Ekspert: Dzięki reformie edukacji możemy wrócić do zjawiska z PRL - wtórnego analfabetyzmu

W KOD, w ramach projektu "Przestrzeń wolności - jakiej Polski chcemy", działa zespół ekspertów od edukacji. W wytycznych, które przyjął, jest mowa m.in. o tym, że polskim dzieciom grozi analfabetyzm.

Rozmawiamy z jednym z ekspertów KOD, dr Adamem Kalbarczykiem.

TOK FM: Czy mówienie o analfabetyzmie, po zmianach związanych z reformą edukacji, to nie za mocne słowa?

Dr Adam Kalbarczyk, polonista, dyr. Międzynarodowych Szkół im. I.J.Paderewskiego w Lublinie, ekspert Komitetu Obrony Demokracji w zakresie edukacji: Słowa są mocne, ale to zagrożenie dzisiaj bardzo realne. W wyniku reformy, którą przygotowuje Ministerstwo Edukacji, może się stać to, czego byliśmy świadkami i udziałowcami 30 lat temu, czyli będziemy funkcjonować w społeczeństwie, w którym 50 proc. obywateli to byli wtórni analfabeci.

Ale dlaczego, państwa zdaniem, może nam to grozić?

Zagrożenie płynie z dwóch źródeł. Po pierwsze, z obniżenia rangi kształcenia ogólnego w Polsce i skrócenia edukacji, ponieważ czas nauki zostaje skrócony z 9 lat do 8 i będzie sprowadzony tylko do szkoły podstawowej. A po drugie, z tego, co się ujawnia w podstawie programowej do języka polskiego, czyli z demonstracyjnego lekceważenia czegoś takiego jak atrakcyjność lektury dla ucznia. Jeżeli lektura ma być nieatrakcyjna, jawnie niezrozumiała, to pojawiają się niestety podejrzenia, że chodzi o to, aby już na wstępnym etapie edukacji poddać młodzież pewnej selekcji: na tych, którzy wykazują najwyższy stopień zdolności i od razu zostaną wyselekcjonowani do dalszej edukacji, do studiów wyższych - być może będzie to grupa 10 proc., jak to było w PRL. A reszta zostanie - jeśli można tak powiedzieć - na śmietniku historii, bo sobie nie poradzi, nie przebije się przez niezrozumiałą lekturę, niezrozumiałe treści.

Mógłby pan podać jakieś przykłady?

Bardzo celną uwagę sformułował profesor Sławomir Żurek z KUL, który wskazał, że na przykład tekst "Mazurka Dąbrowskiego", który teraz będzie omawiany przez czwartoklasistów, jest w ogóle niezrozumiały dla dzieci w tym wieku. Ten tekst bez dwóch stron przypisów nie jest właściwie możliwy do przyswojenia przez dzieci, które dopiero skończyły edukację wczesnoszkolną. One po prostu nie będą przyswajać tego, czego nie rozumieją. To jest naturalne, bo to jedno z podstawowych praw w edukacji.

Wychodzi na to, że władza ma pewien sentyment do lektur sprzed lat. Ale pan pewnie też te lektury omawiał?

Omawiałem je jako dziecko, w tym systemie, który skazywał 90 proc. społeczeństwa na to, by nie mogło przystąpić do studiów wyższych. I w tych czasach, czasach PRL, mniej więcej 50 proc. społeczeństwa to byli wtórni analfabeci, 50 proc. społeczeństwa nie zdawało matury, kończyło szkoły zawodowe, które były szkółkami wąsko przygotowującymi do zawodu, z pewnością nie rozwijającymi uczniów ogólnie. Mimo głoszenia przez PRL ideałów robotniczo-chłopskich i twierdzenia, że ten model wykształcenia i ten model życia to najwyższy sposób funkcjonowania w społeczeństwie, to wiemy o tym doskonale, że robotnicy i chłopi byli na pozycji straconej w tamtym systemie. I jeśli mamy to odtwarzać, to musimy mieć świadomość co odtwarzamy. Duża część z nas pamięta tamte czasy, często wspominamy z nostalgią swoją młodość - tak jesteśmy skonstruowani, tak działa nasza psychika. Jeżeli jednak odwołujemy się do tych sentymentów, to przecież musimy mieć świadomość, do czego tęsknimy. Pamiętajmy, że był to czas strasznej dyktatury, fatalnych warunków ekonomicznych, niezaspokojonych aspiracji, biedy i ucisku.

Panie dyrektorze, wracając do lektur - jakie są pana najpoważniejsze zarzuty?

Chodzi o archaiczny dobór lektur, po prostu. Bardzo ograniczono możliwość wyboru lektur przez polonistę. Ten nowy obowiązkowy kanon  to lista rozbudowana, która właściwie nie pozostawia możliwości, by nauczyciel coś jeszcze dodał do tej listy. A sam kanon jest niezrozumiały dla dzieci, w dużej mierze ze względu na archaiczny język tych utworów. To jest taki zestaw lektur, który zupełnie nie liczy się z oczekiwaniami, możliwościami młodego człowieka, z pytaniami, które go nurtują, z tym tym, co jest dla niego ważne. Dajemy mu pewien zestaw z góry narzuconych treści, głównie dotyczących problemów, które były ważne dla naszej kultury 100 czy 200 lat temu. Oczywiście, nie możemy zapominać o tych problemach, ale nie można dziś czynić z nich centrum treści.

Widzi pan jakiekolwiek szanse na to, że reforma nie wejdzie w życie?

Miałem nadzieje związane z referendum, bo przecież PiS mówił w kampanii bardzo wyraźnie, że będzie słuchać głosu Polaków. A dzisiaj odrzucenie tej kampanii referendalnej jest jawną arogancją, jawnym spoliczkowaniem narodu, który domaga się referendum w sprawie w tej sprawie. Niestety, ta reforma zapewne zostanie wdrożona, a szkody będą wielkie. My w naszym zespole w KOD przygotowujemy się do monitoringu i ewaluacji skutków reformy, ale chcemy też przygotować rekomendacje dla samorządów, jak zminimalizować jej złe skutki.

To w ogóle jest możliwe?

Już teraz trzeba myśleć, co zrobić z naszą edukacją po tej reformie. Bo trzeba powiedzieć, że to jest rewolucja - poprzednie reformy, czasem lepiej, czasem gorzej przygotowane - były jednak wprowadzane w innym trybie i przynosiły pozytywne skutki. Na przykład gimnazja przyniosły znakomite efekty dla edukacji i zjawisko wtórnego analfabetyzmu w Polsce praktycznie wyeliminowaliśmy, a teraz możemy do niego wrócić. Niestety. Choć jak zawsze, wszystko zależy od mądrych nauczycieli, którzy muszą przetrwać dwa najbliższe lata.

"Reforma edukacji to zmiana grupy przypadkowych szkodników. Zastanowili się, co zrobić, żeby gruntownie zniszczyć to, co wypracowaliśmy"

DOSTĘP PREMIUM