Pągowski o reklamie dzisiaj: Wszyscy są poważni. Nie wiem, kto doniesie na mój plakat do prokuratury

- Dzisiaj wszyscy "znają się" na projektowaniu. Nie możemy sobie dać rady z tym, że trochę nam głupieje społeczeństwo - opowiadał w TOK FM o przemianie reklamy w Polsce Andrzej Pągowski.

Andrzej Pągowski jest artystą grafikiem, który ma na koncie około tysiąca plakatów. Reklamował sztuki teatralne, filmy, festiwale sztuk oraz konkursy piosenek. Współpracował z takimi osobami jak Andrzej Wajda czy Krzysztof Kieślowski i był nagradzany kilkadziesiąt razy, w tym Orderem Odrodzenia Polski.

Reklama bije z pięciu metrów

- Patrząc na pańskie plakaty, mam wrażenie, że dziś już nikt by ich nie odczytał właściwie, nie zauważył wręcz - rozpoczął audycję "A teraz na poważnie" w Radiu TOK FM prowadzący Mikołaj Lizut.

- Zmieniłem styl pracy. Okładka, jak się ją postawi w księgarni, bije z pięciu metrów. Podejrzewam, że 20 lat temu namalowałbym tę okładkę inaczej - powiedział Andrzej Pągowski. - Dziś czyszczę komunikat, upraszczam, używam bardzo mocnych, agresywnych kolorów, bo ulica tego wymaga. Kiedyś mogłem sobie malować, pisałem byle gdzie, nie zwracałem uwagi na to, że większość nazwisk wielkich reżyserów pisałem gdzieś małymi literkami z boku, żeby tam wcisnąć. Takie były czasy, pozwalano na to - opowiadał na antenie Radia TOK FM.

- Dzisiaj to wygląda zupełnie inaczej. Mamy w Polsce dużą grupę wspaniałych, młodych projektantów, którzy robią plakaty. Ich problem polega na tym, że nie mają tej sytuacji, którą ja miałem, że była taka ilość zleceń, które były natychmiast widoczne na ulicy - tłumaczył Pągowski. - Można było z tego zrobić własną osobowość. Oni tej szansy nie mają. Tego jest mało. Jeżeli teatr zamawia plakat, to wykleja go w kilku egzemplarzach - mówił.

"Chodzi o to, żeby świecić logo"

- Mam wrażenie, że pan się jednak posługiwał jakąś sztuką graficznego felietonu, a w tej chwili chodzi o to, żeby świecić logo - zasugerował prowadzący.

- Tak, i to jest ten problem. My mieliśmy tę olbrzymią wolność interpretacji daną nam przez dyrektorów teatrów, reżyserów, wydawców. Dzisiaj wszyscy "znają się" na projektowaniu. Nie możemy sobie dać rady z tym, że trochę nam głupieje społeczeństwo - komentował Andrzej Pągowski.

- Czyli jak jest pożyczka od ręki, to musi być ręka i pieniądze? - dopytywał Mikołaj Lizut.

Tak! A jak jest szybki kredyt, to gepard niesie pieniądze. Tak to wygląda, natomiast ja mogłem sobie kiedyś pozwolić na zabawę anegdotą, na niedopowiedzenia - tłumaczył Pągowski. - Widz oczekiwał tego, że będzie go bawić ta rozmowa ze mną i przede wszystkim, że bawi go coś, co było dla mnie zawsze podstawą tworzenia plakatu, czyli nie zdradzenie wszystkiego. To posługiwanie się maksymą Franciszka Starowieyskiego, czyli: na ulicy widząc plakat mówimy "o" - zainteresowanie, a wychodząc z kina lub z teatru mówimy "aha" - czyli frajdę sprawiła nam ta intelektualna zabawa. Dzisiaj myślę, że w większości przypadków nie jest to nikomu potrzebne - ocenił.

- Dlaczego? - zapytał prowadzący.

- Marketing się strasznie boi - odpowiedział Pągowski.

"Cenzura jest w nas"

- Marketing inteligentny został wyparty przez marketing chamski, głupi, prostacki, w którym nie ma poczucia humoru - stwierdził Lizut.

Tak. Wszyscy chcą być strasznie poważni. Boją się tego "puszczenia oka". Cenzura jest w nas, niestety. Obalając komunę zbudowaliśmy z powrotem nowe mury podziałów wewnętrznych. Dzisiaj nie wiem kto doniesie do prokuratury na mój plakat, że go obraził

- opowiadał Andrzej Pągowski na antenie Radia TOK FM.

- Jeżeli przychodzi do pana Krzysztof Kieślowski albo Andrzej Wajda, to wtedy reklamuje pan "Człowieka z żelaza", czy "Zbrodnię i karę". Ale kiedy przychodzi do pana klient, który ma do zareklamowania pastę do zębów albo podpaski... - zaczął Mikołaj Lizut.

- Dla mnie to nie ma specjalnej różnicy, nawet kiedyś rozmawialiśmy o tym z Wajdą. Jeżeli chodzi o moją pracę, to równie uczciwie powinienem zareklamować te podpaski i pastę do zębów. Zresztą bardzo chętnie bym to zrobił. Andrzej jak dostawał mój plakat, to prawie zawsze trafialiśmy w punkt, natomiast tu mam taką ilość poprawek, decyzyjności, że nie starcza na to mojej kreatywności - opowiadał Pągowski.

"Niewolnicy klienta-kretyna"

- Ja mam wrażenie, że to jest przekleństwo mojego pokolenia. Staliśmy się niewolnikami klienta-kretyna, który każe świecić logo - ocenił prowadzący.

- Kiedy jestem u dystrybutora z wybitnym reżyserem, czasem słyszę "pan już zrobił film, dziękujemy". On myślał, że będzie miał wpływ na to kto będzie robił plakat do jego filmu. To wszystko się zmieniło. Dystrybutor boi się plakatu graficznego w kinie i uważa, że ludzie tego nie zrozumieją i, nie daj Boże, nie pójdą do kina - podsumował Andrzej Pągowski w Radiu TOK FM.

DOSTĘP PREMIUM