"Człowiek, który przez 30 lat ukrywał się w domu, urodził się w miasteczku tak ślicznym, że chce się wyć" [FRAGMENTY KSIĄŻKI]

W sobotniej audycji "Poczytalni" rozmawialiśmy o książce Aleksandry Lipczak "Ludzie z placu słońca". Publikujemy fragmenty reportażu, żeby mogli Państwo dyskutować razem z nami.


"Ludzie z placu słońca" Aleksandry Lipczak to książka o Hiszpanii – kraju, który był przykładem sukcesu, ale z dnia na dzień zmienił się w „chorego człowieka Europy”. Wtedy na miejsce dawnej opowieści o Hiszpanii pojawiła inna: o nierozwiązanych konfliktach z przeszłości, o cenie rozwoju, o kraju, który zrobił gigantyczny skok – okazało się jednak, że ku kryzysowi.

Ludzie z Placu Słońca to intymny portret kraju na rozdrożu. Miejsca, w którym coś się skończyło, a nowe jeszcze nie zaczęło. To zbiór reportaży o Hiszpanii z krwi i kości, a nie z turystycznego folderu. Zapraszamy do czytania i komentowania:

"WOJNA DOMOWA

W piętnaście lat zmieniło się wszystko.
Merc. Vilanova, we wstępie do książki Ronalda Frasera Mijas

Człowiek, który przez trzydzieści lat ukrywał się we własnym domu, urodził się w miasteczku tak ślicznym, że chce się wyć.
Tak mogłaby się zaczynać moja historia. Bo miasteczko jest słodkie jak cukierek. Przewodniki piszą, że to klejnot wybrzeża Costa del Sol, pełen białych domów i niebieskich donic. Gdyby nie to, że istnieje od czasów Fenicjan, można by uwierzyć, że wymyślono je specjalnie dla turystów.

Historia mogłaby się też zacząć od opisu pokoju: dwa metry na dwa, pod ścianą drewniane łóżko, nad łóżkiem obraz z sercem Jezusowym. Na lewo od łóżka szafa, na wieszaku niewielki garnitur i kapelusz. Po prawej okrągły stół nakryty serwetą, na stoliku radio.

Albo po prostu tak: Nazywam się Manuel Cortés i jestem kretem.
Nazywam się Manuel Cortés i jestem kretem, który przez trzydzieści lat nie zobaczy słońca.
Nazywam się Manuel Cortés i kiedy ukrywam się w domu, mam trzydzieści cztery lata i jestem ojcem trzyletniej dziewczynki.
W dniu, gdy z niego wychodzę, mam lat sześćdziesiąt pięć, jestem podwójnym dziadkiem i najbardziej przeszkadzają mi buty. Między 1939 i 1969 rokiem moje stopy odwykły od nacisku cholewek i twardych podeszw, dlatego aby ustać na nogach, muszę się wspierać na ramieniu mojej żony, Juliany Moreno.

Kiedy wchodzę do pokoju, mężczyźnie nie wypada wyjść na ulicę bez kapelusza. Gdy wychodzę, dziewczynom nie wypada mieć spódnicy dłuższej niż do połowy uda (przeciwko czemu nie mam zamiaru się buntować).
Nazywam się Manuel Cortés i wchodzę do pokoju przez dziurę w ścianie ukrytą pod obrazem.
Choć moją pierwszą kryjówkę w zasadzie trudno nazwać pokojem. To raczej wnęka, w której tkwię bez ruchu, jak grzyb, przez dwa i pół roku. Siedzę na dziecięcym taborecie. Ramionami dotykam ścian. Mogę wstać, ale nie mogę zrobić kroku. Dni spędzam w ciemności, świecę zapalam tylko do jedzenia. Staram się nie
kaszleć, nie kichać, nie chrząkać, nie trawić.
Ja, człowiek, który ukrywa się we własnym domu jak szczur, przez trzydzieści lat wychodzę na ulicę tylko dwa razy.

Pierwszy raz, żeby w środku zimowej nocy, w spódnicy i chuście na głowie, pokonać osiemset metrów, które dzielą wnękę w ścianie od skrytki pod schodami.
Drugi, żeby przejść dwieście pięćdziesiąt metrów między skrytką pod schodami i pokojem na piętrze.
Poza tym nie wychodzę już w żadnej innej sprawie.

Kiedy boli mnie ząb, wyrywam go sobie przed lustrem. Kiedy dostaję skrętu kiszek, przykrywam twarz poduszką, żeby nikt nie usłyszał mojego wycia. Kiedy potrzebuję leków, moja córka María udaje te same objawy przed lekarzem.
Kiedy niña wychodzi za mąż, zamiast poprowadzić ją do ołtarza, błogosławię ją jednym okiem przez dziurkę od klucza.
Przez dziurkę od klucza żegnam się też z pierwszą wnuczką. Na dole nad ciałkiem lamentują kobiety. Na piętrze leżę ja, znowu z twarzą w poduszce, żeby nikt nie usłyszał, że w tym domu płacze ktoś jeszcze.
Kiedy umrę ja, pochowają mnie nocą na patio. Taki jest przynajmniej plan, bo na razie żyję, choć to życie trzeba wziąć w cudzysłów.

