Za karaniem dziennikarzy stoi głębsza myśl. Bojanowski w TOK FM

Najpierw policyjni związkowcy ścigali dziennikarza, który ujawnił szokujący film z komisariatu we Wrocławiu. Potem Sąd Rejonowy zwolnił go z tajemnicy dziennikarskiej. "Myślę, że dzieje się coś niebezpiecznego" - mówił w TOK FM Wojciech Bojanowski

"Kto bez zezwolenia rozpowszechnia publicznie wiadomości z postępowania przygotowawczego, zanim zostały ujawnione w postępowaniu sądowym, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2". To fragment artykułu 241 KK, który członkowie Związku Zawodowego Policjantów postanowili wykorzystać do oskarżenia autora nagrodzonego prestiżowymi nagrodami reportażu o sprawie śmierci Igora Stachowiaka. O sprawie tej pisaliśmy w ubiegłym tygodniu. 

Wcześniej Prokuratura domagała się zwolnienia reportera z tajemnicy dziennikarskiej, do czego zresztą przychylił się sąd. Po złożeniu przez dziennikarza zażalenia, śledczy wyższego szczebla - z Prokuratury Okręgowej w Warszawie - ocenili, że zwrócenie się z takim wnioskiem przez "rejon" było jednak przedwczesne.

Przypomnijmy: chodzi o wydarzenia, które rozegrały się w maju 2016 roku na jednym z wrocławskich komisariatów i które doprowadziły do śmierci 22-letniego zatrzymanego, Igora Stachowiaka. Wojciech Bojanowski, dziennikarz TVN, dotarł do świadków wydarzeń, opublikował też nagrania z kamery zainstalowanej w policyjnym paralizatorze. Widzimy na nich jak młody człowiek znajduje się w toalecie, bez spodni, jest zastraszany, skuty i rażony wielokrotnie paralizatorem przez policjantów. Wybuchła afera. W maju 2017 zdymisjonowano komendanta i jego zastępcę. Wszczęto również postępowania dyscyplinarne. Pięciu funkcjonariuszy biorących udział w zatrzymaniu Stachowiaka zostało wydalonych z Policji.

"Nie ujawniłem i nie ujawnię"

Na pytanie, czy czuje się winny "rozpowszechnienia informacji z prokuratorskiego śledztwa" gość "Pierwszego śniadania" w TOK FM podkreślał, że o tym rozstrzygnie sąd.

Na razie żyję z perspektywą, że grożą mi dwa lata więzienia. Myślę, że dzieje się coś niebezpiecznego, staram się nie myśleć o tym za dużo, ale jest faktem, że najpierw prokuratura rejonowa, a teraz okręgowa takie postępowanie prowadzi

- mówił Bojanowski podkreślając, że zaczęto od tego, by zwolnić go z tajemnicy dziennikarskiej (w Polsce z takiej tajemnicy może zwolnić albo prokurator, albo sąd). Prokurator wystąpił więc od sądu z odpowiednim wnioskiem,a sąd się do tego wniosku przychylił. - Chodzi o to, bym ujawnił, skąd mam te nagrania. Nie ujawniłem tego i nie ujawnię - podkreślił Bojanowski. Dodał, że nie był nawet wzywany na przesłuchanie, dostał tylko pocztą zawiadomienie o zwolnieniu z tajemnicy "w związku z wszystkimi okolicznościami postępowania". Czy był ku temu powód? Może wystarczyłoby, gdyby mnie wezwano? - pytał gość "Pierwszego śniadania" w TOK FM.

Policjanci torturowali, ty zostaniesz skazany

Bojanowski zwracał uwagę, że sytuacja jest niebezpieczna nie tylko dla niego.

- Moja koleżanka z Polsatu, Ewa Żarska również ma takie postępowanie. Jeszcze inna dziennikarka został oskarżona niedawno, bo ujawniła patologie związane z zamawianiem radiowozów, jak taksówek, tzw. Sprawę "Blue Taxi" - mówił dziennikarz. - Ja mam za sobą duże medium, dział prawny, który mi pomaga. A z jaką presją muszą się mierzyć lokalni dziennikarze, ujawniający takie patologie w mniejszych mediach, dziennikarze, którzy naprawdę ciężko pracują, którym ufają ludzie.

Tu chodzi o zaufanie. Jeśli informatorzy przestaną ufać dziennikarzom, to przestaną ujawniać niewygodne rzeczy, nie wyjdą one na światło dziennie

- mówił dziennikarz śledczy a na pytanie, czy to małe kroczki do ograniczenia wolności dziennikarskiej, Bojanowski odpowiedział: mamy "Blue Taxi", sprawę Igora, mamy Ewę Żarską i jej materiał o pedofilu, ukrywającym się za granicą. Przy czym Ewa już została ukarana - grzywną. Można powiedzieć, że to tylko grzywna, ale to oznacza bycie karanym - mówi Bojanowski. Prowadzący audycję Piotr Maślak zauważył, że to jest wyraźny  sygnał: nie węszcie, bo was wsadzimy do więzienia lub zostaniecie ukarani grzywną.

- Człowiek, ukarany nawet tylko grzywną, znajduje się już w rejestrze skazanych. A za tym idą konsekwencje: nie będzie mógł np. pójść do IPN-u i poprosić o potrzebne mu dokumenty, będzie miał problemy z np. z wyrobieniem wizy, co dla dziennikarza ma wielki znaczenie. To jest zjawisko groźne i niebezpieczne - powiedział dziennikarz TVN. Dodał, że chciałby aby sąd, zanim wyda postanowienie o zwolnieniu z tajemnicy dziennikarskiej zastanowił się, czy to naprawdę się opłaca i jakie będą tego konsekwencje. 

- Tylko w tym roku z tajemnicy dziennikarskiej jestem zwalniany już drugi raz - podkreślił Bojanowski. 

Chodzi o zmianę mentalności

Jego zdaniem to nie są incydentalne przypadki. - To wpisuje się w politykę informacyjną, tak naprawdę to próba wywierania presji, byś nie robił tego, co robisz - mówił gość Poranka. Dodał, że tymczasem w policji nie dzieje się dobrze. Z ujawnionego niedawno, wewnętrznego raportu policji wynika, że 40 proc. policjantów deklaruje, iż było świadkami nieuzasadnionej przemocy.

- W jednym z krajów skandynawskich wybuchła niedawno sprawa nadużywania władzy ze strony strażników więziennych. Wybuchła, bo ujawnili ją sami strażnicy, nie godząc się na takie nadużywanie. Chcieli mieć wpływ na to, jak odbierana jest cała służba więzienna. U nas dzieje się coś zupełnie odwrotnego - podkreślał Bojanowski. - Policja już w dniu śmierci Igora Stachowiaka miała dostęp do nagrania z paralizatora. Komendant mówił później, że nie wie jak to możliwe, że ta sprawa nie została wyjaśniona przez rok, ale wydaje mi się, że to policja robiła wszystko, by tej sprawy nie wyjaśnić - dodał.

- Nie chciałbym być postrzegany jako wróg policji - podkreślił dziennikarz. - Chciałbym, żeby zmieniła się mentalność w policji, by jeśli zdarzy się coś takiego, jakieś nadużycie, by inni policjanci lub inne komórki chciały to wyjaśnić, działać w interesie całej policji - zakończył Bojanowski. 

Cała rozmowa w podkaście:

DOSTĘP PREMIUM