''To jak zimny prysznic''. Populiści we Francji i Włoszech ponieśli wyborcze porażki. Dlaczego?

Porażka Frontu Narodowego we francuskich wyborach rodzi pytanie: Co zadecydowało o tym, że z 10 milionów Francuzów, którzy głosowali na Marine Le Pen odwróciło się od niej plecami? - zastanawia się prof. Arkadiusz Stempin.

W ub. niedzielę europejscy populiści ponieśli podwójną klęskę. Najpierw we Francji, gdzie w pierwszej turze wyborów parlamentarnych Front Narodowy (FN) uzyskał zaledwie 14 proc. głosów. Ambitny cel liderki partii Marine Le Pen zakładał zwiększenie liczby mandatów z dotychczasowych dwóch do sześćdziesięciu. Co zadecydowało o tym, że z 10 milionów Francuzów, którzy głosowali na liderkę FN w wyborach prezydenckich, teraz odwróciło się od niej plecami? Dlaczego po największym sukcesie notowania populistów we Francji ich notowania spadły z pieca na łeb?

Po pierwsze, z powodu partyjnych sporów. I to wokół kluczowego postulatu: wyprowadzenia Francji ze strefy euro. Stępienie jego ostrza nastąpiło, gdy okazało się, że większość Francuzów chce pozostawienia kraju w eurolandzie.

Od tej pory FN gubi się w dżungli pomysłów i kłótni. Co idzie ze strukturalnym podziałem geograficznym ruchu.

Po jednej stronie stoją ultrapopuliści z północy Francji, określeni przez jednego z dziennikarzy France Inter, „masłowym” FN. Domagają się oni uśmiercenia euro, ale forsują jednocześnie utrzymanie monstrualnego aparatu państwowego, silnie nacjonalistycznego charakteru kraju, propagują protekcjonizm gospodarczy, godząc się za to na aborcję i małżeństwa jednopłciowe. Ich przeciwnicy z południa Francji („oliwkowy” FN) są katoliccy, indyferentni wobec euro, ale traktują aborcję i małżeństwa homo za włożenie przez szatana racicy w drzwi kościelnej kruchty. Tymczasem wicelider FN i mózg partii, (oraz wielki zwolennik odejścia od euro) Florian Philipott z „masłowego” FN, sam okazał się homoseksualistą. We Francji nic nadzwyczajnego. Ale nie dla szeregów ultraprawicy.

Po drugie, wielkie wśród nich rozczarowanie wywołało wycofanie się z polityki jej siostrzenicy Marion Maréchal-Le Pen (z „oliwkowego” FN). Ta 27-latka, która teraz urodziła córkę, zasiadała w parlamencie francuskim jako jedna z rzeczonej dwójki posłów FN. I cieszyła się dużą popularnością w szeregach partyjnych zwolenników. Ci widzieli w niej naturalną następczynię ciotki. Marion jest szczególnie lubiana wśród największej konserwy partyjnej, która kreuje ją na duchową kontynuatorkę jej ultraprawicowego dziadka, Jean-Marie.

Marion optuje za większą rolą Kościoła katolickiego w kraju, gromi aborcję i homoseksualizm, ale i szowinizm narodowy ultrapopulistów z północy.

System wyborczy we Francji nie premiuje Frontu Narodowego. Liczba zdobytych głosów w całym kraju nie przekłada się jak np. w Niemczech na liczbę mandatów. By wejść do parlamentu, kandydat musi wygrać swój jednomandatowy okręg wyborczy. Co w przypadku FN jeszcze przed wyborami groziło mu w 20 okręgach na 577, głównie na północy kraju. Nie na południu, gdzie znajdują się bazy partyjne, w szeregach „oliwkowego FN”.

Te prognozy spowodowały, że wielu partyjnych funkcjonariuszy już w kampanii wyborczej trąbiło o opozycyjnej roli FN w nowym parlamencie. A co w kontekście niedawnych pogróżek przed wyborami prezydenckimi brzmiało jako ostatnia psychologiczna faza przeżywania żałoby: pogodzenie się z losem. W obszarze polityki oznaczająca śmierć. Dlatego też w kampanii wyborczej Marine Le Pen była prawie nieobecna, unikała kontaktów z mediami. Za nieliczne spadł na nią deszcz krytyki. Za agresywność i „powierzchowność tragarza od przeprowadzek”, który musi zainwestować w swoją kobiecość, w tym we fryzjera, by „nie zarzucać włosów co pół minuty za uszy”.