***
O kobiecie, która przez trzydzieści lat ukrywa w domu męża, gorzej się opowiada. Tak mogłaby się zaczynać moja historia.

Nazywam się Juliana Moreno i przez trzy dekady, w czasie których mój mąż nie wychodzi z domu, robię rzeczy, o których gorzej się opowiada, bo jest to głównie harówka od rana do nocy.
Kiedy on siedzi, ja przemierzam kilometry. Gdy on znika, ja stawiam czoła. Kiedy jego nie ma, ja jestem. Gdyby świat był urządzony inaczej, to mnie przypadłaby pierwszoplanowa rola w tej historii, ale w obecnym świecie jestem postacią poboczną (przeciwko czemu nie mam zamiaru się buntować).
Kiedy mój mąż Manuel Cortés wchodzi do wnęki po podstawionej przeze mnie komodzie, mój majątek to pięćdziesiąt peset. Co można kupić za pięćdziesiąt peset? Trzy pary dziecięcych sandałków. Kupuję jedną, dla córki. Kiedy mój mąż wychodzi, mam własny dom i taksówkę, a najbardziej przeszkadza mi przeczucie, że zaraz stanie się coś złego. Przez trzydzieści lat przywykłam do stanu ciągłej czujności, dlatego nie pozbędę się tego uczucia już nigdy.
Moje życie to ciągła krzątanina.
Raz na tydzień idę trzydzieści kilometrów pieszo do Malagi, żeby rano sprzedać jajka. Na czarnym rynku kupuję włókno osetnicy, do późnej nocy plotę kosze i sznurki. Nielegalnie rozprowadzam osetnicę wśród innych kobiet, które jak ja walczą o przetrwanie.
Tylko że ja jestem w tym mistrzynią.
Nie mam pojęcia, skąd wiem, jak robić interesy, bo nie potrafię czytać i pisać.
Nie piszę, nie czytam, ale umiem zarobić tyle, żeby po kilku latach kupić dom z pokojem na piętrze.
Po kilkunastu latach – taksówkę, którą mój przyszły zięć będzie woził turystów.
Umiem też patrzeć prosto w oczy policjantom i przyjmować w domu interesantów i sąsiadki. Odgrywać oscarową rolę, choć nigdy nie byłam w teatrze ani kinie.
Mój mąż, który przez trzydzieści lat nie wychodzi z domu, czasem ma problem z tym, że to kobieta rządzi w jego domu. Ale mojego męża przecież nie ma.

A ja nie tylko muszę go chronić, ale jeszcze znosić jego lekkomyślność.
– Znowu uchylałeś okiennice, Manolo! Ktoś cię w końcu zobaczy – besztam go.
On lubi sobie popatrzeć na kobiety i czasem bywa nieuważny.

Nazywam się Juliana Moreno i często śni mi się ten sam sen. W tym śnie mój mąż wychodzi z domu i – aj, aj! – od razu ktoś go zauważa.
Chowa się szybko, ale jest już za późno, już się dowiedzieli.
Mój mąż nazywa się Manuel Cortés i przez trzydzieści lat nie pozwala mu wyjść z domu strach. Nie wiadomo tylko, czyj strach jest większy: jego czy mój, Juliany Moreno.
Strach budzi historia „wykrzywiona jak twarze malowane przez Goyę”, jak napisze parę dekad później pisarz Michel del Castillo.
Strach budzi to, że mili ludzie mogą w sobie przestać widzieć ludzi tylko dlatego, że mają inne poglądy.
Strach budzą słowa młodego generała. Nazywa się Francisco Franco i mówi amerykańskiemu dziennikarzowi, że jego siły spacyfikują wkrótce cały kraj.
– Będzie pan musiał rozstrzelać pół Hiszpanii.
– Jeśli to będzie konieczne, tak zrobię.
Strachem napełnia też to, że strzały nie milkną nawet po wojnie. Że strzałów jest jeszcze dwadzieścia tysięcy, że nielegalne są partie i związki, stowarzyszenia żydowskie, feministyczne, wegetariańskie, nudyści, esperantyści, homeopaci i szkoły Montessori.
Strach jest wszędzie: w stropie, pod kołdrą i między deskami podłogi.

Trzydzieści lat. W ciągu trzydziestu lat można się ożenić, zjechać pół świata, wychować dzieci. Można mieć wnuki, można się zestarzeć.

I my się starzejemy, tracimy zęby, kupujemy pierwszy telewizor, świętujemy nowy rok, imieniny i 1 Maja. Jemy wtedy kurczaka, a Manuel wypala cygaro. Inne w naszym życiu jest właściwie tylko to, że świętujemy przy drzwiach zamkniętych na zasuwę, żeby on w razie czego zdążył zapaść się pod ziemię.

Nikt nie wiedział? Nikt się nie domyślał?
Ulica jest wąska, okno patrzy w okno. Raz, dwa, trzy… Dziewięć. Dokładnie tyle kroków dzieli na tej ulicy jedną fasadę od drugiej.
– Mówiłam czasem mamie: rusza się firanka, tam ktoś jest – powie po latach sąsiadka. – Nie pleć bzdur, łajała mnie wtedy. Nie wolno mówić takich rzeczy.

Nie wolno też mówić innych rzeczy.

***
Mam na imię María i jestem dziewczynką, która nie zna imienia swojego dziadka. Tak mogłaby się zaczynać moja historia.
– Dziadek to dziadek – słyszę od zawsze. Zresztą o dziadku się nie rozmawia. Dziadka oficjalnie nie ma. Dla mnie to nawet lepiej, bo mam go tylko dla siebie.
Któregoś dnia wracam jak zwykle ze szkoły. Przecinam placyk, mijam aptekę. Kiedy skręcam w naszą ulicę, przeszywa mnie mróz. Pod domem jest tłum. Biegnę co sił w nogach, przedzieram się między nogami dorosłych. Widzę, co się dzieje, i zamieram.
Tam, między ludźmi, stoi on. Poszarzały na twarzy, oślepiony przez słońce. Obok niego kręci się mężczyzna z wielkim aparatem.
– Chodźcie, dziewczynki, zrobię wam zdjęcie z dziadkiem Manuelem – proponuje.
– Nieee! – słyszę krzyk mojej młodszej siostry. – Tego się nie mówi!
Mój dziadek, który wyszedł z domu po trzydziestu latach, stoi, oślepiony przez słońce, biały jak pieczarka.
Jak pieczarka, która wyszła spod ziemi albo kret – bo tak nazywają takich jak on.
Jak krety spędzili ostatnie trzydzieści lat w ciemnościach.

***
Eufemiano Días González przez dziesięć lat ukrywał się w owczarni, w dziurze pod ziemią przysypanej gnojem.
Pedro Perdomo nie zobaczy za dobrze świata, bo prawie oślepł od ciągłego przebywania w półmroku.
Protasio Montalvo wyjdzie dopiero za osiem lat i nie będzie się mógł nadziwić kolorom twarzy. Wcześniej panienki chciały być bielutkie.
Saturnino de Lucas zdążył napisać na swoim stryszku filozoficzny traktat o gwiazdach i planetach.
Prasa pisze, że Mijas ma nowego mieszkańca. Nie jest nim noworodek, tylko ostatni przedwojenny burmistrz miasteczka, socjalista, który po trzech dekadach opuścił swoją kryjówkę. Trzydzieści lat po wojnie domowej generał Franco ogłosił amnestię dla wrogów politycznych z czasów wojny.
Nazywa się Manuel Cortés i po raz pierwszy od trzydziestu lat patrzy na świat.
Żeby dobrze mu się przyjrzeć, musi nieco unieść rondo kapelusza, bo nigdy nie wychodzi z domu z gołą głową. Najbardziej dziwi go widok, który roztacza się z miasteczka. Tam, gdzie były drogi dla kóz, jeżdżą setki aut. Na dawnych polach stoją domy cudzoziemców.
Zamiast gładkiej linii morza są betonowe klocki: hotele. Wybrzeże nędzy stało się wybrzeżem słońca, Costa del Sol.

Nie dożyje dekady, kiedy na wybrzeże wyleje się więcej ton betonu. Nie dożyje raportu ekologów o tym, że tutejsze okolice to budowlana katastrofa.
Nie dożyje dnia, kiedy jego następca na fotelu burmistrza – też socjalista – przyzna sobie najwyższą pensję w całym kraju.
Choć żyje jeszcze całkiem długo.

To ona, Juliana Moreno, odchodzi pierwsza. Kiedy nie musi dłużej grać, jej ciało szybko odmawia posłuszeństwa, jakby wreszcie mogło sobie pozwolić na kapitulację.
Ale choć on żyje dłużej, nie zdąży zobaczyć, że sam stał się atrakcją turystyczną – że jego pokój, meble i radio są teraz w muzeum. W ich domu – w którym nie ma już pokoju na piętrze, bo dawno został wyremontowany – mieszka dziś małżeństwo angielskich emerytów.
– Oh, really? – odpowiadają uprzejmie, kiedy zapytać ich, czy wiedzą, że ich dom był przez osiemnaście lat kryjówką.

Człowiek, który przez trzy dekady ukrywał się we własnym domu, urodził się w miasteczku tak ślicznym, że aż chce się wyć. Po wierzchu: cukiereczek dla turystów. Ale jeśli pobyć tu dłużej, smak robi się dziwny, jakby trochę gorzki."

Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Dowody na Istnienie

Premiera: 4 maja 2017

"Poczytalni" zbierają się raz w tygodniu, by przy kawie lub herbacie rozmawiać o książkach. Do naszego klubu należą dziennikarze, pracownicy i współpracownicy. Mamy nadzieję, że nasze zaproszenie przyjmą też słuchacze. Nie robimy krytycznej analizy dzieła, nie zastanawiamy się nad historycznymi odniesieniami i kontekstem literackim. Jesteśmy zwykłymi czytelnikami i chcemy też zachęcić naszych słuchaczy, by czytali razem z nami i dzielili się swoimi wrażeniami i przemyśleniami.

DOSTĘP PREMIUM