Rodzice, pięcioro dzieci i maleńka kawalerka. I strach dorosłych, że ktoś pomyśli, że trzeba im zabrać dzieci

Rodzice to byli wychowankowie Domu Dziecka. Nikogo więc nie powinno dziwić, że mają obawy. Dlatego nie walczą o większe mieszkanie, nie chodzą po urzędach, nie pukają do prezydenta. Walkę o lepsze warunki dla tej rodziny podjęli sąsiedzi.

Pani Ania, mama pięciorga dzieci, trafiła do Domu Dziecka, gdy miała zaledwie 4 lata. Bo w jej rodzinnym domu był alkohol, przemoc, wyzwiska, kłótnie. Niejednokrotnie razem z rodzeństwem uciekała z domu, by nie patrzeć i nie słuchać. Jak przez mgłę pamięta panie, które przyjechały z policją po najmłodsze z dzieci.

- Moi rodzice zabierali mnie z Domu Dziecka na święta, tyle że zawsze kończyło się tak samo, libacją alkoholową. Wolałam być w placówce, choć nie do końca czułam się tam bezpiecznie. Ale nie widziałam przynajmniej na co dzień, jak piją, jak biją, jak się wyzywają. Ja chcę swoim dzieciom tego oszczędzić, tak sobie obiecałam razem z mężem. Nigdy nie pozwolę, by moje dzieci kiedykolwiek trafiły do Domu Dziecka - mówi moja rozmówczyni.

"Spartańskie warunki mieszkaniowe"

O tym, że w Zamościu jest taka rodzina, dowiedziałam się od jednej z sąsiadek. Opowiedziała mi o rodzicach i o nastolatce, która do sprawdzianów i do egzaminów uczy się w łazience, często siedząc w wannie albo na pralce. Bo w pokoju, przy małych dzieciach nie ma szans na to, by się skupić.  Postanowiłam pojechać do Zamościa.

Rodzinę tworzą: rodzice, którzy część dzieciństwa spędzili w Domu Dziecka oraz dzieci: 18-letnia Klaudia (uczy się w technikum, chce być kucharzem), 9-letni Ksawery (bardzo dobrze się uczy), 7-letnia Nikola, 5-letni Sławek i 3-letnia Julitka. - Warunki mieszkaniowe są spartańskie - mówi mama.

Mieszkanie to przydzielona im kilka lat temu przez miasto kawalerka o powierzchni około 30 metrów kwadratowych. Jeden pokój, rozdzielony "ścianą" na dwa mniejsze; niby kuchnia i maleńka łazienka (razem z WC). Gdy przyjeżdżam, w kuchni widzę ogromną miskę, a w niej równiutko pokrojone ziemniaki. Ogromna ilość. - To na frytki, dzieci bardzo je lubią - mówi mama. Na lodówce kartka ze słówkami z języka angielskiego i z ich wymową. - Czasami odpytuję dzieci ze słówek, a że sama nie znam angielskiego, muszę mieć napisane, jak się dane słowa czyta - śmieje się pani Ania.

"Rano, gdy wszyscy szykują się do wyjścia, jest tragedia" - mówi mama

- Rano jest najgorzej. Gdy rozłożone są wszystkie łóżka, nie ma jak przejść. Dzieci trochę po tych łóżkach skaczą, ubieramy je, jedzą śniadanie - opowiada mama. Pani Ania nie pracuje - zajmuje się domem, gotuje obiady, robi zakupy, prowadzi dzieci do szkoły i przedszkola. Dorywczo pracuje tylko tata. - Gdy przyprowadzam Nikolę ze szkoły, jest jeszcze w domu spokój, więc spokojnie odrabiam z nią lekcje. Potem, gdy wszyscy wracają o 15, jest już głośno, zgiełk jak na rynku - słyszę.

Rodzina  pismo o zamianę mieszkania wystosowała do Urzędu Miasta już ponad 2,5 roku temu. Ale nikt im na razie nie pomógł. - Rodzice nie chodzą jednak po urzędach, nie proszą, to skromna, porządna rodzina. Natomiast to sąsiedzi widzą, że im należałoby pomóc - mówi zamojski radny, Rafał Zwolak. Dodaje, że poruszał sprawę na sesji Rady Miasta, ale na razie nie przyniosło to efektu.

"Myślę czasami, że chciałabym się uczyć przy biurku"

Gdy w domu jest cała rodzina, Klaudia, a czasami również Ksawery idą się uczyć do łazienki. - Tam odrabiam lekcje i uczę się. To czasami też bywa trudne, gdy dzieci mówią, że chcą do łazienki. Nie chce im się, ale chcą być ze mną - opowiada Klaudia, bardzo zżyta z młodszym rodzeństwem. Nie kryje, że najbardziej lubi uczyć się siedząc na pralce; czasami siada na toalecie, a pralka służy jako stół; czasami siedzi w wannie i w wannie rozkłada sobie książki i zeszyty. - Czasami gdy siedzę w łazience to myślę o tym, że wolałabym uczyć się przy biurku, otworzyć okno, wpuścić trochę powietrza. Cały czas liczę, że w końcu się to zmieni i że będę mogła się spokojnie uczyć - mówi Klaudia. Jak dodaje, koledzy ze szkoły nie wiedzą, jakie ma warunki do nauki. - Nie ma się przecież czym chwalić - tłumaczy.

