Lekarka pracująca od lat w Syrii: ?Nawet jak się nie płacze łzami, to nie znaczy, że nie płacze się w ogóle"

?Dzieci w Syrii, które trafiają do mnie do gabinetu, mają smutne twarze. Coraz więcej mamy w Syrii półsierot albo sierot. Niektóre z tych dzieci mówią, że tata już nie wróci, zginął. To są urazy, które zostaną na całe życie" - mówi w rozmowie z TOK FM pani Zofia, polska lekarka, pediatra, rehabilitant, która ponad 30 lat temu razem z mężem Syryjczykiem zamieszkała w Syrii. W tej chwili na kilka tygodni przyjechała do Polski. Ale wraca.

TOK FM: Ponad 30 lat temu wyjechała pani do Syrii. Miało być na chwilę, ale została tam pani. Teraz przyjechała pani do Polski? Dlaczego?

Pani Zofia (nie chce podawać nazwiska): Przyjechałam kontynuować swoje kontakty z placówkami naukowymi. Zajmuję się terapią, rehabilitacją, która się nazywa metodą Vojty. Od wielu lat mam stały kontakt z fundacją "Promyk słońca" z Wrocławia i w tej chwili to też przesądziło o dacie mojego przyjazdu tutaj. Przyjechałam na kursy, które były zorganizowane.

Mieszka pani w Latakii, mieście, w którym do pewnego momentu było jeszcze bezpiecznie, ale w tej chwili już nie jest: latają rakiety, są wybuchy. Ten przyjazd do Polski to taka trochę ucieczka z Syrii?

- Nie, w moim przypadku to nie jest ucieczka. Chociaż rzeczywiście z Syrii ucieka bardzo dużo ludzi: młodzi mężczyźni uciekają przed wojskiem, a poza tym uciekają, by zamieszkać w kraju, który jest bezpieczny i sprowadzić tam swoje rodziny. Znam wiele osób z mojego najbliższego kręgu, które wyjechały do Szwecji albo do Niemiec i w tej chwili już tam sprowadzili swoje rodziny. Chodzi o to, by je chronić od wielkiego szoku wojennego.

Wojna to ogromny stres. Ja mieszkam w Latakii, miejscowości, która niewiele ucierpiała w porównaniu ze stratami w Damaszku czy Aleppo. Straty materialne są niewielkie, natomiast ogromne są straty w ludziach. Właściwie nie ma w Syrii rodziny, która by kogoś nie straciła. Coraz mniej jest mężczyzn, a są okolice, w których w ogóle już w tej chwili ich nie ma. A największe straty zobaczymy wtedy, gdy to wszystko, co się tam dzieje, się zatrzyma. Wtedy zobaczymy ogrom ludzkich tragedii: procent inwalidztwa, urazy psychiczne.

Pani jest lekarzem, pediatrą, rehabilitantem, cały czas czynnym zawodowo, przyjmuje pani w swoim gabinecie. Miała pani już takie wojenne doświadczenia?

- Pamiętam młodego człowieka, który przyszedł do mnie z roczną dziewczynką. Chciałam mu powiedzieć, wyjaśnić, że córeczka potrzebuje kontroli, opieki. Ale nie było w ogóle możliwości kontaktu z nim - był w gabinecie, ale jakby go nie było. Był roztrzęsiony, szukający oczami, skąd spadnie na niego bomba.

Inni pacjenci, którzy ucierpieli?

- Jest ich bardzo dużo. Przede wszystkim widzę, że coraz więcej mamy w Syrii półsierot albo sierot. Przychodzą do mnie dzieci, które mają smutne twarze. Dziecko, które ma kilka lat i które w ogóle nie potrafi się uśmiechnąć. Rozumiem, że w gabinecie lekarskim dzieci mogą płakać, ale za chwilę po badaniu to wszystko przechodzi, dziecko normalnie się uśmiecha. A tu jest inaczej - smutne twarze dziecięce są nie do przeżycia. Niektóre z tych dzieci mówią, że tata już nie wróci, zginął. To są urazy, które zostaną na całe życie.

Ta miejscowość, w której pani mieszka, to duże miasto?

- Latakia jest czwartym co do wielkości miastem, przed wojną miała 600 tysięcy mieszkańców. W tej chwili jest ponad milion ludzi, w tym przesiedleńcy z innych regionów Syrii, którzy tu uciekli. Każdy próbuje znaleźć źródło, z którego może żyć. A wojna sprzyja na przykład kradzieżom, włamaniom, powstają szajki, jest mniej bezpiecznie. Chyba natura ludzka jest taka, że wtedy kiedy mamy możliwości, to mniej siebie kontrolujemy.

Pani cały czas aktywnie przyjmuje pacjentów - co pani słyszy z ust ich rodziców? Prośby o pomoc?

- Wielokrotnie słyszę słowa "my nie mamy możliwości zapłacić za wizytę, czy pani nas przyjmie, nie mamy pieniędzy, by kupić lekarstwa". I zawsze szukam jakiegoś ratunku, staram się pomóc, w miarę moich możliwości.

Trafiają do pani dzieci postrzelone, z ranami?

- Nie, do mnie raczej rannych dzieci nikt nie przynosi. Widzę natomiast małych inwalidów - dzieci, które mają na przykład rany postrzałowe w kręgosłup i trzeba je rehabilitować.

Wraca pani do Syrii?

Na razie tak, a co potem, decyzję podejmę w najbliższych miesiącach. Mąż na razie został w Syrii.

