Wychowawczyni stanęła w obronie terroryzowanych dzieci i musiała odejść. Dyrekcja domu dziecka nie widzi problemu

Wychowawczyni z placówki w Łbiskach koło Piaseczna, która bez zgody dyrektorki powiadomiła sąd o demoralizacji jednego z wychowanków, musiała odejść z pracy. Dzieci płakały, cały czas tęsknią. - To była ich ukochana ciocia - słyszymy.

Łbiska pod Piasecznem, a tu oddane przed rokiem do użytku cztery domki jednorodzinne, w których mieszkają dzieci. W każdym po kilkanaścioro, razem z wychowawcami. Trochę na kształt wioski dziecięcej SOS. Podstawowy problem: domy są w szczerym polu, z dala od ludzi. Jakby ktoś, projektując je, zapomniał, że dzieci chciałyby czasami np. pójść do kina, na pizzę czy do kolegi, a tu jest to prawie niemożliwe. Bo autobus jeździ rzadko.

Ulubiona ciocia

Wychowawczynią w jednym z domków, a od niedawna także koordynatorem, który odpowiada za domek, była pani Aneta. Ciocia Anetka - jak mówią o niej dzieci. One naprawdę ją uwielbiają - jak tylko się pojawiała, biegły do niej. Pewnie, że i ona czasami słyszała wulgaryzmy, ale wiadomo było, że do niej każdy może pójść, porozmawiać, poradzić się. Ciepła, bardzo otwarta osoba - mówi nam pani Katarzyna*, jedna z bardziej doświadczonych wychowawczyń z tej placówki, ciągle tam pracująca.

Pani Aneta z dnia na dzień musiała jednak z placówki odejść. Nawet nie miała czasu się z dziećmi pożegnać. Jak mówi, musiała wyjść, jak stała, tak nakazała pani dyrektor. - Cały czas mówimy, że dzieci są dla nas najważniejsze, bardzo lubimy tak mówić, a ważne, by nie było to pustym frazesem. A tutaj? Zastanawiam się, czy pomyślano o dzieciach - mówi Kamila Gibas z Fundacji Szczęśliwej Drogi, współpracującej z Domem Dziecka w Łbiskach.

Problemy z Tomkiem

Nie było tajemnicą, że od dłuższego czasu jest problem z jednym z wychowanków - Tomkiem*. To 14-latek, bardzo fizycznie rozwinięty, który sprawiał duże problemy wychowawcze: był wulgarny, nie chciał wykonywać poleceń, często wagarował. Do tego dokuczał innym dzieciom.

- Tomek, jeśli chodzi o relacje z dziećmi, bywa agresywny, dominujący, używa przemocy - i fizycznej, i psychicznej, i słownej. W stosunku do wychowawców też nie omieszkał używać wulgaryzmów. Słowo "szacunek" w ogóle tam nie funkcjonowało. Dla Tomka nie było problemem, żeby kogoś szturchnąć, kopnąć, zwyzywać czy źle wypowiadać się na temat rodziców dzieci - mówi Halina Piotrowska, była wychowawczyni z Łbisk, która pracowała tam ponad cztery lata.

Wychowawcy mówią o narkotykach i molestowaniu

Wychowawcy, w tym opiekunka prawna Tomka, regularnie pisali notatki: o agresywnym zachowaniu chłopca, o groźbach w stosunku do wychowawców, o przemocy wobec innych dzieci, o alkoholu, o odurzeniu jakąś substancją (wzywano nawet karetkę).

Na tym nie koniec. - Niestety, do tego doszły sytuacje intymne, które można byłoby określić mianem molestowania - mówi pani Aneta.

Wychowawcy podkreślają, że Tomek czepiał się słabszych, mniej odpornych, niższych i to im nagminnie dokuczał. - Ciągle były pytania ze strony dzieci "Ciociu, kiedy to się wreszcie skończy"? - opowiadają dorośli.

Pani Aneta zbierała notatki od wychowawców, zanosiła je pani dyrektor, rozmawiała. Jak mówi, nie było jednak żadnej reakcji.

