Prof. Stempin: Martin Schulz rzuca rękawicę kanclerz Merkel

"Jeśli stanę do walki z Merkel, przegram, a wraz ze mną przegra SPD", powiedział dziennikarzom z tygodnika "Stern" szef niemieckiej socjaldemokracji i obecny wicekanclerz Sigmar Gabriel. I na tym samym wydechu dodał, "Schulz ma zdecydowanie większe szanse", by pokonać Merkel w wyborach do parlamentu we wrześniu tego roku.

Chcesz wiedzieć szybciej? Polub nas W Berlinie zapowiedź gruchnęła jak grom z jasnego nieba. Jeszcze do wczoraj to Gabriel uchodził za pewniaka jako socjaldemokratyczny kandydat na kanclerza. Podczas gdy Martin Schulz za dwa tygodnie miał objąć stanowisko ministra spraw zagranicznych, gdyż obecny szef niemieckiej dyplomacji Frank Walter Steinmeier zostanie wybrany prezydentem Niemiec.

Stało się inaczej.

W sobotę Gabriel spotkał się z Schulzem w cztery oczy, i pewnie przy wodzie mineralnej (Schulz jest abstynentem) omówili deal, polegający na odwróceniu ról.

Pełniący jeszcze do ubiegłego tygodnia stanowisko szefa Parlamentu Europejskiego Martin Schulz ma poprowadzić niemiecką socjaldemokrację do wyborów jako najpoważniejszy konkurent urzędującej kanclerz. Gabriel, który zamiast Schulza przejmie do wrześniowych wyborów MSZ, wyjaśnił, że niemieccy wyborcy jego właśnie kojarzą z funkcją wicekanclerza w obecnym rządzie Merkel, widząc w nim przede wszystkim potulnego koalicjanta pani kanclerz. Obarczony takim odium byłby bez szans w starciu z Merkel. Wyjątkowo trafna auto-analiza.

Euforia w SPD

Istotnie, Martin Schulz nie ma tego handicapu. Przez lata siedział w Brukseli, nie angażował się w politykę wewnątrzniemiecką, nie jest z nią kojarzony.

Z tą czystą kartą ma wyciągnąć SPD z zapaści - według ostatnich sondaży orbitującą w granicach 20-procentowego poparcia.

Zapowiedź jego kandydatury wywołała w szeregach socjaldemokratów prawdziwą euforię. Członkowie klubu parlamentarnego zgotowali mu owację na stojąco.

Zgoda, w dużym stopniu wynika to z prostego faktu, że Gabriel nie cieszy się większą popularnością w swoich szeregach. Natomiast Schultz, rodem z Nadrenii, uchodzi z fightera, słynie z niewyparzonego języka, nie jest mrukliwym zgredem jak ociężały Gabriel.

Ciężko pracował na swoją pozycję

O duchu bojowym Schulza zaświadcza jego biografia, wyjątkowo rzadka w przypadku polityka. W młodości najbardziej pasjonował się alkoholem. Pił na umór. Bez pracy i orientacji w sens własnej egzystencji, żył z dnia na dzień. W końcu się zreflektował. Został księgarzem. Sprzedawał we własnej księgarni.

W wieku 31 lat odważył się wystartować w wyborach na burmistrza w małym mieście Würselen, został najmłodszym burmistrzem w Niemczech, by w 1994 roku awansować na europarlamentarzystę.

Na brukselskie parkiety wypłynął bez matury, gdyż edukację zakończył na szkole średniej. Braki w wykształceniu nadrobił autodydaktyczną harówką, tak że dziś mówi w pięciu językach. A w Brukseli dotychczasowe, bardziej funkcyjne stanowisko szefa PE, zamienił w pozycję wyposażoną w realną władzę. Jako jedyny funkcję tę sprawował dwukrotnie.

Do annałów PE przeszła jego pyskówka z premierem Berlusconim, którego z mównicy nazwał mafiosem i troglodytą. Innym razem, w Knesecie wygarnął zdumionym posłom agresywną politykę osiedleńczą Izraela. Jego słowa: "Jak to możliwe, że Izraelczyk ma prawo do 70 litrów wody, podczas gdy Palestyńczyk do 17 litrów", podziałały na obecnych posłów jak czerwona płachta na byka. Doszło do tumultów na sali plenarnej. Teraz można sobie wyobrazić, że Schulz będzie prowadził ostrą kampanię wymierzoną w rząd, który współtworzy jego własna partia.

Czy Schulz wystarczy, by we wrześniu pokonać Merkel? Mało prawdopodobne. Ma jednak szanse wyciągnąć SPD z wieloletniej zapaści. I po wrześniowych wyborach, z dobrym wynikiem, ponownie z chadecją Merkel utworzyć rząd koalicyjny.

DOSTĘP PREMIUM

DOSTĘP PREMIUM