Rosnące PKB to pokłosie śmieciówek i niszczenia środowiska - u Sroczyńskiego w TOK FM

Na zdrowy rozum, zwiększający się Produkt Krajowy Brutto powinien być powodem do zadowolenia. Kraj się bogaci, a więc zapewne obywatele też. Okazuje się jednak, że nie zawsze. W Polsce PKB ma złą strukturę, a co za tym idzie jest emanacją patologii rynku pracy, a nie zawsze dobrobytu społeczeństwa.

Jak podkreśla dr Jacek Tomkiewicz, ekonomista z Centrum Badań Europejskich uniwersytetu Harvarda, wykładowca Akademii Koźmińskiego i autor książki "Dynamika i struktura dochodów w warunkach globalizacji": w Polsce udział w PKB dochodów pracowników jest zdecydowanie mniejszy od udziału w PKB dochodów właścicieli firm. Inaczej rzecz ujmując, zyski przedsiębiorstw to w Polsce zdecydowanie większa część PKB niż we wszystkich pozostałych państwach Unii Europejskiej - może z wyjątkiem Irlandii, która ma bardzo wysokie PKB, bo jest w niej zarejestrowanych wiele firm. O przekłamaniach związanych z niezmiennie rosnącym w Polsce Produktem Krajowym Brutto dyskutowano w audycji Grzegorza Sroczyńskiego „Świat się chwieje”.

PKB wskaźnikiem sukcesu? Zależy, co uznać za sukces

- Od lat jesteśmy przyzwyczajeni do tezy, że dynamika PKB wyznacza nasz sukces albo porażkę - mówił dr Tomkiewicz w audycji "Świat się chwieje". - A z drugiej strony powtarza się: jak ktoś śmie narzekać że jest mu źle, albo nie jest tak dobrze jak mogłoby być, skoro jesteśmy liderami jeśli chodzi o wzrost PKB, wskaźnik ten na przestrzeni lat ustrojowej transformacji zwiększył się przecież w Polsce ponad dwukrotnie.

Jak podkreśla ekspert: nie tylko w Polsce, lecz także w USA czy w Europie Zachodniej dynamika PKB nie przekłada się na wzrost jakości życia - i wszyscy zaczynają to coraz wyraźniej dostrzegać. Tak jak fakt, że wzrost dynamiki PKB wiąże się ze wzrostem różnorakich kosztów, np. ekologicznych.

"Możemy produkować meble i wyrżnąć wszystkie drzewa w Polsce, ale w zamian za to mieć 10 proc. wzrostu PKB. Rośnie PKB? Rośnie. Poprawia się jakość życia? Nie bardzo.

- mówił Tomkiewicz dodając, że istotą rzeczy jest, by PKB miało lepszą strukturę, zrównoważoną dochodowo.

Na tę strukturę można też spojrzeć z innej strony: ekonomista dał przykład hipotetycznej budowy kolejnej linii metra w Warszawie lub np. 10 nowych linii kolejowych łączących mniejsze miejscowości tam, gdzie tego typu infrastruktury brakuje. W Warszawie taka inwestycja z pewnością pociągnęłaby za sobą kolejne, ożywienie gospodarcze i wzrost PKB, w większej skali takich ruch pogłębiłby zróżnicowanie regionalne dochodów w Polsce. Ekspert podkreślał, że ten przykład nie ma dowodzić, iż dalsze stacje metra w Warszawie nie są potrzebne a pokazać, że wzrost PKB niekoniecznie musi oznaczać szeroko rozumianą poprawę jakości życia.

Statystyki są różne ale wnioski równie niepokojące

Dr Tomkiewicz przyznawał, że liczby wyglądają różnie - w zależności od sposobu sporządzania statystyki. Różnice wynikają z metodologii, dokładniej: z tego, jak liczy się samozatrudnionych - czy ich dochody traktuje się jak wynagrodzenie za pracę, czy raczej: jako zyski ich jednoosobowych firm. A warto pamiętać, że tych jednoosobowych firm jest w Polsce najwięcej w Unii Europejskiej. Ale nawet jeśli przyjmie się, że samozatrudnieni mają pensje a nie dochody takie jak firmy, to - jak podkreśla ekonomista - nadal udział płac w PKB jest w Polsce jednym z najniższych w Europie - w tym względzie równają do nas Rumunia i Słowacja.

Dlaczego tak się dzieje?

