"Słyszą, że dobrze pracują, ale rynek ciągle ich usadza. Silniejsi dadzą sobie radę, słabsi muszą żreć gruz"

Śmieciówki, niskie płace, staże - Kamil Fejfer zebrał historie zawodowej niesprawiedliwości i rozczarowania trzydziestolatków. Przedstawia je w swojej książce "Zawód. Opowieść o pracy w Polsce. To o nas".

Wszystko zaczęło się kilka miesięcy temu, kiedy na facebookowym profilu  „Magazyn Porażka" Kamil Fejfer napisał, że zamierza napisać tę książkę. Natychmiast znalazło się szerokie grono chętnych do opowiedzenia swoich historii. Dziennikarz wybrał i opisał dziesięć z nich.

Zuzanna Piechowicz, TOK FM: Polska stażem stoi? Czy to jest doświadczenie pokoleniowe trzydziestolatków? Większość z nas spędziła trochę czasu na bezpłatnym stażu.

Kamil Fejfer: Polska uprzywilejowana stażem stoi. Żeby mieć staż, trzeba mieć kogoś, kto dopłaci korporacji do tego stażu, korporacji, która - pamiętajmy - jest zazwyczaj bogata i ją stać, żeby nam zapłacić za pracę. Najczęściej są to rodzice, chłopak albo dziewczyna. Bez tego wsparcia musimy iść do dużo gorszej, nisko płatnej pracy.

A trzeba pamiętać, że jeśli zaczynamy swoją karierę zawodową przewracając hambuksy, zapiekanki czy kelnerzyć, to mamy mniejsze szanse, że się z tego wygrzebiemy. Te prace wymagają dużo energii i czasu - są kiepsko płatne, więc trzeba dużo pracować, a jak się już kończy po iluś godzinach tego zapie***u, to ma się bardzo mało energii, aby się przebranżowić.

W książce opisujesz historie tłumaczki, historyczki sztuki, pracowniczki korporacji - ludzi z różnych dziedzin. Nasuwa się bardzo istotne pytanie, czy istnieje zatem dział w Polsce wolny od problemów z pracą?

- To dział IT. Ale te malutkie wysepki eksperckie to niewielka część rynku i to jest właśnie to, co się nazywa rynkiem pracownika. Występuje on wtedy, kiedy istnieje nie tylko równowaga negocjacyjna pomiędzy pracownikiem a pracodawcą, ale kiedy jest przewaga pracownika. Wtedy pracownik może powiedzieć, że ma trzech, pięciu, a nawet dziesięciu na miejsce potencjalnego pracodawcy.

Niestety rynek pracownika jest tylko dla garsteczki czyli 10-15 procent ludzi. Większość nigdy go nie doświadczy. Według danych publikowanych w serwisie Work Service 30 proc. pracodawców chce dawać podwyżki. W takiej sytuacji w mainstreamowym dyskursie mówilibyśmy już o runku pracownika. Ale to chyba jest nieprawda. Przecież w dalszym ciągu 70 proc. pracodawców nie chce ich dawać.I ciągle to większość pracodawców może powiedzieć: mam 50 na twoje miejsce. 

"Zawód" - to jedna z najsmutniejszych książek jakie ostatnio czytałam. Mówi o tym, że praca, która dominuje życie pod względem poświęcanego czasu, dla nas, dla pokolenia trzydziestolatków, jest na poziomie wręcz beznadziejnym. Czy istnieje jakieś rozwiązanie, aby skończył się dramat tak wielu ludzi?

- Pewnie każdy trzydziestolatek odnajdzie się w tej książce, a jak nie siebie, to kogoś znajomego czy z rodziny. Myślałem, że opowiedzenie tych historii nie obudzi takich emocji, a jednak. Codzienność niewypowiedziana nie drażni. Zresztą bohaterowie mojej książki też początkowo nie zdradzali swojego wkurzenia. Jednak z każdym kolejnym wywiadem coraz bardziej nerwowo podchodzili do sytuacji, w których się znajdują. Część z nich się rozklejała. Widziałem, że oczy im się szkliły.

