Rektorzy wyższych uczelni, policja i straż miejska: "W Lublinie akty agresji to sprawa marginalna". Czy na pewno?

Lublin to miasto akademickie. Na kilku uczelniach uczy się prawie 6,5 tysiąca studentów - cudzoziemców. Najwięcej z Ukrainy, ale też m.in. z Tajwanu, Arabii Saudyjskiej, Indii, ale też z Norwegii czy ze Szwecji. Ostatnio jeden z nich został dotkliwie pobity. O agresji wobec cudzoziemców dyskutowano na posiedzeniu Komisji Bezpieczeństwa i Porządku Publicznego. Dyskusja była dość gorąca, bo zdaniem wielu. Lublin to miasto bezpieczne. Czy na pewno?

Niespełna dwa tygodnie temu w Lublinie dotkliwie pobity został student z Turcji, który przyjechał w ramach Erasmusa. Ale to nie jedyny akt agresji - studenci z Ukrainy mówią, że są wyśmiewani; zdarza się, że słyszą, że mają mówić po polsku albo że wmawia się im, że to oni ponoszą winę za Wołyń. Bywają zaczepki wobec studentów także z innych krajów.

Po posiedzeniu Komisji Bezpieczeństwa i Porządku Publicznego – posiedzeniu z udziałem m.in. rektorów lubelskich uczelni, policji, straży miejskiej – rozmawiamy z Joanną Bednarczyk ze Stowarzyszenia Homo Faber i Wiktorią Herun, Ukrainką, która pracuje w Urzędzie Miasta w Lublinie i opiekuje się zagranicznymi studentami.

TOK FM: W trakcie posiedzenia komisji Rady Miasta, komisji, na którą byłyście panie zaproszone, kilkakrotnie padły słowa, że Lublin jest miastem bezpiecznym. Był m.in. apel jednego z radnych PiS, żeby ze strony dziennikarzy taki właśnie przekaz „poszedł w świat”. Czy rzeczywiście? Panie macie bezpośredni kontakt, na co dzień, ze studentami z zagranicy.

Joanna Bednarczyk, Stowarzyszenie Homo Faber, które m.in. realizuje projekt „Witamy w Lublinie”, który jest związany z integracją migrantów, w tym studentów na uczelniach: Nie chcę mówić jednoznacznie, że Lublin jest miastem wyjątkowo niebezpiecznym. Natomiast w mojej ocenie to, że pojawiają się różne sytuacje, w tym pobicie studenta, świadczy o tym, że nie można mówić kategorycznie, że wszystko jest w porządku. Bo trzeba się po prostu zastanowić, co tutaj nie gra.

W trakcie tego posiedzenia usłyszałam m.in., że to są tylko incydenty, że studentów – cudzoziemców jest wielu, a akty agresji to sprawa marginalna.

J.B: Wcale nie jest to prawdą, że było to pierwsze pobicie obcokrajowca w Lublinie. Mieliśmy sytuację z Meksykaninem, który został wzięty za Syryjczyka. Mieliśmy pobicie innego studenta z Turcji. Co ważne, tak naprawdę, nie chodzi tylko o pobicia. Jeden z rektorów powiedział coś bardzo ważnego – wszystko zaczyna się od słów. Moim zdaniem, to nie są wcale incydenty. Z tego, czym się zajmuję, a zajmuję się pracą ze studentami zagranicznymi, przeprowadzam z nimi rozmowy, ankiety – z tego wszystkiego wynika, że takie sytuacje są bardzo częste. Są to zaczepki słowne, nieprzyjemne uwagi związane jednoznacznie z pochodzeniem tych osób. Moim zdaniem, to po prostu jest rasizm. I jest na to duże przyzwolenie, dopóki nie stanie się coś strasznego.

Pani Wiktorio, a pani? Jak pani odebrała dyskusję radnych, rektorów, policji?

Wiktoria Herun,  Urząd Miasta Lublin: Cieszę się, że ta komisja się odbyła. Bo to jest ważne, że mogliśmy się wszyscy spotkać – urzędnicy, organizacje pozarządowe, radni, rektorzy, policja. Bo problem jest. I dla mnie to był dobry sygnał świadczący o tym, że radni chcą o tym rozmawiać. Takie sytuacje, jak ta ze studentem z Turcji, nie mogą się powtarzać. Musimy jako mieszkańcy Lublina powiedzieć głośne „nie”; musimy mówić, że nie zgadzamy się na akty nienawiści, na brak tolerancji. Chcemy, by osoby, które wybierają Lublin jako miejsce do zamieszkania, do studiowania, do życia – by czuły się tu bezpiecznie.

Ale w trakcie komisji padły też słowa na przykład o tym, że studenci z zagranicy przyjeżdżają nie tylko po to, by studiować, ale aby się zabawić. 

W.H.: Było mi bardzo wstyd za te słowa. Ale to pokazuje, że takich spotkań musi być więcej i że jest bardzo potrzebna kampania informacyjna dla społeczeństwa, by uświadamiać, kim są cudzoziemcy, po co tu przyjeżdżają, że są fantastyczni. Trzeba pokazywać, jakie korzyści my z tego mamy, kulturowe, ale też wymierne, finansowe. Przecież Polska zarabia na studentach z zagranicy; ci studenci pomagają uczelniom walczyć z niżem demograficznym. A poza tym, Polska to kraj katolicki, otwarty, przyjazny. Dla mnie jest to nie do pomyślenia, że ktoś w ogóle może zastanawiać się, po co oni tu przyjeżdżają.

