"To skandal, wszystko na wariackich papierach". Rodzice dzieci niepełnosprawnych swoje, MEN swoje

Rodzice się boją, dyrektorzy szkół i poradni mówią o chaosie, a ministerstwo edukacji tłumaczy, że chciało tylko poprawić przepisy o nauczaniu dzieci niepełnosprawnych.

Do tej pory nauczanie indywidualne mogło się odbywać nie tylko w domu. - Te dzieci przychodziły do szkoły, miały część lekcji indywidualnie z nauczycielami, a część ze swoją klasą - tłumaczy Anna Niedźwiedzka ze Stowarzyszenia Niegrzeczne Dzieci. Tak jak syn pani Eweliny, który cierpi na zespół Aspergera - On bardzo lubi nauczycieli, lubi klimat w tej szkole. A teraz nie rozumie, czemu nie może do niej chodzić - opowiada mama.

MEN zapewniało, że będzie lepiej

Nowe prawo przewidziało, że nauczanie indywidualne na terenie szkoły mogą mieć tylko te dzieci, które dostały orzeczenie z poradni do 31 sierpnia. A pani Ewelina poszła do poradni 1 września i... jej syn dostał nauczanie indywidualne, ale w domu. - To dla niego naprawdę ogromne emocje, bo bardzo chce chodzić do szkoły - słyszymy od mamy.
Rozmawialiśmy o tym z Joanną Wilewską z Departamentu Wychowania i Kształcenia Integracyjnego Ministerstwa Edukacji .

- Myślę, że całe zamieszanie wynika z niezrozumienia, dla kogo jest nauczanie indywidualne, a dla kogo kształcenie specjalne. Nauczanie indywidualne jest dla dzieci chorych, np. po wypadkach - dziecko czasowo lub na dłuższy okres jest wykluczone z możliwości chodzenia do szkoły. Jego stan zdrowia mu to utrudnia lub uniemożliwia. Natomiast druga grupa dzieci to dzieci niepełnosprawne, które są kształcone w oparciu o orzeczenie o potrzebie kształcenia specjalnego

- mówi Wilewska.


 "Wcześniej była patologia"

Urzędniczka MEN podkreśla, że szkoła ma obowiązek stworzyć dzieciom niepełnosprawnym możliwości rozwoju, tak by były włączane do grupy rówieśniczej i by realizowały podstawę programową razem z grupą. Jak słyszymy, nauczanie indywidualne nie jest dla dzieci niepełnosprawnych, bo one nie są chore. - Dla przykładu, autyzm nie jest stanem chorobowym, który decyduje o wydaniu orzeczenia o potrzebie nauczania indywidualnego. Dziecko z autyzmem objęte jest kształcenie specjalnym na podstawie orzeczenia o potrzebie kształcenia specjalnego - tłumaczy Wilewska.

Zespół nauczycieli w danej szkole powinien - na podstawie orzeczenia - opracować indywidualny program edukacyjno - terapeutyczny. - To właśnie ten zespół określa, czy dziecko ma mieć część zajęć prowadzonych indywidualnie - mówi Wilewska. I wyjaśnia, że wcześniej dochodziło do "swoistej patologii".

- Większość dzieci, chociażby ze spektrum autyzmu, miało podwójne orzeczenia: orzeczenie o nauczaniu indywidualnym i orzeczenie o potrzebie kształcenia specjalnego. To była niewłaściwa realizacja rozporządzenia. I ten błąd chcemy wyprostować 

- mówi. - Chcemy zmusić szkołę do tego, by dziecko niepełnosprawne miało pełną szansę realizować się wśród rówieśników.

"Ja nic nie muszę"

MEN informuje o nowości, czyli zindywidualizowanej ścieżce kształcenia. Jeśli poradnia wyda opinię, że dziecko takiej ścieżki potrzebuje - szkoła ma obowiązek ją realizować. Dyrektor J.Wilewska mówi wprost: dziecko z zespołem Aspergera (potocznie nazywanym lżejszą odmianą autyzmu) powinno mieć zajęcia z klasą, a nie indywidualnie z nauczycielem. - Takie dziecko musi się rozwijać społecznie. A jak ma to robić, siedząc za zamkniętymi drzwiami z nauczycielem, a z kolegami widząc się tylko na przerwach? - pyta przedstawicielka MEN.

Rodzice obawiają się jednak, że dyrektor szkoły - chcąc zaoszczędzić finansowo, ale też uciekając przed kłopotami z "trudnym" uczniem - nie będzie się godził na przychodzenie dziecka do szkoły. Nawet jeśli będzie miał opinię z poradni, że powinno być włączane w życie klasy. - Do tej pory dyrektor dostawał z poradni orzeczenie, czyli decyzję administracyjną. Teraz ma to być opinia o zindywidualizowanej ścieżce kształcenia. Przecież wiadomo, że będą tacy dyrektorzy, którzy powiedzą rodzicowi "Ja nic nie muszę" - słyszymy od rodziców dzieci z autyzmem.

Urzędniczka MEN: "Boję się, ale..."

Zapewnia, że opinia z poradni będzie dla dyrektora obligatoryjna, choć nie podaje przepisu, z którego ten obowiązek, a nie tylko dowolność miałby wynikać. - Nie ma podstaw, by dziecko niepełnosprawne otrzymało orzeczenie o potrzebie nauczania indywidualnego w domu - mówi Wilewska. Dodaje, że za wszystko odpowiedzialny jest dyrektor szkoły - nie wierzy, by dyrektorzy odmawiali rodzicom prawa do różnych form kształcenia ich dzieci. - Kto weźmie na siebie odpowiedzialność, żeby odmówić zorganizowania zindywidualizowanej ścieżki kształcenia, jeśli będzie taka opinia z poradni psychologiczno-pedagogicznej? Nikt się nie odważy tego nie realizować, tym bardziej, że do szkół wraca nadzór pedagogiczny, którego przez ostatnie lata jakby nie było - dodaje urzędniczka MEN.

Co ciekawe, Joanna Wilewska przyznała w rozmowie z nami, że boi się zmian - m.in. tego, że dyrektor szkoły powie "Ostateczna decyzja należy do mnie. To konkretne dziecko powinno się uczyć wyłącznie w domu". - Boimy się wszyscy, ale nasza szkoła jest przed zmianami. Sama byłam dyrektorem szkoły specjalnej, wiem, że pewne rozwiązania należy zmieniać. Mamy od tego nadzór pedagogiczny i przygotowujemy do teraz do tego, by sprawdzał szkoły, jak realizują orzeczenia, jak realizują opinie z poradni - wyjaśnia urzędniczka.
- To skandal, że wszystko wprowadza się na wariackich papierach, jest ogromne zamieszanie i chaos, cierpią na tym dzieci, stresują się nauczyciele. Prosiliśmy o okres przejściowy dla naszych dzieci, ale MEN nie poszło nam na rękę. Postawiło na swoim i jest jak jest - mówi pani Ewa, jedna z mam.

DOSTĘP PREMIUM