W domu nie ma stołu do wspólnego jedzenia posiłków, bo nie ma na to miejsca. Kuchnia jest maleńka. - Gdy jesteśmy w niej obie z mamą, to nie ma jak się ruszyć. Trzeba wyganiać z kuchni dzieci, by nic na nie nie spadło czy się nie wylało - opowiada Klaudia.

"Dajmy szansę tej rodzinie i tym dzieciom" - alarmuje sąsiadka

Mieszkanie nie spełnia norm dla 7-osobowej rodziny, ale - jak mówią mi miejscy urzędnicy - gdy rodzina się tam wprowadzała, normy były spełnione (nie było jeszcze tylu dzieci). - Bardzo bym chciała im pomóc, chodzę gdzie tylko mogę, staram się mówić o tym głośno. Bo uważam, że takim rodzinom trzeba pomagać. Mieszkania są przydzielane przez miasto osobom, które nadużywają alkoholu, nie płacą czynszu. A tu nie ma o tym mowy - opowiada pani Elżbieta, sąsiadka rodziny.
Co na to miejscy urzędnicy?

Piotr Zając, dyrektor Wydziału Gospodarki Komunalnej Urzędu Miasta w Zamościu mówi mi, że kolejka po mieszkanie od miasta jest długa, a zamian nie załatwia się od ręki. I sugeruje, że najłatwiej byłoby, gdyby rodzina sama znalazła inną rodzinę, która z większego mieszkania komunalnego chciałaby się przenieść do mniejszego. - To byłaby najkorzystniejsza sytuacja z naszego punktu widzenia - mówi Zając.

Gdy dopytuję, jak dana rodzina ma znaleźć inną rodzinę - przecież to miasto wie, kto gdzie mieszka, jakich ma lokatorów, czy płacą, czy nie płacą, słyszę odpowiedź: "Powtarzam jeszcze raz, że w rejestrze zamian, w którym figuruje ponad 100 rodzin, nie mamy takich przypadków, że ktoś wyraziłby chęć zamiany mieszkania większego na mniejsze".

Rodzina, którą odwiedziłam, jakiś czas temu znalazła ludzi, którzy mieli większe mieszkanie i chcieli się zamienić. Tyle, że to większe mieszkanie (do remontu) było zadłużone na 10 tysięcy złotych. - Miasto chciało się zgodzić na zamianę, ale pod warunkiem spłaty zadłużenia. Skąd oni mają wziąć takie pieniądze? 10 tysięcy na spłatę długu i jeszcze kilka na całościowy remont? To bardzo duże dla nich kwoty - mówi sąsiadka, pani Ela.

Byli wychowankowie bidula? Przy zamianie to nie ma znaczenia

Przy przydzielaniu mieszkań komunalnych miasto bierze pod uwagę, że ktoś jest byłym wychowankiem domu dziecka - takie osoby mają pierwszeństwo. Tyle, że przy zamianach nie ma to już znaczenia. - W przypadku zamiany należy "sparować" - jeśli mogę użyć tego słowa - jedną rodzinę z drugą, bo na tym polega zamiana. Trudno mi powiedzieć, ile czeka się na taką zamianę. Każda sytuacja jest inna - mówi dyr. P. Zając.

Celina Sołtys w bloku, do którego kilka lat temu wprowadziła się rodzina pani Ani, mieszka od ponad 40 lat. - Pani Ania jest bardzo uczciwa, bardzo dobra, troskliwie opiekuje się dziećmi. Zawsze prowadzi je do przedszkola, do szkoły. Chętnie pomaga - gdy ja czasami wracam ze sklepu z siatkami, od razu podbiega, bierze ode mnie całe zakupy, żebym ja nie dźwigała. Oni sobie naprawdę dobrze dają radę, tylko to maciupeńkie mieszkanie jest problemem. Nie wiem, jak oni się tam wszyscy mieszczą, jak śpią. Po prostu, brak słów - mówi pani Celina, sąsiadka.

"Panicznie boją się tego, że ktoś zabierze im dzieci"

Sąsiadka, pani Elżbieta nie ma wątpliwości: rodzina nie jest aktywna i stanowcza w walce o mieszkanie, bo boi się o dzieci. - Panicznie boją się tego, że dzieci - z powodu złych warunków lokalowych - mogą zostać im zabrane. A przecież w telewizji widzieli takie historie. Dlatego słyszałam od nich, a zwłaszcza od Pawła, że lepiej tego nie ruszać, bo jeśli media to nagłośnią, to może dojść do sytuacji, że ktoś zabierze im dzieci i je unieszczęśliwi - mówi mi pani Ela. I choć rodziców rozumie, sama - nie wierzy, że coś takiego byłoby możliwe. Bo dzieci nie chodzą głodne, są zadbane, czyste, dobrze się uczą. A przede wszystkim - w domu jest miłość i wzajemne wsparcie. A to jest przecież najważniejsze. Bo dom to nie tylko cztery ściany, ale przede wszystkim wzajemne relacje i uczucia. 

Jeśli ktoś z Państwa chciałby w jakiś sposób rodzinie z Zamościa pomóc, prosimy o kontakt z autorką tekstu: problem@tok.fm

DOSTĘP PREMIUM