"Społecznicy zostaną 'wycięci', to zamach PiSu na samorządność": prof. Cześnik o ordynacji wyborczej

O "sędziofobii" i efekcie, jaki w wyborach do samorządów przyniesie planowana przez PiS ordynacja proporcjonalna mówił w "Analizach" TOK FM prof. Mikołaj Cześnik z Uniwersytetu SWPS i Fundacji Batorego

- Dzisiaj już jestem mniej spokojny niż tydzień temu - mówił prof. Mikołaj Cześnik, nawiązując do zeszłotygodniowej audycji, w której również gościł. - Od tamtego czasu przez komisję zostały już przeprowadzone regulacje, które dotyczą kwestii komisarzy. Klamka zapadła - oceniał.

Mowa o zmianach w prawie wyborczym, które wprowadza PiS. Zgodnie z nimi, okręgi wyborcze wyznaczy powiatowy komisarz wyborczy, niezależny od radnych. Do tej pory ustalali je radni na poziomie gmin i powiatów, a ich decyzje można było zaskarżyć do Państwowej Komisji Wyborczej.

PKW obecnie składa się wyłącznie z sędziów. Zgodnie z nowymi zasadami, obowiązkowy będzie udział jedynie dwóch sędziów, pozostałe 7 osób nie będzie musiało być sędziami. - Przy obecnej "sędziofobii" można założyć, że na pewno nie będą to sędziowie - mówił profesor.

- Nie powinniśmy często zmieniać prawa wyborczego, to jest  "rzucanie się od ściany do ściany". Co gorsza, przyszła ordynacja jest pisana przez PiS pod własne potrzeby - komentował Cześnik.

 Obłudne jest mówienie, że dzięki temu obywatele mają być lepiej reprezentowani. Zmiana ordynacji z większościowej na proporcjonalną w małych miejscowościach oznacza upartyjnienie wyborów samorządowych

- oceniał gość "Analiz" w TOK FM.

Po co taka ordynacja?

Przypominamy: obecnie we wszystkich miastach i gminach niebędących miastami na prawach powiatu obowiązuje ordynacja większościowa w jednomandatowych okręgach. Oznacza to, że mandat radnego dostaje kandydat, który w swoim okręgu dostał najwięcej głosów. PiSowi zależy na ordynacji proporcjonalnej. Obowiązuje ona w 66 miastach, w powiatach i w wyborach do sejmików województw. Zgodnie z projektem PiS, ma ona jednak obowiązywać też we wszystkich miastach i gminach niebędących miastami na prawach powiatu.Przy takiej ordynacji liczba mandatów w okręgach zależy od tego, jaki procent ogólnej liczby głosów dostaną poszczególne listy. Na podstawie takiego procentowego podziału przyznawana jest każdemu komitetowi odpowiednia liczba miejsc w radzie. Mandaty otrzymają kandydaci, którzy dostali najwięcej głosów w ramach swojej listy. Jeżeli jakiś komitet zdobywa w okręgu wielomandatowym np. trzy mandaty, to do rady wchodzą kandydaci, którzy dostali w kolejności pierwszą, drugą i trzecią największą liczbę głosów.

Czytaj też: To nie przypadek, że na raz są zmiany w rządzie, KRS, SN i ordynacji. "PiS ma w tym swój cel"

Kluczowa w tej sytuacji jest cecha systemu proporcjonalnego powodująca, że im więcej kandydatów wybiera się w danym okręgu, tym większą szansę na zdobycie mandatu mają mniejsze ugrupowania. Im mniejsza liczba radnych wybieranych w okręgu, tym większe szanse na pozyskanie mandatów mają ugrupowania z większym poparciem.
Taka zależność daje PiS możliwość dostosowania okręgów wyborczych do poparcia swojej partii w danym regionie.

Pluralizm w radach jest potrzebny

Ordynacja proporcjonalna ma zapobiegać zbyt dużemu rozdrobnieniu partyjnemu w Sejmie. - Ale z kolei w radach rozdrobienie polityczne nie jest problemem, nie ma w nim nic złego. Przeciwnie, udział oddolnych ruchów, nawet działkowców czy rad parafialnych, to podstawa społeczeństwa obywatelskiego. A efekt będzie taki, że społecznicy zostaną "wycięci", albo będą zmuszeni startować z komitetów partyjnych - tłumaczył Cześnik. - To zamach na samorządność - dodawał.

- Wszyscy pamiętamy jak wyglądała jednolita władza do '89 roku i powinniśmy się tego panicznie bać. PiS chce zepchnąć bipolarny system partyjny w dół. A polaryzacja ułatwia propagandę - kwitował prof. Cześnik.

DOSTĘP PREMIUM