Rozwiązanie? Cóż, rewolucja brzmi fajnie. Ja jednak jestem pragmatykiem i wolałbym, aby były prowadzone nudne, a skuteczne polityki publiczne, kontrola jakości zatrudnienia. Państwowa Inspekcja Pracy mogłaby sprawdzać, kto na jakiej umowie pracuje, żeby „odśmieciowywać” ten rynek pracy.

W książce opowiadasz o chłopaku, który pracował jako sprzątacz i podpisano z nim umowę zlecenie na dwie godziny przed kontrolą Państwowej Inspekcji Pracy. Dzieje się tak ponieważ PIP uprzedza, kiedy i o której przyjedzie na kontrolę.

- To pokazuje myślenie ludzi o tym, jak powinien wyglądać rynek, które zrodziło się w latach 90., jako odbicie starego systemu. Neoficka Polska stwierdziła, że rynek wyreguluje się sam i nie trzeba przedsiębiorcom przeszkadzać, a z pewnością Polska będzie rosła w siłę.

Gonimy kraje zachodu...

- Metodami krajów wschodu. Tylko, że to nie działa. Działa na silniejszych, a słabsi muszą żreć gruz. I to nie jest fajne.

Dla starszego czytelnika cześć z tym problemów może wydać się zmyślona. Jak przekonać ich do autentyczności i wagi problemu?

- Najbardziej symptomatyczna jest historia dziewczyny, która ukończyła dwa kierunki studiów, zrobiła doktorat z psychologii, jest potrójną laureatką konkursu Studencki Nobel, autorką kilkudziesięciu publikacji naukowych, a która od pięciu lat nie może znaleźć pracy w zawodzie. Ona nie chce wielkich pieniędzy i sławy, marzy tylko o tym, aby pracować z ludźmi, wykonując swój zawód.

Zrobiła wszystko, o czym nam się zawsze mówiło: ucz się pilnie, zbieraj super średnie, rób kursy, poszerzaj horyzonty, zdobywaj kwalifikacje, po czym ona w kolejnych miejscach stara się o pracę i okazuje się, że wygrywają z nią ludzie mniej kompetentni albo w ogóle bez kompetencji, tylko tacy, którzy w firmie mają ciocię czy znajomego. To oczywiście jest frustrujące.

Ten dyskurs merytokracji, że wszystko zależy od kompetencji to po prostu bullshit. To tak nie działa. O wiele bardziej liczą się znajomości i szczęście. I to może być trudne do zaakceptowania. Gdy człowiek staje się dorosły i uświadamia sobie, że te mechanizmy, które powinny działać – nie działają. To powoduje rozdarcie. Pojawiają się zatem pytania: Jak żyć? Co robić? Gdzie szukać rozwiązania?

Czasem odpowiedzią jest emigracja i praca na magazynie w Wielkiej Brytanii z dyplomem wyższej uczelni.

- W zasadzie, to jest też dobre wyjście. Takie underemployment - czyli zatrudnienie poniżej kwalifikacji, ale dające możliwość normalnego życia, pojechania na wakacje, co w Polsce jest bardzo trudne. Ostatnio GUS podał dane dotyczące sytuacji życiowej Polaków. Wynika z nich, że 40 proc. gospodarstw domowych w Polsce nie może sobie pozwolić na tygodniowy urlop raz w roku. Nie mówię o wygórowanych ambicjach, o basenach i luksusie, ale o zwyczajnym urlopie. Nie dzieje się tak dlatego, że jesteśmy leniwi, bo po Grekach jesteśmy najbardziej pracowitym narodem, pracujemy np. o 1/3 dłużej niż Niemcy, a stykamy się z takimi problemami.

A dlaczego pracodawcom opłaca się płacić pracownikom dobre pieniądze?

- A może się nie opłaca? Jeśli państwo nie wbije gdzieś klina między silniejszych pracodawców i słabszych pracowników, to będą płacić tylko tyle, żeby ktoś im przyszedł do pracy. Nie ma także za bardzo alternatywy, ponieważ w Polsce prawie nie istnieją zasiłki dla bezrobotnych. Powstaje armia ludzi, którzy pójdą do każdej pracy, ponieważ zmusi ich do tego może nie głód, ale taka konwulsyjna egzystencja - „kiepskie życie”.

