sprawa trafi do sądu.

Opinie nie pozostawiają wątpliwości

Ministerstwo Zdrowia w swojej opinii na temat tego typu usług zwraca uwagę, że oferując tego typu abonamenty przedsiębiorca jedynie pośredniczy między pacjentem a przychodnią. Odnosząc to do historii pani Teresy oznaczałoby to, że prawo konsumenckie musi mieć zastosowanie i kobieta może odstąpić od umowy w ciągu 14 dni. Po drugie, resort zaznacza, że jeśli ktoś chce uchodzić za podmiot świadczący usługi medyczne, to powinien być wpisany do rejestru podmiotów leczniczych. Jeśli nie ma takiego wpisu, a prowadzi działalność leczniczą, to łamie prawo i powinien zostać ukarany.

Jeszcze dalej idzie UOKIK. Stwierdza wprost, że prawa konsumenckiego nie trzeba stosować, gdy mamy do czynienia z publiczną służbą zdrowia. "Wyłączenie to nie odnosi się do umów dotyczących opieki zdrowotnej oferowanych przez prywatne podmioty świadczące opiekę zdrowotną, która nie jest finansowana ze środków publicznych, a konsument pokrywa jej koszt bezpośrednio np. w ramach tzw. abonamentu" - czytamy w oświadczeniu.

Miejskiego rzecznika konsumentów pytaliśmy o praktyki stosowane przez OCM Świętego Łukasza. Chodziło na przykład o fakt, że pracownik firmy przychodzi z klientką do domu po pieniądze. - Ja bym to nazwała agresywną praktyką rynkową, która też jest opisana w przepisach. Tego typu zachowania są niedopuszczalne - mówi Rothert. Jej zdaniem podobne schematy powtarzają się w wielu sprawach dotyczących nie tylko tej firmy, ale innych działających na podobnych zasadach.

Jak firma to tłumaczy?

Wysłaliśmy do OCM Świętego Łukasza szereg pytań. Przedsiębiorstwo zapewnia, że nie ma sobie nic do zarzucenia, że postępuje zgodnie z prawem . Sprawę wizyty pracownika centrum w domu pani Teresa tłumaczy tym, że to kobieta prosiła o pomoc. Twierdzą, że dokumenty potwierdzające wpłatę były kobiecie wydane natychmiast, choć kobieta zapewnia, że musiała sama po nie pojechać i otrzymała dokumenty po kilku godzinach.

Zapewniają też, że nie znają stanowiska UOKIK oraz Ministerstwa Zdrowia (przekazaliśmy im te stanowiska, ale nie ustosunkowali się do nich). Spółka twierdzi, że racja jest po jej stronie, i że ustawy o prawach konsumentów nie musi stosować.

Nasza interwencja w sprawie pani Teresy wywołała natychmiastową reakcję spółki. W mailu otrzymaliśmy zapewnienie, że sprawa nie jest zakończona i reklamacja kobiety będzie jeszcze rozpatrywana.

Przed naszą interwencją nie mieli zamiaru uwzględniać argumentów kobiety i sprawa wyglądała na zakończoną. Przypomnijmy, że spółka odmówiła odstąpienia od umowy i przez kilka tygodni w tej sprawie nic się nie działo. Podczas rozmów telefonicznych z nami przedstawiciel OCM Świętego Łukasza podkreślał, że nie chce, by publikacja się ukazała i jest w stanie coś w sprawie pani Teresy zrobić. Nie padła jednak deklaracja, że inni klienci też będą mogli liczyć na podobne traktowanie i stosowanie wobec nich przepisów ustawy o prawach konsumenta.

Zamknąć usta

Kilka dni później otrzymaliśmy pismo z OCM Świętego Łukasza. Firma informuje, że rozwiązała umowę i wypłaciła kobiecie pieniądze - zamiast 5500 zł - 5000. Co stało się z resztą? Firma wyjaśnia, że zrobiono kompleksowy panel badań przesiewowych. Ich koszt plus wizyta pielęgniarki to ok. 500 zł.

Kobieta oprócz dokumentów o odstąpieniu od umowy dostała do podpisania jeszcze oświadczenie. Wynika z niego, że wycofuje wszystko, co nam powiedziała. W umowie jest też zawarta adnotacja, że fakt podpisania umowy oraz przebieg jej podpisywania musi pozostać tajny.

* Imię bohaterki zmieniliśmy, bo firma kazała kobiecie podpisać oświadczenie i wycofać wszystko, co powiedziała w rozmowie z nami.

DOSTĘP PREMIUM

DOSTĘP PREMIUM