Śmierć młodej kobiety w szpitalu w Lublinie. Rodzina: Byliśmy przekonani, że to prosty zabieg

Co było przyczyną śmierci młodej kobiety w szpitalu klinicznym w Lublinie? Sprawę bada Prokuratura Regionalna po zawiadomieniu złożonym przez osobę postronną*. Tymczasem do nas zgłosiła się rodzina 29-latki. Jak słyszymy, chcą poznać prawdę, bo sprawa również dla nich jest mocno tajemnicza.

Pacjentka leżała w Klinice Kardiologii. W ubiegły piątek miała przejść zabieg usunięcia elektrody rozrusznika serca - doszło jednak do komplikacji i pacjentka zmarła. Co ciekawe, nie było sekcji zwłok. Jak przekazała nam rzeczniczka szpitala, Marta Podgórska, lekarze uznali, że nie ma takiej potrzeby, bo przyczyna zgonu była jednoznaczna. Według naszych informacji, miało to być wykrwawienie. Dlaczego jednak do wykrwawienia doszło? Czy lekarze popełnili błąd? To właśnie teraz zbada prokuratura. Wiadomo, że pogrzeb odbył się bardzo szybko, a kobietę pochowano zanim jeszcze o sprawie dowiedzieli się śledczy.

Jest śledztwo prokuratury ws. śmierci pacjentki 

Prokuratura Regionalna wszczęła już śledztwo ws. śmierci pacjentki - jest prowadzone w kierunku art. 160 paragraf 2 Kodeksu Karnego (narażenie na niebezpieczeństwo utraty życia - w przypadku lekarza może grozić za to do 5 lat więzienia) oraz art. 155 (Kto nieumyślnie powoduje śmierć człowieka, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5).

Zawiadomienie złożyła pani Ewa* - zrobiła to pod własnym imieniem i nazwiskiem, choć w tekście chce pozostać anonimowa. O tym, że w szpitalu wydarzyło się coś bardzo niepokojącego, dowiedziała się od osób, bezpośrednio ze szpitalem związanych. Opowiedziały jej o tym, że zabieg był wykonywany nową metodą - laserem, że było bardzo dużo krwi, że prawdopodobnie coś poszło nie tak, że pojawiła się panika, że nawet kardiochirurdzy już nie byli w stanie pomóc i że teraz personel będzie chciał uznać, że to zwykłe "zdarzenie niepożądane". - Zgłosiłam to w prokuraturze z obywatelskiego obowiązku. Wydaje mi się, że w szpitalu jest na ten temat zmowa milczenia - mówi nasza rozmówczyni.

Pytań i wątpliwości rzeczywiście jest sporo

Jak słyszymy od rodziny, młoda kobieta była osobą niepełnosprawną w stopniu umiarkowanym, miała opiekuna prawnego, którym była jej mama. Trafiła do szpitala, bo miała mieć wymieniany stymulator - rodzina twierdzi, że gdy ją przyjmowano, nikt nie wspominał o usuwaniu elektrody. Bliskich chorej w piątek w dniu zabiegu nie było w szpitalu, bo byli przekonani, że nic złego stać się nie może. - Uznaliśmy, że to normalna procedura, bo przecież stymulator miała już od dawna. Cały czas byłam z nią w kontakcie telefonicznym i SMS-owym. Wieczorem zadzwonił telefon, że siostra nie żyje - słyszymy od jednego z członków rodziny (chce pozostać anonimowy).

Rodzina twierdzi, że z jednej strony nie była świadoma, iż zabieg będzie polegał na usuwaniu elektrody, a z drugiej - że lekarze będą przy tym używać lasera. Nawet opiekun prawny pacjentki miał o tym nie wiedzieć. - Pytaliśmy o to lekarzy, gdy odbieraliśmy rzeczy ze szpitala. A oni do nas mieli pretensje, że nikogo nie było wtedy w piątek w klinice. My naprawdę byliśmy przekonani, że to prosty zabieg - mówi przedstawiciel rodziny.  

Bez sekcji zwłok. "Nie było takiego pytania"

Zabieg, w trakcie którego doszło do zgonu, odbył się w piątek. W poniedziałek, gdy rodzina pojawiła się w szpitalu, okazało się, że ich bliskiej już nie ma - została wywieziona do chłodni w zupełnie innej części miasta. Nie było sekcji zwłok - ani prokuratorskiej, ani zarządzonej przez szpital. - Nikt nas nie pytał, czy wyrażamy zgodę na sekcję zwłok. Nie było takiego pytania. Natomiast, gdy my pojawiliśmy się w szpitalu, to zapytaliśmy lekarzy o sekcję . I lekarz odpowiedział, że sekcji nie było. Niestety, nie dopytaliśmy dlaczego sekcji nie zrobiono, bo pierwszy raz byliśmy w takiej sytuacji, pod wpływem emocji, przeżyć - słyszymy od naszego rozmówcy.

Rodzina skarży się, że po śmierci bliskiej im osoby nikt z lekarzy czy pielęgniarek nie zaprosił ich na rozmowę, by wyjaśnić, co tak naprawdę się stało. - Gdy sami poszliśmy na oddział kardiologii, pielęgniarka była zmieszana, pokierowała nas do sekretariatu. Ale ostatecznie pierwsza rozmowa z dwoma lekarzami odbyła się na korytarzu. Lekarz, który z nami rozmawiał wydawał się niespokojny, obgryzał paznokcie, momentami podnosił głos. Mieliśmy bardzo negatywne wrażenie po tej rozmowie - słyszymy od rodziny.

Potem była jeszcze druga rozmowa, już w gabinecie, m.in. z  szefem kliniki. - Profesor był spokojny, patrzył prosto w oczy, tłumaczył - natomiast ten drugi lekarz cały czas chodził po pokoju, cały czas się przemieszczał, widać było, że był zdenerwowany. Momentami podnosił głos, mówił, że takie przypadki się zdarzają - opowiadają nasi rozmówcy.

Operacja przebiegła dobrze, ale pojawiły się komplikacje 

Bliscy zmarłej mówią nam, że od lekarzy usłyszeli, że operacja przebiegła dobrze, ale później nastąpiły pewne komplikacje. - Mówili, że pacjentce spadło ciśnienie, była uszkodzona główna żyła, nastąpił krwotok i już nie dało się uratować. W wyniku czego doszło do uszkodzenia żyły? - tego nie powiedzieli - twierdzi rodzina.

Rodzina, po wyjściu ze szpitala, nie złożyła zawiadomienia w prokuraturze. Tym, że takie zawiadomienie jest, zaskoczony był nawet szpital. - Owszem, po wyjściu ze szpitala rozmawialiśmy między sobą, że coś jest nie tak. Ale nie poszliśmy do prokuratury ani na policję. Nie wiem, może to wynikało z tego, że baliśmy się o mamę, nie chcieliśmy jej w to wciągać, byliśmy przed pogrzebem, który odbył się we wtorek. Ale złożymy zeznania, jesteśmy umówieni w prokuraturze - słyszymy od rodziny. 

Szpital, jak informowaliśmy, kilka dni temu wszczął wewnętrzne postępowanie w tej sprawie. Jak przekazała nam dziś rzeczniczka szpitala, Marta Podgórska, w tej chwili nie będzie już żadnych komentarzy - wszystkie szpitalne ustalenia zostaną przekazane bezpośrednio do prokuratury. Lekarze nie będą się w tej sprawie wypowiadać.

DOSTĘP PREMIUM