Zdaniem eksperta mamy bardzo słabą pozycję pracowników: najniższe tzw. "uzwiązkowienie", do tego związki zawodowe są mocno zaangażowane politycznie a mniej - w ochronę praw pracowników. Co więcej: pomiędzy dwiema największymi centralami związkowymi jest konflikt. W dodatku dopiero ostatnio Trybunał Konstytucyjny przyznał, że nie będąc na etacie można być członkiem związku zawodowego. Związki zawodowe są ponadto nie tam, gdzie byłyby najbardziej potrzebne, bo najwięcej związkowców jest w dużych firmach państwowych, w których zarabia się stosunkowo nieźle i gwarantuje się całkiem dużo praw pracowniczych a w firmach, w których ochrona pracownika najbardziej kuleje, związków zawodowych nie ma.

W ostatnich latach jest zmiana na lepsze

Dr Jacek Tomkiewicz przyznaje, że ostatnio sytuacja się nieco zmienia, to znaczy płace w ostatnich dwóch - trzech latach zaczęły w Polsce rosnąć szybciej niż wydajność pracowników. Jak mówi ekspert: to zapewne efekt spadku bezrobocia, trudniej znaleźć pracownika - także z powodu emigracji zarobkowej. To także rezultat wprowadzenia stawki godzinowej za pracę, do tej pory takim instrumentem była bowiem jedynie płaca minimalna, której oddziaływanie nie obejmowało ogromnej części rynku pracy, pracowników na umowach cywilnoprawnych.

Ekonomista podkreśla jednak, że zwiększanie się liczby umów cywilnoprawnych kosztem etatów załatwia częściowo jedynie jeden problem: wywołuje efekt nieznacznego podniesienia wynagrodzeń czyli zmniejsza nierówności dochodowe. Tworzy jednak gigantyczny problem na przyszłość.

Hodujemy sobie miliony ludzi, którzy nie uskładają na emeryturę minimalną, a co za tym idzie, będziemy mieli bardzo poważny problem z finansowaniem systemu emerytalnego w przyszłości

- mówi ekspert dodając, że przyczyną problemu jest to, że w Polsce praca na etacie coraz mniej się opłaca, stąd dochody, które nie są należycie "oZUSowane", "oPITowane" ani "oVATowane" - przynajmniej w części, bo umowy cywilnoprawne umożliwiają np. zwiększanie kosztów uzyskania przychodu.

Zbyt powolny wzrost płac to dzisiaj światowy trend

Na świecie wydajność pracowników też rośnie szybciej niż ich płace. Firmy mają większe dochody, ale nie dzielą się nimi z pracownikami - podkreśla dr Tomkiewicz wyjaśniając, że przyczyną tego zjawiska jest m.in. fakt, że kapitały i środki produkcji są mobilne, a pracownicy znacznie mniej. Przedsiębiorcy łatwiej przenoszą swoją produkcję tam, gdzie wytworzenie produktu, w tym pracownicy, będą tańsi.

Co można próbować zmienić?

Prowadzący rozmowę Grzegorz Sroczyński pytał: jakie mechanizmy można zastosować, by poprawić tak krytykowaną przez eksperta strukturę polskiego PKB. Dr Tomkiewicz odpowiadał, że instrumentem wpływania na rynek pracy jest płaca minimalna, trzeba byłoby także rozsądnie ograniczyć tzw. "umowy śmieciowe" i regularnie je kontrolować, intensywniej powinna działać inspekcja pracy, ponadto: należałoby poprawić możliwość zrzeszania się pracowników, uzyskiwania przez nich pomocy prawnej w ewentualnych sporach z pracodawcami a także prowadzić długofalowe działania, czyli inwestycje w edukację tak, by zwiększyć wartość kapitału ludzkiego.

Można też - mówił ekspert - sięgnąć po kontrowersyjny pomysł, by państwo gwarantowało minimalne pensje: oferowało w niektórych zawodach pracę, rodzaj robót publicznych, za taką płacę, która wymusi u pracodawców oferowanie większych pieniędzy, by zdobyć pracowników: to poprawiałoby pozycję przetargową poszukujących pracy przy rozmowie z pracodawcą. Przyznaje jednak, że nie jest fanem tego pomysłu - chociażby z tego powodu, że pewność zatrudnienia za gwarantowaną stawkę nie najlepiej wpływa na jakość wykonywanej pracy i zaangażowanie w nią pracownika.

Całej rozmowy wysłuchasz tutaj:

DOSTĘP PREMIUM