Dlaczego? Wychowawcy i wychowankowie przyznają, że chłopiec często bywał u pani dyrektor i opowiadał jej, co się dzieje w domku. - Nie wiem, jakie były intencje pani dyrektor. Ale czasem śmialiśmy się z dziećmi, że jeśli Tomek widzi profity z tego, że informuje innych o tym, co się dzieje w domku, to może to był powód. Dzieci widziały, że Tomek często chodził do pani dyrektor i były świadome tego, po co to robił - mówi pani Halina.

Próbował utopić królika. "Dajmy mu szansę"

- Tomek miał skłonności sadystyczne, tak to trzeba powiedzieć. On się nie nadawał do domu dziecka, bo po prostu zagrażał innym dzieciom. Podam jeden z takich przykładów: znęcał się nad królikiem, topił go. Wszyscy o tym rozmawialiśmy, że jest dzieckiem, które powinno trafić do zamkniętego ośrodka, bo u nas nie było na niego środków wychowawczych - mówi wychowawczyni dobrze znająca chłopca. I dodaje, że chodził gdzie chciał i robił, co chciał. - Ta sprawa była wiele razy poruszana. I słyszeliśmy: dajmy mu szansę - dodaje nasza rozmówczyni.

Czy nie próbowano z dzieckiem pracować? Owszem, próbowano. Pani Aneta pomogła w założeniu dla niego ogródka, przyniosła roślinki, bo chłopiec interesował się ogrodnictwem. Lubił też gotować. - Zachęciła go do udziału w warsztatach kulinarnych, choć nie miał ochoty na nie iść - mówi jedna z wychowawczyń. Ale to niczego nie zmieniło.

Wychowawczyni wysyła pismo do sądu

To właśnie dlatego pani Aneta, koordynatorka, zdecydowała, że - nie informując przełożonej - napisze do sądu wniosek o umieszczenie nastolatka w ośrodku. Dołączyła do wniosku wszystkie notatki wychowawców. Sąd zadziałał błyskawicznie: niemal natychmiast wydał decyzję o umieszczeniu Tomka - w ramach zabezpieczenia - w Młodzieżowym Ośrodku Wychowawczym, a to oznacza, że uznał, że są ku temu poważne przesłanki. Chodziło o zagrożenie demoralizacją.

Niedługo po tym, jak sąd podjął decyzję ws. chłopca - pani Aneta dostała wybór: albo odchodzi za porozumieniem stron, albo zostaje zwolniona dyscyplinarnie.

Bo nadużyła zaufania i była nielojalna. - W tle było kłamstwo i obłuda - mówi dyrektor Aneta Piliszek, choć bardziej tego rozwinąć nie chce. Zasłania się tym, że to kwestie między pracownikiem a pracodawcą. - Powodem odejścia pani Anety nie było dziecko, ale sposób załatwienia sprawy, związanej z dzieckiem, oparty na kłamstwie. Nie będę opowiadać szczegółowo - mówi dyrektorka placówki.

Pani Aneta mówi nam, że zdecydowała się wystąpić do sądu w sprawie Tomka bez udziału pani dyrektor, bo wiedziała, że przełożona i tym razem nie zareaguje. - A widziałam, jak się męczą wychowawcy. Wychowawczyni Tomka wygląda jak cień człowieka, rozkłada ręce i mówi: "Aneta, co ja mam jeszcze zrobić?". Jak kolejne osoby przychodzą i skarżą się na Tomka. Jak kolejne dzieci mówią: "Ciocia, kiedy skończy się ten koszmar?" - mówi pani Aneta.

Dyrektorka broni swojej decyzji

Na nasze pytania, ile dostała niepokojących sygnałów w sprawie Tomka, odpowiada, że sygnały były różne. - I pozytywne na temat chłopca, i świadczące o różnych jego trudnościach. Zawsze trzeba wyważyć postępowanie wobec dziecka - mówi Aneta Pilipczuk.

Gdy dopytujemy, czy dostawała sygnały o tym, że chłopiec ma niepokojące zachowania o charakterze seksualnym, dyrektorka nie chce o tym mówić. - Bardzo mocno chcę podkreślić, że nie chodzi o to, czy pismo pani Anety było merytoryczne. Chodzi o sposób, o postępowanie nieuczciwe, o nieprzyznanie się - dodaje.

