Dwulatka z siniakami i odparzeniami. Sygnał we wtorek, interwencja dopiero w piątek

Dwuletnią dziewczynkę z siniakami i odparzeniami na ciele w piątek przyjęto do szpitala w Lublinie. Sygnał o tym, że w domu może dziać się coś złego był już we wtorek, ale dziecko zabrano z domu dopiero trzy dni później. Dlaczego tak późno?

O tym, że dwulatka może być ofiarą przemocy, powiadomił policję mężczyzna - znajomy rodziny. Tak to ujmijmy, bo nie możemy podać szczegółów, ze względu na dobro sprawy. Pan X nie zgodził się na rozmowę z nami, ale wiemy, że zaniepokoiły go obrażenia dziecka, które zauważył - m.in. siniaki oraz rozcięta warga. W ubiegły wtorek zadzwonił do pracowników Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie w Lublinie. Przekazał swoje podejrzenie.

MOPR twierdzi, że w ogóle nie znał wcześniej tej rodziny

Pracownice miały się udać do mieszkania, ale nie zostały wpuszczone. Z zapewnień rzeczniczki MOPR, Magdaleny Sudół wynika, że od początku próbowano się skontaktować z dzielnicowym, by przyjrzał się sprawie. Najpierw miał być na urlopie, potem - miał przekazać informację, że rodzina nie ma Niebieskiej Karty.

Pracownice socjalne próbowały wejść do domu także w środę i czwartek, ale również nie były wpuszczane. W czwartek udało się im wejść na klatkę schodową, a ostatecznie - przy kolejnej próbie - również do mieszkania. Opiekun dziecka tłumaczył, że dziewczynka ma siniaki, bo spadła ze schodów. Te zapewnienia kobiet jednak nie przekonały, poprosiły o pomoc policję, ale dopiero w piątek.

Informacje są jednak rozbieżne

MOPR zapewnia, że od początku był w kontakcie z policją, tyle, że policja informuje, że było inaczej. - Sygnał dostaliśmy w piątek. Weszliśmy wszyscy do tego mieszkania, dziewczynka leżała na płytkach, na podłodze, nikt się nią nie interesował. Była zaniedbana. W szpitalu okazało się, że poza obrażeniami w postaci siniaków pochodzących najprawdopodobniej od uderzeń, ma też odparzoną skórę w niektórych częściach ciała - mówi Andrzej Fijołek z Komendy Wojewódzkiej Policji w Lublinie.

I od rzeczniczki MOPR, i od przedstawiciela biura prasowego policji słyszymy, że zadziałano tak, jak trzeba. Nikt nie ma sobie nic do zarzucenia. Sprawę bada prokuratura. Jak usłyszeliśmy od Katarzyny Czekaj, szefowej Prokuratury Rejonowej Lublin Południe, sprawdzany będzie m.in. wątek dotyczący tego, dlaczego mimo że niepokojący sygnał był we wtorek, to do zabrania dziecka z domu doszło dopiero w piątek.

Argument, że nikt nie otwierał drzwi? "Przecież są na to sposoby"

Mirosława Kątna, przewodnicząca Komitetu Ochrony Praw Dziecka mówi nam, że czekanie kilka dni na interwencję nie jest w porządku. Nie przekonują jej tłumaczenia, że trzeba było najpierw sprawdzić, zbadać sytuację. Nie rozumie też argumentu, że nikt nie otwierał drzwi, bo i na to są przecież sposoby. Jak mówi, służby po sygnale powinny zareagować natychmiast, ale zareagować to nie znaczy tylko - zapukać do drzwi. Bo to zdecydowanie za mało. - Każdy dzień jest na wagę złota. Oczywiście można zakładać, że część z tych zgłoszeń, na szczęście dla dziecka się nie potwierdzi, ale tego przecież nie wiemy w momencie uzyskania informacji - mówi Kątna. - Przerzucanie się argumentami nie ma sensu - kilka dni to zdecydowanie za długo - dodaje nasza rozmówczyni. Jej zdaniem, tu nie chodzi nawet o procedury - najsłabszym ogniwem w systemie jest człowiek. - Nie można wychodzić z założenia "poczekamy do jutra", "to nie mój rejon"- mówi Kątna.

"W sytuacjach przemocy im szybciej, tym lepiej"

O sprawie rozmawialiśmy też z Pawłem Fijałkowskim z lubelskiego zespołu interdyscyplinarnego, który zajmuje się przemocą. Nie chciał się wypowiadać w tej konkretnej sprawie, bo jeszcze jej dokładnie nie zna, ale jak mówi, zawsze interwencja powinna być jak najszybsza. - W sytuacjach przemocy im szybciej, tym lepiej. Nie znam na tyle tej sprawy, by wiedzieć, co się tam zadziało. Podejrzewam, że pracownik socjalny weryfikował sprawę, nie mógł podjąć decyzji bez sprawdzenia. Nie chcę się wypowiadać za MOPR - mówi Fijałkowski. Gdy pytamy, czy sprawdzanie powinno trwać kilka dni słyszymy: "Zadaniem wszystkich, nie tylko zespołu interdyscyplinarnego, ale wszystkich - zadaniem zagwarantowanym ustawowo jest zapewnienie bezpieczeństwa ofierze przemocy, w tym przerwanie, zabezpieczenie przed kontynuowaniem przemocy - niech to będzie odpowiedź na pani pytanie".

Dwuletnia dziewczynka jest w szpitalu. Oprócz siniaków i odparzeń (niektórzy mówią o poparzeniach) miała też m.in. ślad buta odbity na swojej nóżce. Rodzina mieszkała w nowym bloku w lubelskiej dzielnicy Czuby. Żaden z sąsiadów nigdy nie zadzwonił na policję, nie przekazał, że ma jakieś podejrzenia - mimo, że dziś w trakcie przesłuchań przyznają, że słyszeli za ścianą płacz dziecka czy krzyk mężczyzny.

Opiekun dziecka jest w areszcie, matka - dostała dozór policji. Sąd zdecydował, że gdy dziecko wyjdzie ze szpitala trafi do zawodowej rodziny zastępczej. 
 

DOSTĘP PREMIUM