"To nie jest dom dla dzieci, tylko obóz, w którym na okrągło ktoś nas śledzi i rozlicza". List wychowanków domu dziecka

Chodzi o placówkę w Przybysławicach na Lubelszczyźnie. Przed rokiem, po zwolnieniu jednego z lubianych wychowawców, młodzież w ramach protestu wymalowała na ścianach budynku hasła wymierzone w nową dyrektorkę. Były kontrole, zalecenia i miało być lepiej. Ale nie jest. Tak wynika z listu, który został wysłany do kilku posłów i do wojewody lubelskiego, Przemysława Czarnka.

Pod listem podpisało się kilku wychowanków, ale wiemy, że popierają ich też inni, choć  niektórzy bali się wychylić. List jest poruszający i mocny. Publikujemy tylko jego fragmenty. 

Jesteśmy poddawani ciągłym stresom i kontrolom. Pani dyrektor wprowadza nieustannie nowe, nieżyciowe zasady, zastrasza dzieci, nie umie z nami rozmawiać.

O konflikcie w Domu Dziecka w Przybysławicach pisaliśmy przed rokiem, po zwolnieniu jednego z wychowawców, pana Andrzeja. Młodzież stanęła w jego obronie, wypisując na ścianie budynku hasła wymierzone w panią dyrektor - napisali m.in., że jej nienawidzą.

Pani dyrektor i starosta uważali, że jesteśmy chuliganami, którzy niszczą mury. A my chcieliśmy tylko zwrócić na siebie uwagę.

Pan Andrzej, wychowawca z wieloletnim stażem, poszedł do sądu pracy i wygrał. Już prawomocnie. Zarzuty, które stawiała mu dyrektorka, się nie potwierdziły. Wychowawca właśnie wraca do placówki. Nie chce jednak o tym rozmawiać.

Wiemy, że wychowankowie już się cieszą. - Usłyszałam takie zdanie od nich, że wreszcie będzie normalnie - mówi jedna z pracownic.

Michał Czerwiński, prawnik z Solidarności, który pomagał panu Andrzejowi, potwierdza nam, że pedagog wraca. - Sąd podjął taką, a nie inną decyzję, ponieważ większość zachowań powoda, opisanych w treści pisma, rozwiązującego z nim umowę o pracę - nie znalazła potwierdzenia, zarzuty były chybione - mówi prawnik.

Szczegółów zdradzić nie może, bo proces toczył się za zamkniętymi drzwiami. Nieoficjalnie udało nam się jedynie ustalić, że przesłuchiwani byli i wychowawcy, i wychowankowie.

Rządy jednej, silnej ręki?

Przy pisaniu poprzedniego tekstu, przed rokiem, osoby, z którymi rozmawialiśmy, mówiły nam o tym, że pani dyrektor nie ma podejścia do najmłodszych, że zachowuje się jak urzędnik. Mówili nam o tym i wychowankowie, i część wychowawców.

- Tam się nic nie zmieniło - słyszymy dziś od jednej z wychowawczyń - Dalej są bzdurne regulaminy. To miał być dom, a są koszary, gdzie jest rygor od A do Z - mówi nasza rozmówczyni (nie chce, by podawać nazwisko).

Pani dyrektor nadal zwalnia wychowawców, a oni są dla nas jedynymi osobami, na które mogliśmy liczyć.

Chodzi m.in. o panią Magdę, bardzo lubianą przez wychowanków osobę, ciepłą, sympatyczną, bardzo otwartą, która przed rokiem odważyła się z nami porozmawiać. W tej chwili rozmawiać już nie chce.

Wiemy jednak, że została dyscyplinarnie zwolniona i też poszła do sądu pracy. Za co ją zwolniono? Za to, że miała w sposób rażący naruszyć swoje obowiązki, a chodzi o opiekę nad wychowankami na nocnym dyżurze. W trakcie dyżuru uciekła jej nastoletnia wychowanka, razem ze swoim malutkim dzieckiem. - Ale przecież ucieczki zdarzają się często, na dyżurach różnych pracowników. A Magda to naprawdę świetny wychowawca. Walczyła o tę dziewczynę, szukała dla niej rodziny - mówi jedna z osób znających sprawę.

"Chcemy, by ktoś w końcu zainteresował się naszą sprawą"

List został wysłany m.in. do wojewody, a to wojewoda sprawuje nadzór nad domami dziecka i może je kontrolować, reagować na skargi i niepokojące sygnały. Jest odpowiedni wydział, sa kontrolerzy. Ale mimo, że list wysłano na początku sierpnia, do dziś kontrola do placówki nie ruszyła.

Rzecznik wojewody, Radosław Brzózka mówi nam, że kontrola jest zaplanowana i będzie, najprawdopodobniej w ciągu dwóch tygodni. - Musimy się do niej dobrze przygotować, analizujemy dokumenty - mówi Brzózka. Nie zdradza, o jakie dokumenty chodzi. Podkreśla, że kontrola nie ma bezpośredniego związku z listem, bo była wcześniej przewidziana, ale informacje z listu też zostaną wzięte pod uwagę.

A w liście jest mowa również o systemie monitoringu, który pojawił się w Domu Dziecka w Przybysławicach.

Czy w normalnym domu jest tak, że ktoś całą dobę podgląda np. ile razy korzystam z lodówki?

Przed rokiem, realizując reportaż o Przybysławicach, słyszeliśmy, że w placówce jest duży konflikt pracowniczy i przydałby się mediator. To był jeden z wniosków z przeprowadzanej jeszcze wtedy kontroli. Wnioski trafiły do starosty, ale do mediacji nie doszło.

- Podjęliśmy próbę rozmowy, zorientowania się, jak wygląda atmosfera wewnątrz placówki. I sygnał skierowany w naszą stronę był jednoznaczny - mówi starosta lubelski, Paweł Pikula (PSL). Jak twierdzi, pracownicy w specjalnym liście poparli panią dyrektor.

A mediacje? - Nie czyniliśmy kroków w kierunku wynajmowania mediatora, dlatego, że zebrani pracownicy powiedzieli, że oni po prostu nie chcą żadnego mediatora, gdyż uważają, że nie jest im do niczego potrzebny - mówi Pikula. Uważa też, że przywrócenie do pracy pana Andrzeja - "jest sytuacją złą".

Starosta twierdzi, że to pan Andrzej był wcześniej źródłem konfliktu.

DOSTĘP PREMIUM