Zamachy 11 IX. Polak pracował tuż przy WTC. "Pomyślałem: wojna. Tylko kto, o co chodzi..." I wtedy popełniłem błąd

Marcin Tuliński, Polak, był w drodze do pracy, kiedy samolot uderzył w pierwszą wieżę World Trade Center. - Kiedy wyszedłem z budynku usłyszałem potężny wybuch i zobaczyłem nad sobą kulę ognia. Pomyślałem: wojna! - opowiadał w TOK FM.

Chcesz wiedzieć szybciej? Polub nasMarcin Tuliński, bankowiec, był obok WTC podczas zamachów 11 września. - Byłem w drodze do pracy, kiedy wychodziłem ze stacji metra ludzie biegli w moją stronę, a ja musiałem z nimi, bo inaczej by mnie stratowali. Ktoś powiedział, że jest bomba. Wyszliśmy drugim wyjściem z tunelu, w powietrzu unosiły się ścinki papierów, jak confetti - relacjonował w Weekendowym Poranku Radia TOK FM.

- Ktoś mi powiedział, że samolot uderzył w jedną z wież World Trade Center. Wyjrzałem zza rogu, zobaczyłem dziurę, pomyślałem, że to może wybuch gazu. Od razu chwyciłem za komórkę, żeby zadzwonić do rodziców, ale komórki już nie działały. Przy budce telefonicznej była kolejka, poszedłem wiec do pobliskiego hotelu, żeby zadzwonić stamtąd. Kiedy wyszedłem z budynku usłyszałem potężny wybuch i zobaczyłem nad sobą kulę ognia. Dalej nie wierzyłem, że to samolot. W mojej głowie były tysiące myśli - mówił w rozmowie z Przemysławem Iwańczykiem.

- Popełniłem wtedy błąd, bo zamiast się oddalić z tamtego miejsca poszedłem do pracy sprawdzić, czy wszyscy się ewakuowali i dopiero wtedy zacząłem wracać. Widziałem osoby, które skakały z budynków. Mieli do wyboru, albo skoczyć, albo spalić się żywcem. Widziałem parę, która skakała razem, trzymając się na ręce. To jest straszne - opowiadał Tuliński.

Ludzie oglądali w restauracjach, barach relacje telewizyjne. - Wiadomo było już, że w wieże wbiły się dwa samoloty, a trzeci jest zaginiony. Pomyślałem: wojna. Tylko kto, o co chodzi... Nie wiadomo - wspominał Tuliński.

Chciał ewakuować się z tej części miasta. - W popłochu zaczęliśmy uciekać - opowiadał. Ludzie szybko zorientowali się, że jedna z wież zaczyna "siadać". - Byliśmy gonieni przez chmurę dymu, gruzu, pyłu. Nie mogliśmy uciec. Zrobiło się ciemno jak w nocy. Ten pył wchodził w drogi oddechowe, nie można było oddychać. Na Manhattanie zawsze jest huk, hałas, gwar, samochody, ludzie, on nigdy nie śpi. A w tym momencie było tak cicho, że gdyby ktoś rzucił szpilkę na ulicę, to byłoby to słychać, jak odbija się od chodnika - wspominał.

- Kiedy o tym mówię, przeżywam to na nowo. Jak zbliża się rocznica, t wraca. To się odbiło na mnie i mojej rodzinie - wspominał Marcin Tuliński w rozmowie z Przemysławem Iwańczykiem.

DOSTĘP PREMIUM

DOSTĘP PREMIUM