Ratował Żydów, a dopiero teraz dowiedział się o tym świat. "Najważniejsze były szwajcarskie archiwa"

- Ta historia nie przekreśla trudnych kart naszej historii, ale pokazuje, że państwo polskie i rząd na uchodźstwie stanęli na wysokości zadania - mówił Michał Potocki z "Dziennika Gazety Prawnej" , współautor tekstu o polskim dyplomacie Aleksandrze Ładosiu, który uratował ok. 400 Żydów.

- Jak to się stało, że ta historia utknęła gdzieś w szwajcarskich archiwach i tak długo świat się o niej nie dowiedział? - pytał Jakub Janiszewski w audycji "Połączenie", odnosząc się do publikacji w "Dzienniku Gazecie Prawnej". Zbigniew Parafianowicz i Michał Potocki opisali postać polskiego dyplomaty Aleksandra Ładosia, który za sprawą precyzyjnego biurokratycznego mechanizmu, uratował od Holokaustu ok. 400 Żydów.

-  Mamy nadzieję, że nasz tekst pomoże przywrócić pamięć Aleksandrowi Ładosiowi i jego ludziom - mówił Michał Potocki z "Dziennika Gazety Prawnej". - Ale właściwie, nie umiem odpowiedzieć na pytanie, czemu o tym człowieku wcześniej nie słyszeliśmy na takim samym poziomie jak o Raoulu Wallenbergu. Być może chodziło o to, że nie udało mu się uratować tych wszystkich Żydów, nad uratowaniem których pracowali  - mówił  Potocki.

Jak dziennikarze trafili na trop tej historii?

- W środowiskach żydowskich w Szwajcarii coś wiedziano o tym, że polscy dyplomaci pomagali polskim żydom. I nazwisko Ładosia w tym kontekście też się pojawiało. Ale pojawiało się głównie w tekstach naukowych, które bazowały na archiwach polskich i amerykańskich, a nie na tych najważniejszych czyli na archiwach szwajcarskich - wyjaśnił dziennikarz "DGP".

Jak tłumaczy, to one były najważniejsze. W 1943 roku, kiedy doszło do wpadki i szwajcarska policja zajęła się sprawą, przeprowadzono rewizję w domach Żydów zaangażowanych w całą operację w Szwajcarii i przesłuchano Juliusza Kühla, który był prawą ręką Ładosia. - I to zeznania krok po kroku odtwarzają, kto, komu, jak, kiedy, za ile - mówił Potocki.

- Jest jeszcze wiele wątków, których nie zdążyliśmy opisać  Były też paszporty z Salwadoru, Peru, Haiti, Hondurasu, Nikaragui. Schemat był podobny. Salwadorski konsul wystawił ich najwięcej, bo sam był z pochodzenia Żydem. My opisujemy od strony paragwajskiej, bo ta strona była najlepiej zbadana przez szwajcarską policję w 1943 roku i na nią jest najwięcej kwitów w Bernie - powiedział.

"To wzorcowa historia stosunków polsko-żydowskich"

Potocki podkreślał, że z dokumentów jednoznacznie wynika, że polscy dyplomaci pracowali z przyczyn ideowych. - Kwoty, które napływały z USA były kwitowane, księgowane i wysyłane do Londynu. Co więcej, jeżeli porównać kwoty, które podawano Żydom, ile kosztuje paszport i te ile za nie płacono, faktycznie się zgadzają. Tam nie ma różnicy dziesięciu procent. Wszystko wskazuje na to, że nasi dyplomaci pracowali z pobudek humanitarnych.

- Moim zdaniem i mówię to po przebadaniu tych wszystkich dokumentów, ta historia jednym z najpiękniejszych przykładów kooperacji polsko-żydowskiej w czasie wojny. Tam w tych listach, które ortodoksyjni rabini wymieniali z polskimi dyplomatami, nie ma śladów etnicznych czy politycznych sprzeczności. Ona oczywiście nie przekreśla wszystkich trudnych stron naszej historii, ale pokazuje, że państwo polskie i rząd na uchodźstwie stanęli na wysokości zadania - mówił Potocki.

Podkreślał, że choć początkowo to była inicjatywa polskich dyplomatów w Szwajcarii, ale po kilku miesiącach dostali informację z Londynu, aby jak najmocniej się w to angażować. - To jest ten pozytywny przykład z naszej historii do której moglibyśmy się odwoływać jak do wzorca - podsumował.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM