Są wyroki ws. ataku na marsz w Przemyślu. "Środowiska antyukraińskie rosną w siłę"

20 osób zostało skazanych za zakłócanie procesji religijnej w zeszłym roku w Przemyślu. - Środowiska narodowe i antyukraińskie w Przemyślu rosną w siłę, czują przyzwolenie na takie a nie inne działania - mówią TOK FM mieszkańcy Przemyśla.

Potrącanie części pensji przez kilka miesięcy lub obowiązek pracy na cele społeczne - to kary dla dwudziestu osób, które w ubiegłym roku zakłóciły procesję religijną w Przemyślu. Mowa o procesji społeczności ukraińskiej na miejscowy cmentarz, co jest wieloletnią tradycją Ukraińców. Przed rokiem doszło do przepychanek - procesję zaatakowali narodowcy. W tym roku było bezpiecznie, ale - jak mówi mniejszość ukraińska - to nie znaczy, że bezpiecznie jest na co dzień.

W sprawie procesji sprzed roku Sąd Rejonowy w Przemyślu wydał wyrok nakazowy, co oznacza, że nie jest on prawomocny i można od niego złożyć sprzeciw. Dwanaście osób, zgodnie z decyzją sądu, ma mieć potrącane 20 procent pensji przez okres od 4 do 10 miesięcy, a pieniądze trafią do Funduszu Pomocy Pokrzywdzonym oraz Pomocy Postpenitencjarnej. Osiem pozostałych osób - a są to bezrobotni - ma odpracować karę na cele społeczne. Oskarżeni odpowiadali za złośliwe przeszkadzanie w publicznym wykonywaniu aktu religijnego, w tym wulgarne znieważanie Ukraińców, którzy szli w procesji, a także blokowanie przemarszu. Kilka osób miało też zarzuty związane z uszkodzeniem ciała i naruszeniem nietykalności cielesnej dwóch uczestników procesji.

Przemyśl  i mniejszość ukraińska

Czerwcowa procesja odbywa się tu od wielu lat. Przed rokiem doszło do pierwszego, otwartego ataku. Igor Horków ze Związku Ukraińców w Polsce mówi nam, że zaczęło robić się niebezpiecznie. - Pojawiły się na przykład wpisy na Facebooku, że taka i taka dziewczyna, która była na procesji, jeździ autobusem konkretnej linii. Takie jakby nawoływanie do ataku - mówi Horków. Podobne głosy słyszmy też od innych.

Ukraińcy mówią wprost: od kilkunastu miesięcy środowiska narodowe i antyukraińskie w Przemyślu rosną w siłę, czują przyzwolenie na takie a nie inne działania. Na porządku dziennym są obraźliwe, często wulgarne napisy na murach czy przed polsko - ukraińską szkołą; coraz częściej zdarza się, że ktoś zwraca Ukraińcowi uwagę, że ma mówić po polsku, a nie po ukraińsku; są też nieprzyjemne sytuacje w sklepach czy restauracjach.

Jeszcze do niedawna wielu Ukraińców na co dzień chodziło w tradycyjnych, haftowanych ukraińskich koszulach. Teraz jest to coraz rzadsze, bo ludzie się boją. Ich obawy dotyczą tego, że przez kogoś w autobusie czy na ulicy może to zostać uznane za prowokację i powód do ataku.

Tania wróciła do Przemyśla po latach: "Szok"

Tania Nakonieczna jest Ukrainką, ale i Polką, urodziła się w Przemyślu, ma ukraińskie korzenie. Wiele lat spędziła z rodziną w Warszawie, ale razem z mężem postanowili do Przemyśla powrócić. Na stałe. M.in. ze względu na to, że jest tu polsko - ukraińska szkoła, w której uczą się ich dzieci. - Byliśmy obydwoje zszokowani tym, co tu zastaliśmy - poziomem frustracji ludzi, ale też problemem niechęci do ludności ukraińskiej. Teraz wychodzi, że ten problem jest tutaj bardzo silnie zakorzeniony - mówi Włodzimierz Nakonieczny, mąż Tani. Nie ukrywa, że ma obawy. - Czasami obawiam się o bezpieczeństwo dzieci. Wiem, że tutaj w każdej sytuacji, nieprzewidzianej zupełnie, może wyniknąć jakiś konflikt i one mogą paść ofiarą czyjejś złości czy agresji - mówi pan Włodzimierz. Choć w jego ocenie, powrót do Przemyśla to była dobra decyzja.

Tania pracuje w polsko-ukraińskiej firmie, prowadzi też dwa zespoły wokalne w przemyskim Narodnym Domu (miejsce spotkań społeczności ukraińskiej w Przemyślu). - Staram się wpoić dzieciom i młodzieży zainteresowanie kulturą ukraińską, zwyczajami ukraińskimi, piosenkami ukraińskimi, foklorem - mówi Tania.

Mimo tego, że Przemyśl to jej rodzinne miasto - dziś w obliczu ataków i aktów ksenofobii - jak mówi, trochę żałuje, że razem z rodziną zdecydowała się na powrót. Bo dziś ma obawy o dzieci. - To nie jest strach, który mnie paraliżuje. Bo mimo wszystko zachęcam syna-nastolatka, by brał ze mną udział w procesji, by nosił ukraińską, wyszywaną koszulę, nie mam problemu z tym, by przeszedł po mieście w tej koszuli, a wiem, że bardzo wielu rodziców w tej chwili już nie pozwala na to swoim dzieciom - mówi Tania. Ale dodaje, że wcześniej nie zastanawiała się na tym, którymi ulicami syn będzie szedł i czy nie będzie już ciemno, a dziś za każdym razem o tym myśli. - Nie powinnam mieć tych obaw w normalnej sytuacji, ale dziś je mam - mówi Tania.

Córka do mamy: "Czy Ukraińcy są gorsi?"

Nasza rozmówczyni ma też młodszą córkę. - O nią boję się bardziej. Zdarza się, że przychodzi do domu i pyta mnie, czy Ukraińcy są gorsi. Albo na ulicy mówię do niej po ukraińsku, a ona mnie prosi, bym mówiła po polsku, bo ona się wstydzi. I boję się tego, że to co dzieje się naokoło, będzie miało na nią zły wpływ, że to spowoduje w niej takie poczucie, że jesteśmy gorsi, bo jesteśmy mniejszością - mówi Tania.

Liliana Kalinowska jest Polką, mieszka w Przemyślu, ma znajomych wśród Ukraińców. Widzi, co się dzieje; słyszy, że język ukraiński na ulicach słychać coraz rzadziej. - Jest mi ogromnie przykro i się tego wstydzę. Czuję się tak jak Ukraińcy, choć nie spotyka mnie żadna agresja. Ale czuję się z tym okropnie - jako Polka, mieszkanka Przemyśla, jako ich koleżanka - mówi pani Liliana. Jej zdaniem, polsko-ukraińskie relacje stają się w Przemyślu coraz trudniejsze i nic nie wskazuje na to, by miała nastąpić jakaś zmiana. Coraz częściej słychać utożsamianie Ukraińców z banderowcami, stawianie między nimi znaku równości. - A to jest bardzo szkodliwe. Nikt nie przerywa tej narastającej nienawiści i to pozwala się temu zjawisku rozrastać. Nie ma żadnej reakcji władz - zarówno lokalnych, jak i państwowych. Co więcej, są gesty przyzwolenia na nienawiść i to jest ogromnie przykre - mówi Liliana Kalinowska.

"Jeśli będziemy odgrodzeni Wołyniem, nigdy się nie porozumiemy"

Zygmunt Ferenc też jest Polakiem z Przemyśla i też nie może się pogodzić z tym, co się aktualnie w Przemyślu dzieje. - Jestem przeciwny nacjonalizowi, u mnie w domu szanowało i szanuje się wszystkich. Jest we mnie podwójne uczucie: wstydu za zachowania Polaków, ale i zdecydowanego potępienia dla tych antyukraińskich ataków - mówi pan Zygmunt. - Jeśli my cały czas będziemy odgrodzeni z jednej strony Wołyniem, a z drugiej strony akcją Wisła, to my się nigdy nie porozumiemy - mówi nasz rozmówca.

Tegoroczna procesja Ukraińców w Przemyślu przebiegła spokojnie, bo ochraniały ją kordony policji. Narodowcy stali z boku, ale nie mieli szans się przedostać do idących ulicami ludzi - Ukraińców, ale i wielu solidaryzujących się z nimi Polaków. - Był spokój, bo była policja. Ale wstyd mi było, gdy widziałem, jak niektórzy z palcami podniesionymi do góry - w takim a nie innym wulgarnym geście - stali z boku i śpiewali "Jeszcze Polska nie zginęła" - dodaje Zygmunt Ferenc.

DOSTĘP PREMIUM