W trakcie posiedzenia jedna z radnych mówiła o tym, że pewnie ci, którzy pobili Turka byli „na rauszu” i nie spodobało im się, że nie mówił po polsku. Powiedziała również, że w Londynie jeden z członków jej rodziny też został pobity. Pani Joanno, chyba nie o to chodzi, abyśmy się wymieniali przykładami. Policyjne statystyki nie oddają skali problemu?

J.B: Tak. Cała ta sytuacja przypomina mi trochę sytuację z przemocą w rodzinie. Wiele osób stara się twierdzić, że przemoc nie istnieje, albo, że można postawić znak równości między przemocą wobec kobiet i przemocą wobec mężczyzn – i pada argument, że statystyki policyjne mówią to i to. Tyle tylko, że zapomina się o tym, że część kobiet przemocy nie zgłasza, bo nie widzą wyjścia z tej sytuacji, bo są uzależnione od swoich partnerów. I podobnie jest ze studentami zagranicznymi, choć tu powody są inne. Czasami pochodzą z krajów, w których nie ma zaufania do służb mundurowych. Czasami  boją się, że nie dogadają się po angielsku. I to jest obawa słuszna, bo wielokrotnie jest tak, że nie są w stanie dogadać się z policjantami.

Ktoś może powiedzieć, że powinni się nauczyć mówić po polsku.

J.B.: I część z nich się uczy. Ale bez przesady – nie wymagajmy od kogoś, kto przyjechał do Polski na sześć miesięcy na Erasmusa, by mówił biegle po polsku.

Poza tym często przyjeżdżają na studia w języku angielskim, choćby na medycynę.

J.B: Właśnie. A cały czas słyszymy powtarzające się głosy „To niech się uczą polskiego”. A przecież na medycynie oni naprawdę mają bardzo dużo nauki.

W.H.: W Lublinie mamy ponad 50 kierunków anglojęzycznych i z tego jesteśmy dumni, że uczelnie czują potrzebę uruchamiania kolejnych takich kierunków. Jeśli chodzi o tych studentów, którzy są na Uniwersytecie Medycznym, to tam obowiązkowe zajęcia z języka polskiego mają – z tego co pamiętam – tylko na pierwszym roku, potem już są to zajęcia dobrowolne. Oni mają bardzo dużo nauki, siedzą cały czas w książkach w języku angielskim.

Pani Wiktorio, pani ma kontakt ze studentami z Ukrainy. Jak jest w ich przypadku?

Oni mniej się może wyróżniają, ale to nie znaczy, że ich problem nie dotyka. Jest w tej chwili polityczne przyzwolenie na nielubienie innych. I Ukraińcy też niestety trafili do tej grupy. A oni studiują, pracują, płacą podatki, składki. Niestety,  w Polsce  mamy ostatnio taki klimat, że głośniej słychać tych, którzy krzyczą „Polska dla Polaków”, choć takich osób nie jest dużo. Ale to jest bardzo przykre.

Czy na tym spotkaniu komisji Rady Miasta widziałyście panie, że radni są otwarci, tolerancyjni i chcą pomagać studentom z zagranicy?

(Chwila ciszy)

W.H.: Myślę, że ta długa pauza pokazuje, że są pewne wątpliwości. Wierzę, że są tolerancyjni i będę o to walczyć.

J.B.: Myślę, że podejście części radnych, ale nie tylko radnych, wynika z braku wiedzy na temat integracji. To jest w Polsce sytuacja nowa. Po drugiej wojnie światowej Polska była dość jednorodnym krajem i nie było w niej „innych”. A teraz to się zmienia i będzie się zmieniać. I największym wyzwaniem jest to, by pokazać naszemu społeczeństwu, że to, że ludzie chcą do nas przyjeżdżać to jest powód do dumy i powinniśmy się z tego cieszyć. Że to jest coś wyjątkowego, że wybierają to miejsce do życia, że to świadczy, że jesteśmy krajem o stabilności ekonomicznej, krajem bezpiecznym.  

W.H.: My tu w Lublinie będziemy się trzymać tego i będziemy walczyć o to, by miasto było otwarte, przyjazne dla studentów z zagranicy.

A jak panie przyjęły stanowisko radnych, by wprowadzić program edukacyjny w szkołach i akcję informacyjną wśród mieszkańców Lublina – na temat innych kultur i innych religii?

W.H.: To krok w bardzo dobrym kierunku, krok w stronę społeczeństwa. Bo strach się bierze z niewiedzy.

J.B.: W szkołach już pojawiają się dzieci, a będzie ich jeszcze więcej, mówiące różnymi językami, o różnych kolorach skóry. I my na to nie jesteśmy jeszcze gotowi. Ale taka uchwała to pierwszy krok, aby coś się w tym zakresie zmieniło, abyśmy mogli stać się na to gotowi.

DOSTĘP PREMIUM