"Ciocia Aneta była dla mnie jak mama"

Z naszych informacji od wychowawców i wolontariuszy wynika, że dzieci bardzo przeżyły odejście pani Anety. Był płacz, histeria, próba ucieczki. Do tego bardzo poruszające wpisy na Facebooku. Choćby taki: "Ciocia Aneta była dla mnie jak prawdziwa mama. Nie chciałam, żeby odchodziła. Wszyscy płakaliśmy. I teraz nam jej brakuje". To wpis jednego z dzieci, a przy nim jeszcze kilka serduszek.

Jedna z wolontariuszek (prosi o anonimowość) o pani Anecie: "Aneta boska! W domku początkowo było szaro-buro. W ciągu dwóch miesięcy pomalowała ze swoim partnerem cały dom. Kolory. Wzory. Szyją firany, zasłony. Jak tylko wchodziła do domu, dzieci biegły i krzyczały WRESZCIE".

Pani Aneta nie była pierwszą, która musiała z placówki odejść. Nieco wcześniej odeszła pani Halina. Też dostała swoiste "ultimatum" - albo odchodzi, albo dostaje dyscyplinarkę. Jak mówi, poszło o jedną z wychowanek. Tylko tu akurat było odwrotnie niż w przypadku Tomka: to dyrektor chciała ją umieścić w Młodzieżowym Ośrodku Wychowawczym. Pani Halina się temu sprzeciwiała, widząc, że dziewczyna się zmienia. W międzyczasie pojawił się jakiś problem z dokumentem. - To była błaha sprawa, mogła dostać za to najwyżej naganę, a tu musiała odejść. To był cios wymierzony w dzieci - mówi jedna z wychowawczyń.

Poczucie niepewności i destabilizacji u dzieci

Zdaniem Kamili Gibas, odejście dwóch wychowawczyń w bardzo krótkim czasie nie było dla dzieci dobre. - Koordynator, wychowawca, z którym dzieci mają szczególne relacje, trochę zastępuje im rodzica. Każdy rodzic ma prawo do błędów. Ale z powodu błędu nie można z dnia na dzień przecinać więzi, które łączą wychowawcę z dziećmi. Wydaje mi się, że zawsze trzeba robić wszystko, by te więzi kruche, nowe, nowopowstające nie ucierpiały. Stało się inaczej. A to powoduje poczucie pewnej destabilizacji i niepewności - mówi Kamila Gibas.

O sprawę zapytaliśmy Arkadiusza Strzyżewskiego, wicestarosty powiatu piaseczyńskiego, któremu podlega Dom Dziecka w Łbiskach. - Mam pełne zaufanie do pani dyrektor i ufam, że postąpiła tak jak czuła, że dla dzieci będzie najlepiej - mówi starosta. Dopytywany, o zgłoszenia ws. z Tomkiem, odpowiada: - Sytuacji każdego dziecka na bieżąco nie śledzę. Tej sprawy tak dobrze jak pani dyrektor nie znam. Dlatego nic więcej pani nie powiem".

Pani Aneta: Nie żałuję

Pytamy panią Anetę, czy nie żałuje, że zawiadomiła sąd, a przez to straciła pracę. - Warto było to zrobić. Nie żałuję. Dlatego, że mimo wszystko to jest dla dobra dzieci, by poczuły się bezpieczniej. Ale też dla Tomka. Ktoś kiedyś musi mu pokazać, jak wyglądają granice - mówi pani Aneta.

Kontrole domów dziecka leżą w gestii wojewody. Rzecznik wojewody mazowieckiego Ewa Filipowicz mówi nam, że w tej chwili w Domu Dziecka w Łbiskach trwa taka właśnie kontrola. Doraźna, niezapowiedziana, po skardze, która wpłynęła do wojewody. - Pracownicy urzędu wojewódzkiego sprawdzają dokumentację, przeprowadzają też rozmowy z dziećmi, z wychowawcami, sprawdzają kwalifikacje kadry - mówi Filipowicz. Podkreśla, że rozmowy z dziećmi odbywają się anonimowo, wychowankowie anonimowo wypełniają też specjalną ankietę. - Kontrola jest w toku, są prowadzone działania, więc na razie nie możemy jeszcze mówić o jej wynikach - dodaje rzeczniczka wojewody.

Zobacz wideo

*Imiona zmienione

DOSTĘP PREMIUM