Do wielkiej klapy pani Le Pen solidarnie dołączył jej populistyczny kolega w sąsiednich Włoszech Beppe Grillo. Partia komika z zawodu, Ruch Pięciu Gwiazd, wyszła mocno poobijana z wyborów samorządowych. W ubiegłą niedzielę w 1005 (spośród 8 tys.) miastach i gminach, wybierano burmistrzów i radnych.

Tam, gdzie żaden z kandydatów nie uzyskał absolutnej większości pięćdziesięciu procent, za dwa tygodnie odbędzie się druga tura wyborów z udziałem dwóch najsilniejszych kandydatów z pierwszej tury. A głosowano w dużych ośrodkach, takich jak Werona, Parma, Palermo, Genua, L’Aguila czy Tarent. I nigdzie populiści nie przeforsowali swoich reprezentantów.

Spektakularną porażkę ponieśli w Genui, gdzie w mateczniku lidera ugrupowania szykowali się do utrącenia centroprawicowego burmistrza. Beppe Grillo przy urnie wyborczej, jak na komika, nie polityka, przystało, pojawił się w motocyklowym kasku. Ale o porażce kandydata populistów w portowej stolicy Ligurii nie zadecydował gadżet, lecz buta ich lidera. Grillo unieważnił nominację partyjnej kandydatki, wyłonionej w internetowych prawyborach Ruchu Pięciu Gwiazd i nominował własnego człowieka. Luca Pirondini uzyskał zaledwie 18 procent.

W skali kraju wiarygodność populistów podmyły ich iście machiaweliczne stanowisko w sprawie nowej ordynacji wyborczej do wyborów parlamentarnych oraz blamaż sprawowania rządów w dwóch dużych miastach: Rzymie i Turynie. Od ponad roku bowiem, dzięki sukcesowi w poprzednich wyborach komunalnych, które przyniosły porażkę partii byłego premiera Matteo Renziego, w ratuszach tych dwóch wielkich metropolii na fotelu burmistrzów zasiadają populiści. Ale zdążyli oni już splamić sobie ręce.

Szczególnie w Rzymie 37-letnia prawniczka Virginia Raggi o niebanalnym dla Włochów wyglądzie Moniki Bellucci, która obiecała więcej ścieżek rowerowych i buspasów, połatanie dziur na ulicach (główny problem Rzymu to zakorkowane miasto), a która odrzuciła, jej zdaniem, „kryminalną” kandydaturę Rzymu do olimpiady 2024, wpadła w sidła skandalu korupcyjnego. Członkowie jej rady miasta pobierali bajońskie uposażenie, a ona sama kryła korupcję w pionie oczyszczania miasta.

Populiści Grillo podpatrzyli właściwie strategię Macrona we Francji i postawili w wyborach samorządowych na kandydatów nowych, pochodzących z konsultacji internetowych, spoza dotychczasowych układów, ale nieobeznanych z rzemiosłem politycznym. Strategia, która we Włoszech nie zadziałała. Kandydaci Ruchu Pięciu Gwiazd okazali się mało znani.

Klęska populistów stała się wodą na młyn dla tradycyjnych ugrupowań z prawej i lewej strony sceny politycznej. Wielki sukces odniósł Leoluca Orlando, burmistrz Palermo i zawzięty wróg sycylijskiej „Cosa Nostra”, który wygrał absolutną większością i nie musi stawać do drugiej rundy wyborów. Wprawdzie uzyskał on 46 procent głosów, ale w Palermo absolutna większość wynosi 40 procent.

Wybory samorządowe uchodzą za test przed wyborami parlamentarnymi, które mają być wielkim powrotem lidera Partii Demokratycznej, Matteo Renziego. Były premier rozstał się z urzędem w grudniu ub. roku po przegranym referendum dotyczącym nowej ordynacji wyborczej. Od tej pory rządy sprawuje jego partyjny kolega Paolo Gentiloni. Sam termin wyborów parlamentarnych pozostaje na razie nieznany. Ich warunkiem jest uchwalenie nowej ordynacji wyborczej, o co nieustannie trwa przeciąganie liny między ugrupowaniami. W ubiegły czwartek projekt nowej ordynacji Renziego przepadł w parlamencie.

Wczorajsza klęska włoskich populistów podziała na nich jak zimny prysznic, studząc ich entuzjazm wokół szybkiego przeprowadzenia wyborów parlamentarnych, w których, jak sądzili, wygrają z partią Renziego.

Sprawa Sadurskiej pokazuje prawdziwą twarz PiS. "Fałszywi moraliści"

DOSTĘP PREMIUM