Pani ma polskie prawo wykonywania zawodu lekarza?

- Tak, skończyłam medycynę w Lublinie, teraz wznowiłam prawo wykonywania zawodu.

I chodzą po głowie myśli - może jednak wrócić?

- Tak, naturalnie, zobaczymy tylko, czy nam się tutaj uda zorganizować życie od początku, po raz drugi. Jeśli tak, to prawdopodobnie przyjedziemy.

Co jest najtrudniejsze, jak pani myśli o tym ewentualnym zamieszkaniu w Polsce?

- Mój mąż studiował w Zagrzebiu, jest inżynierem, świetnie mówi po polsku. Dla niego to nie byłby szok przesiedlenie się do Polski. Natomiast dla nas największym problemem to jest zostawić dorobek całego życia, którego nie da się spieniężyć w tej chwili.

Musielibyśmy zostawić nasz dom, musi zostać tam, gdzie został wybudowany. Mamy też drugi dom, w którym spędzamy weekendy. A w zasadzie - spędzaliśmy weekendy. To jest najtrudniejsze, zostawić to wszystko, na co się pracowało tyle lat, włożyło się tyle serca. A teraz się okazuje nagle, że nie wiadomo, czy to będzie nasze. I druga decyzja - zapewnić sobie podstawy egzystencji w nowym miejscu zamieszkania. A po tylu latach to też nie jest takie proste.

Wśród pani pacjentów często pojawia się ten wątek ucieczki z Syrii?

- Ludzie nie nazywają tego ucieczką - mówią o wyjeździe. Słyszę na przykład "Chcielibyśmy wyjechać, żeby dzieci mogły spokojnie chodzić do szkoły, żeby być spokojnym, że dziecku nic się nie stanie". Chodzi o to, by przestać żyć w strachu.

Jak wygląda w tej chwili u pani codzienne życie? Czy nie brakuje jedzenia, lekarstw, prądu?

- Prąd jest regularnie wyłączany, nie wiemy kiedy i przez ile go nie będzie. Z jedzeniem nie ma natomiast większego problemu, chociaż wszystko bardzo, bardzo podrożało. Dla przykładu, mięso, które kosztowało 350 funtów syryjskich, teraz kosztuje 3 tysiące. Natomiast jeśli chodzi o leki, to podstawowe leki są: antybiotyki, środki przeciwbólowe, dezynfekcyjne. To jest m.in. z Rosji. Ale są też przedsiębiorczy ludzie, mimo wojny - wiem, że niedawno koło Damaszku otwarto nową fabrykę leków.

Pani wie, co się dzieje w Europie w kontekście uchodźców, wie pani o fali nienawiści w internecie. Jak pani to ocenia?

- To jest spowodowane nieznajomością problemu. Przecież większość ludzi, która ucieka, to są ludzie, którzy chcą normalnie żyć. Wydaje mi się, że największym błędem, jaki popełniono, jest to, że fala uchodźców wpłynęła tak nagle. A ci uchodźcy przecież są od dawna. Dlaczego od samego początku ich nie przyjmowano, tylko dopiero w tej chwili, po pięciu latach trwania wojny?

Polska ma przyjąć kilka tysięcy uchodźców. Pani zdaniem, nasza integracja z nimi będzie trudna? Bo są innej wiary, innej kultury, mają inną obyczajowość?

- Ja myślę, że natura ludzka jest jednakowa, gdziekolwiek by nie było. Są takie same uczucia: radości, zazdrości, rywalizacji. A wszystko tak naprawdę zależy od tego, jak będzie ta integracja prowadzona. Najlepiej się integrują ludzie, którzy nie są w dużych konglomeratach i nie zostają dalej w tych swoich jakby gettach. Bo wtedy, w dużej grupie, się nie integrują. Ten problem jest np. w Niemczech z Turkami.

Przychodzą do mnie różni pacjenci, i muzułmanie, i chrześcijanie, wszyscy są traktowani na równi. Nigdy nie miałam z tego powodu żadnego incydentu. A jeśli chodzi o mój dom, zawsze były honorowane i święta chrześcijańskie, i muzułmańskie. Teściowie ze względu na szacunek dla mnie obchodzili razem ze mną święta chrześcijańskie, a ja ze względu na szacunek dla nich - obchodziłam z nimi święta. Nie było problemu, żadnego.

Wraca pani do Syrii w listopadzie. Jak jest teraz, w Polsce?

- Na pewno jest to wielka dla mnie odskocznia, pobyt tutaj, odskocznia od tego, co tam się dzieje. Mam kontakt z mężem, oczywiście nie codziennie. Powiedział mi, że na razie sytuacja jest taka, jaką zostawiłam - poza tym, że koło Latakii jest ogromna baza rosyjska i aktywnie działa, bombarduje stanowiska islamistów.

Pani Zofio, co dalej?

- Najgorsze są zniszczenia w duszach ludzi. Ile trzeba będzie lat, by to odbudować? Do wojny nie można się przyzwyczaić. Nawet jeżeli się nie płacze łzami, to nie znaczy, że się nie płacze w ogóle.

 

W Syrii, z powodu trwającej od ponad czterech lat wojny, 12,2 mln cywili potrzebuje pomocy humanitarnej. Dzięki wspólnej akcji Polskiej Akcji Humanitarnej i Gazeta.pl, Ty również możesz im pomóc. Wejdź na Pomagamy.pl i dowiedz się więcej.

DOSTĘP PREMIUM