Dopóki państwo nie będzie ingerować w te relacje, dopóty pracownicy będą mieli przechlapane. Na to nakładają się bardzo złożone czynniki np. produktywność pracy, ale to też można wymuszać na pracownikach np. przez wzrost płacy minimalnej.

W Danii na przykład działa taki mechanizm, że jeśli ktoś rezygnuje z pracy, to przez dwa lata dostaje "pensję" w wysokości 80 proc. otrzymywanego wcześniej wynagrodzenia, aby móc się przekwalifikować. Ale czy ci ludzie, którzy będą wchodzili teraz na rynek pracy, mają po 20-25 lat, trafią do tej samej magmy co trzydziestolatkowie?

– Trudno powiedzieć… coś się stanie na rynku pracy. Po pierwsze zaczynamy o nim mówić. Wcześniej patrzyło się tylko na PKB i jeśli rosło, to wszystko było super, a teraz zaczyna się rozmowa. Może będziemy bardziej ten rynek regulować. Sama świadomość tego, że rynek pracy i ludzie na nim mogą być kwestią społeczną czy problemem już jest czymś ważnym. Być może kiedyś będzie nam się żyło jeszcze lepiej. Jeśli teraz ten Polak dostanie podwyżkę 100 zł, to nie jest to wiele, ale może za jakiś czas dostanie 700 zł i to już będzie bardziej znośne życie. Można czekać, bo jak mówił Keynes „w długiej perspektywie wszyscy będziemy martwi” albo można podejmować jakieś aktywne działania.

A ty masz jakieś swoje doświadczenia prekariackie?

- Ja chyba nigdy nie opuściłem prekariatu.Jestem prekariuszem, który trochę lepiej zarabia. Prekariat strasznie dezorganizuje życie, tzn. niestałość zatrudnienia, niskie zarobki, to coś co nie pozwala na planowanie nie tylko rodziny, ale i swojej kariery. Nie wiesz, czy za miesiąc będziesz mieć tę samą pracą, czy coś się czasem nie posypie. A jeśli nagle popsuje ci się pralka, to jesteś na tyle biedny, że musisz szukać jakiś rozwiązań - brać chwilówki albo pożyczyć od znajomego.

Wśród bohaterów tej książki powtarzała się taka opowieść, która jest dla nich wspólna. Część ludzi, których oni uznawali za autorytety, mówiła, że wykonują swoją pracę bardzo dobrze, ale z drugiej strony rynek ciągle im pokazuje fucka i stale usadza ich niskimi płacami i tym, że są ciągle przemęczeni. 

Powstaje napięcie, bo ludzie myślą, że robią coś dobrze i faktycznie tak jest, ale nie mogą za to godnie żyć. To jest rodzaj schizofrenii, którą wrzuca nam do głowy rynek pracy. Są też badania na to, że niestałe zatrudnienie negatywnie wpływa na zdrowie psychiczne, a co za tym idzie zdrowie fizyczne.

Ludzie, którzy żyją w ten sposób doskonale o tym wiedzą. Nie dosypiają, boli ich głowa, przez trzy lata nie mogą wziąć urlopu, bo jakieś zlecenie może im się wymknąć z rąk. Ludzie to podskórnie czują, tylko to właśnie musi wybrzmieć. Oni muszą to powiedzieć, ktoś musi ich o to zapytać. Żeby to zmęczenie przerodziło się we wkurzenie, to ktoś musi ich zapytać, czemu są zmęczeni.

* Kamil Fejfer to dziennikarz piszący do „Krytyki Politycznej”, OKO.press, "VICE”, "F5”. Twórca facebookowego „Magazynu Porażka”, członek kolektywu The Failcores tworzącego grę wideo o nierównościach społecznych. W ostatnim czasie ukazała się jego książka „Zawód. Opowieść o pracy w Polsce. To o nas” będąca zbiorem wybranych reportaży z polskiego rynku pracy.

DOSTĘP PREMIUM