Kolejne nadużycia policjantów. "Poparzono mi narządy intymne" - mówi w sądzie poszkodowany

Na ławie oskarżonych zasiada trzech byłych już policjantów. Mieli przekroczyć swoje uprawnienia i użyć paralizatora wobec dwóch zatrzymanych mężczyzn. Grozi im do 10 lat więzienia.

Latarka z paralizatorem nie była częścią wyposażenia policjanta, ale czymś, co kupił prywatnie, na własny użytek. Tyle że nie trzymał jej w domu, ale miał przy sobie w trakcie służby. Widać to na nagraniach z monitoringu, które zabezpieczyła prokuratura. Właśnie ta latarka jest też jednym z dowodów w tej sprawie. Znaleziono ją w służbowej szafce funkcjonariusza.

Wszystko zaczęło się od kłótni w taksówce

Na ławie oskarżonych zasiada trzech byłych już policjantów. Żaden nie przyznaje się do winy. Jeden odmówił składania wyjaśnień, dwaj pozostali zeznawali. M.in. o tym, że nie przekroczyli uprawnień i nie używali paralizatora. - Zostaliśmy przez swoich przełożonych poinformowani, że pan Igor (pokrzywdzony - przyp.red.) skarży się na nas, że potraktowaliśmy go taserem, którego nie mieliśmy na wyposażeniu. Jasne więc było, że nie mogliśmy go użyć - mówił przed sądem Łukasz U., jeden z oskarżonych byłych już funkcjonariuszy.

Główny wątek tej sprawy dotyczy pana Igora, mówiącego po polsku Francuza, który w czerwcu 2017 roku był w Lublinie jako menedżer zagranicznych artystów, którzy przyjechali na Noc Kultury. Po nocnych zabawach, nad ranem postanowił razem z kolegą wrócić do hotelu na piechotę. Tyle że nie znali nazwy pensjonatu. Pan Igor nie miał przy sobie ani dokumentów, ani pieniędzy. Miał jedynie kartę magnetyczną do pokoju hotelowego. Zatrzymali taksówkę, poprosili o podwiezienie do hotelu w centrum miasta - nie potrafili go jednak dokładnie wskazać. Gdy taksówka się zatrzymała, kolega pana Igora wyskoczył z auta i zniknął. Francuz został bez pieniędzy, a taksówkarz poprosił o pomoc patrol policji stojący w pobliżu.

Policjanci twierdzą, że obywatel Francji był pijany, choć spokojny, miał bełkotliwą mowę, mówił jakby po angielsku, ale nie można się było z nim porozumieć. Początkowo nie potrafił podać danych, nie miał przy sobie dokumentów. Podawał się przy tym za pracownika Ambasady Francji, choć - co dziś już wiemy - wcale nim nie był. Skłamał, bo jak tłumaczył przed sądem, chciał być poważniej i szybciej potraktowany. Z tego też powodu powoływał się na wpływy w mediach. To jednak wcale nie pomogło - policja zabrała go do Izby Wytrzeźwień. Jeszcze w radiowozie, skuty kajdankami, miał zostać uderzony mocno w twarz. Opowiada, że zaczął krwawić.

Paralizatorem w narządy intymne

To wtedy policjant miał go też kilkakrotnie razić paralizatorem - w żebra, ale też w udo i w krocze. - Ból był niesamowity, nikomu tego nie życzę, skóra się spaliła - zeznawał przed sądem. Opowiadał też o tym, że płakał i prosił, by dali mu już spokój. Gdy mówił o tym przed sądem, łzy ciekły mu po policzku.

Jak twierdził, było mu wstyd, dlatego o tym, że ma poparzone narządy intymne nie powiedział pracownikom Izby Wytrzeźwień. Zwierzył się jednak młodemu chłopakowi, który był w tym samym pokoju, do którego skierowano pana Igora.
To właśnie ten mężczyzna, student, Pan Rafał jest drugim z pokrzywdzonych. Jak twierdzi, razem z dziewczyną w nocy na jednej z ulic padł ofiarą pobicia. Gdy próbowali zatrzymać sprawcę i wzywać pomoc, sami zostali potraktowani jak przestępcy. Ich również zabrano do Izby Wytrzeźwień. Pan Rafał miał także miał zostać kilka razy rażony paralizatorem - w klatkę piersiową i w krocze. Też miał poparzenia. - Jak zakrywałem rękami jedną część ciała, dostawałem niżej.I odwrotnie - mówił przed sądem.

Niejasności i wątpliwości były, ale...

W zeznaniach obu pokrzywdzonych było trochę nieścisłości, które próbowali wyłapywać obrońcy oskarżonych policjantów. M.in. w sprawie uprania ubrań, które miały być wcześniej pobrudzone krwią czy w kwestii braku wizyty u lekarza od razu po wytrzeźwieniu.

Kluczowe mogą się jednak okazać zeznania pracownicy Izby Wytrzeźwień, pani Małgorzaty, która jest tam opiekunem i tamtej nocy miała dyżur. Przed sądem nie była w stanie opowiadać o szczegółach, była roztrzęsiona, płakała. Przyznała jednak wprost, że była świadkiem użycia paralizatora przez policjanta wobec jednego z pokrzywdzonych. Doszło do tego w tzw. strefie intymnej - tam, gdzie pacjenci się przebierają. Jak mówiła, pacjent (chodziło o pana Rafała) jęknął z bólu i błagał ją o pomoc.

Pani Małgorzata widziała tylko jednorazowe użycie paralizatora, ale przyznała też, że słyszała dźwięk tego urządzenia kilka chwil wcześniej, na dworze (czyli tam, gdzie w radiowozie miał czekać na przyjęcie pan Igor). Na pytania adwokatów, dlaczego nie zareagowała, odpowiedziała, że była w szoku, mocno poruszona, bała się. Już po wszystkim rozmawiała o tym z jedną z koleżanek z Izby Wytrzeźwień i z rodziną. Mówiła też, że już wcześniej słyszała, że część policjantów nosi przy sobie paralizatory - latarki. Sama też sobie coś takiego kupiła, ale trzyma urządzenie w domu, nigdy go nie użyła.

W sprawie tej zeznawała też partnerka obywatela Francji, który zwierzył się jej, że nie wie, jak boli poród, ale ból od paralizatora był nie do wytrzymania.
Proces ruszył wczoraj - pierwsza rozprawa trwała ok. 8 godzin, sąd przesłuchał prawie wszystkich zaplanowanych na ten dzień świadków (jedna osoba się nie stawiła) - dziś kolejne przesłuchania. Nieoficjalnie wiadomo, że można się spodziewać bardzo szybkiego zakończenia tego procesu.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM